{ scrollbar-face-color: black; scrollbar-shadow-color: gray; scrollbar-highlight-color: gray; scrollbar-3dlight-color: black; scrollbar-darkshadow-color: black; scrollbar-track-color: black; scrollbar-arrow-color: #75687d;}
Zaraz zaraz... A właściwie to że co? Jedziemy w Tatry?
Tak! To była jedna z najszybszych decyzji w moim życiu. Zakupy w Tesco, pakujemy manatki, odrywamy z plecaków i z kurtki miesięczne błoto z Małej Fatry i.. no po prostu, jedziemy w Tatry!

Autobus 4:35. Taa... Chociaż zastosowałam się do mojej zasady : jak masz wstawać jak wcześnie, to nie idź w ogóle spać! A właściwie to spać poszłam, ale sen nie przyszedł...

Przemierzając kilometry w pięknym górskim otoczeniu delektowaliśmy się zapachem paliwa z oleju rzepakowego, czy czegoś w tym stylu... W każdym bądź razie, dość porządnie było 'czuć', nie pisząc brzydko ;)

Po drodze zdążyłam obrazić Warszawiaków przyklejając im tytuł baranów roku i stwierdzając, że dla nich Beskid Żywiecki to pewnie Małe Tatry. Tak tak!

Kiedy naszym spragnionym oczom ukazały się Tatry, wiedziałam, że już po prostu musi być niedaleko. Dlaczego tylko ja do cholery o najgorszych porach cierpię na takie głupie przypadłości?!!! I dlaczego do diabła bułki z serkiem paprykowym są moczopędne???! n/c.


Mniejsza z tym. Przybyliśmy, dotarliśmy na tak zwaną Jaszczurówkę, do jakiegoś śmierdzącego drewnianego domku. Nie, nie przeszkadzało mi to. Naprawdę. Nie było psów, było dobrze. Trochę tylko skrzywiłam się, kiedy okazało się, że właśnie zjedliśmy talerz jajecznicy za 40 zł. 

Doszło do tego latanie po Krupówkach i marnowanie czasu w obrzydliwie zatłoczonym centrum Zakopanego. I pomyśleć, że to wszystko przez moje gapiostwo!


Ale, ale! Przyszedł czas relaksu. Mieliśmy dzisiaj do zdobycia Kasprowy Wierch!

Odmachaliśmy wszystkim kebabom czekającym w kolejce. Licząc czas wejścia i ich gnicie i czekanie na swoją kolej... Możliwe, że byliśmy na górze w tym samym czasie?





Strumyczek. Kamyczki. Mniejsza z tym, ale światło!


Oczywiście żałowałam, że wzięłam kije. Nauczę się w końcu, że w inne góry niż Beskidy i Bieszczady się nie nadają! Do końca drogi straszyły wszystkich, którzy chcieli mnie dogonić i nazbyt się zbliżyli.






Pamiątkowe zdjęcie z głupią miną, oczywiście.








Turyści podziwiający dość rzadki okaz 'turysty, który ciśnie pod górę o własnych siłach'. Swoją drogą nie wiem dlaczego się tak na mnie gapili.







No, to w drogę!





Wrzosiki.







Pan Giewont. Szkoda, że nie widać kolejki na szczyt...








Mmm :) Obowiązkowo muszę odwiedzić Kasprowy w zimie, z nartami i kijami :D





Czerwone Wierchy :)








Krzywe kolana. Ja sama nie wiem jak to robię!!







Tatery Zachodnie









Wyłoniły się... ;)


Zdobyliśmy w końcu szczyt. A tam co? Najprawdopodobniej ludzie z kolejki, do których'uśmiechałam się' na dole i... herbata za 7,50 zł. Ciekawe jest to, że wcięłam frytki, które kosztowały 7 zł. Z keczupem. Może mi to ktoś wytłumaczyć?



Widoki były... Hem. A jakie miały być? W końcu to Tatry!





Mój nowy cel konieczny : Świnica :D

















No tak. Ale ileż można siedzieć na górze? Z racji na późną porę i niecierpliwiącą się Katarzynę ( zdawałam się jako jedyna mieć poczucie czasu ), zaczęliśmy schodzić do Doliny Gąsienicowej.






Murowaniec. I myślę, że dość ciekawe światło.






Ostatnie zdjęcie tego dnia. Śpiący rycerz przy zachodzie słońca. Tak właśnie chciałam zrobić ;)



Następnego dnia czekała nas trasa, którą już niestety częściowo miałam okazję przejść.
Jako pierwszy cel obraliśmy Dolinę Pięciu Stawów. Do Wodogrzmotów Mickiewicza towarzyszyło nam oczywiście... kebabostwo i kolaski. Było też dużo kup. Urokliwie!

Na szczęście, widok ich wykrzywionych twarzy patrzących na drogę do Doliny Pięciu Stawów działał ku pokrzepieniu naszych serc. Zgubiliśmy ich!




A oto chyba jedyne zdjęcie z Tatr, na którym wyszłam w miarę... korzystnie. Tak. Przy strumyku. Bo przecież w Beskidach nie ma takich strumyków! Kamienie w Tatrach mają W końcu inny kształt! 


Bez komplikacji dotarliśmy. Nie mam zdjęć z drogi, bo kiedyś juz zrobiłam ich aż za dużo. A poza tym, światło było nudne.


Dolinka oczywiście zrobiła na mnie wrażenie. I bigos w schronisku też ;)





Oczywiście zdjęcie na kamorze. Podczas ostatniej wyprawy na podobnym zdjęciu wyszłam jak ośmiornica. W tym roku związałam włosy i uniknęłam wtopy ;)







Z racji, na oczywiście późną porę wyruszyliśmy do Morskiego Oka.














Powdzięczyły się... Aż w końcu znikły.



Szliśmy, szliśmy... I w końcu, wyłoniło się. Morskie Oko!

Niesamowitym było, że nie było oblegane przez turystów. To dobrze. Szkoda tylko, że było... dość późno. 








I ostatnie promyki słońca oświetlające Rysy... Niesamowity widok.














A potem nastąpił powrót i marsz po okropnym asfalcie w ciemnicy. Przynajmniej wyćwiczyłam sobie łydki :P 



Ku naszej uciesze, następnego poranka obudził mnie dźwięk kropel uderzających o szybę. Było to o tyle dobre, że nasz czas w Tatrach na ten wyjazd się skończył. Przynajmniej nie było aż tak żal :)







I na koniec, piwo w moim ulubionym kolorze rodem z deszczowych Krupówek :)




Name:

Komentarze: