Tatrzańskie KOŃie
07.01.2013 :: 23:33 | Link | Komentuj (6)
Koń... Sporo jest koni w Tatrach. Nie mówię oczywiście o tych na drodze do Morskiego oka, czy tam w Kościeliskiej...
Jest i Żabi koń, Lodowy Koń, Rakoń jest... I jest Kończysty Wierch.
Cel sam w sobie? Niebardzo... Przynajmniej nigdy przy założeniach początkowych. Rzeczywistość okazała się być jednak inna...

Świeżo upieczone narzeczeństwo postanowiło wybrać się w Tatry. Żeby nie zapomnieć do końca jak wyglądają... I jak się chodzi w rakach :)
Padło na Chochołowską. Nie do końca z czystych chęci. Zadecydowała w sumie... pojemność schroniska. Tak to jest, jak między świętami a nowym rokiem dwa dni wcześniej podejmuje się decyzję, gdzie jechać. Z myślą przewodnią 'mój jest ten kawałek podłogi' zdecydowaliśmy się jechać
właśnie tam :)

Po przejechaniu 114 zaawiłych kilometrów i postawieniu Czarka na równe nogi można zacząć wycieczkę. Wbijamy do busa w niezwykle atrakcyjnej cenie, który wyrzuca nas w nieco mniej atrakcyjnym miejscu... To znaczy u Wylotu Doliny Chochołowskiej.
Historia ta sama co w lutym. Piździawka, szczękanie zębami i ani żywej duszy. Sytuacja zmienia się przy bramkach... Tak, czas płacić! Nauczyli się najwidoczniej, że turyści wstają wcześnie. Na widok mojej legitymacji pan bierze do rąk okulary i mówi coś w deseń "to tutaj nie chyta". Pozostaje schować do kieszeni i pokornie zapłacić za wstęp do TPNu. A raczej takiej dość... odmiennej jego części.










W Chochołowskiej mam przyjemność być 4 raz w tym roku. I stwierdzam, że w sumie to ta dolina jest niedoceniana. Wszyscy zachwycają się Kościeliską, Chochołowską traktując tylko jako Polanę Chochołowską (ze mną na czele!) i wylęgarnią kebabów wożących się tym potwornym zamaskowanym traktorem. Może skałek zdobiących drogę dnem doliny nie jest tak dużo jak w jej niedalekiej sąsiadce, ale często warto spojrzeć w górę... Chociażby, żeby oderwać się nieco od bieli drogi, po której idziemy :) I z pewnością miło się zaskoczyć.



Po marszu, który nie wiadomo ile trwa (nikomu nie chce się patrzeć na zegarek) czas odbić w Krowieniec. I w górrę! Na Kulawiec. Miałam przyjemność chodzić tym szlakiem tylko w zimie... Śmiem twierdzić, że w lecie jest równie... męczący :)
Dochodzi do tego moja umiejętność chodzenia po śniego-lodzie a'la krok w przód, dwa kroki w tył. Ten odcinek ma za to jedną zasadniczą zasadę. Bardzo szybko robi się widokowy.







Grań po sąsiedzku :)




Ee? :)





I znowu w zimowej szacie... Trzeba się na nowo przyzwyczajać, bo trochę czasu tam śnieg będzie gościł :)





Nie polecam tego zdjęcia dla osób z lękiem wysokości :) Chociaż takowe chyba mojego bloga nie odwiedzają :P
O taka tam, Polana Chochołowska z góry :)


Widoczki widoczki... Śniegu mało. Nawet bardzo. Pogoda wręcz idealna... Ciekawe. Kolejny farcik?Nie do końca. Gdzieś w okolicy Przełęczy nad Szyją zaczyna paskudnie wiatr. W sumie to nagle da się zauważyć, że piździ wszędzie dookoła gdzie tylko trochę wyżej. Granie się kurzą. Fajnie to wygląda...
...dopóki się osobiście w to nie wlezie :)










Ale przejrzystość powietrza jest super :)





Na wszystkich graniach dookoła aż roi się od czarnych, ruszających się punkcików... Termin+dobra pogoda=oblężenie :)





Starorobociański też ma dzisiaj gości :)




I najwyższa w okolicy kusi :)




A dookoła... deczko się dymi :)





Przynajmniej nie można poczuć się samotnym :)




I jeest wiatr we włosach :)



Nawet bez zrzędzenie i jęczenia wchodzimy na pierwszy dwutysięcznik. Wojtuś pełen zapału i ambicji ogląda gdzie dalej, gdzie trudniej... Ja za to staram się pogodzić robienie zdjęć i trzymanie uciekającego kijka, który ma ochotę zwiać gdzieś do Doliny Starorobociańskiej :)







Dziękuję panu z powyższego zdjęcia za zapozowanie :) Dzięki temu mam ulubione zdjęcie z tej wycieczki. Pstryk!





Słowackie zadupia... :)


I co? Idziemy dalej. Wkraczamy na grań - kierunek - Kopa Prawdy. Przed nami w tą samą stronę puszczamy grupę ludzi, w której jeden człowiek wyposażony jest w coś a'la gumowe raczki do przemierzania zakopiańskich chodników... Nie wiem jak się to fachowo nazywa - nie znam się. W każdym bądź razie pewnie lubi poczuć adrenalinkę :)
Nie daję się jednak przekonać swobodą naszych poprzedników... I po parunastu metrach staję. I dalej iść nie chcę. Nawiane z lewej, nawiane z prawej. Niepocieszony Wojtu zawraca razem ze mną.

Wiatr szumi w uszach coraz dłużej... Wskakujemy więc w ten fajny twór zwany rowem grzbietowym, żeby chociaż na chwilę od tego uciec. Niestety, po nim też hula wiatr. Wojtuś wpada na pewien pomysł...








I chwilę później siedzimy sobie wygodnie chociaż częściowo osłonięci od wiatru. Częściowo... Bo co jakiś czas zsyła na nas trochę śniegu, którym dostajemy w twarz :)








Piździawka niestety trwa. Grudzień ma jedną zasadniczą wadę... Krótkie dni. Dedycujemy się zawalczyć o materacyk w schronisku... Więc czas iść w dół.
... przez piździawkę :)











Wieje na tyle, że przy mocniejszych podmuchach zaczyna mi szwankować autofocus... :)




Wojtuś z ulubionym "Czubkiem" :)





I jeszcze małe spojrzenie w tył :)





Włosy są... wszędzie :)





Dla urozmaicenia serwujemy sobie powrót przecinajac Wąskie Żlebki. Śniegu jak na lekarstwo, toteż nie protestuję... Przy każdym żlebie można się zatrzymać, popatrzeć w górę :)
Po pewnym czasie przestaje wiać. Uff :)



Słońce zachodzi bardzo wcześnie. Przed zachodem udaje nam się dolecieć do Wyżniej Jarząbczej Polany. Jest w tym pewien cel - chcę zrobic kolejne zdjęcie porównawcze. W domu po porównaniu uśmiecham się. Jest praktycznie identyczne, udała się perspektywa :)




Wojtuś i Jamborowy Wierch :)





Meldujemy się w Chochołowskiej dość wcześnie. Niespodziewanie dostajemy ostatnie łóżko w schronisku. Hurra! Nie cieszmy się jednak zawczasu... Po wejściu do pokoju okazuje się, że jest to oczywiście łóżko piętrowe... I na dole wszystko jest pozajmowane. To co, kto śpi od ściany? :)
Chochołowska jest oczywiście zapchana. Po schronisku przechadzają się ludzie dobrze wyekwipowani + odziani w Jacka Wilczą Skórę, Północą Twarz i tym podobne. Można być dumnym - tym razem obejdzie się bez samobójców :)

Jeden taki człowiek podchodzi do stolika, przy którym jemy i przysiada się. Podsłuchujemy nieco jego rozmowę o dzisiejszych podbojach. Brzmi ona następująco :
"No, dzisiaj to odpadliśmy, daliśmy sobie nieźle w kość. A byliśmy no, najpierw na Grzesiu, potem no.. na Rakoniu, i weszliśmy jeszcze na Wieprzowiec".
Dzięki Bogu, że nikt nie wie, dlaczego leżymy na stole i umieramy ze śmiechu :) Czas się przyzwyczaić, że większość ludzi chodzących po Tatrach ma w dupie ich topografię i nazewnictwo miejsc, w które idą... I w sumie nic w tym złego. Co najwyżej można się uśmiać :)





Schroniskowe zdjęcie, których Wojtusiowi zawsze brakuje :)


Pod koniec dnia czeka nas jeszcze jedna niespodzianka... Moje oko. Na początku wmawiam sobie, że to szampon sprawia, że jest przekrwione i ropieje. Z taką nadzieją idziemy spać...
Żeby rano obudzić się jako kapitan hak :) Straszę połowę gości w schronisku i skupiam na sobie dziwne spojrzenia... Choinka! Mam zapalenie spojówek.

Nieważne! Zakładam okulary, których nie mogę zdejmować nawet w ciemnym lesie :(

Lecz nasz cel dzisiaj nie jest odległy. Spojrzenie w prawo, w lewo i naprzód. Idziemy. W sumie nieco spontanicznie... Nie jest nam jednak dane dotrzeć do celu. Zaś! Czyżby to był wyjazd odwrotów? :)

Ale! Jeszcze tu wrócimy.. wcześniej dokładnie analizując mapę. Dla pocieszenia jakieś pół godziny od pobytu w bezpiecznym terenie widzimy przechadzającego się w pobliżu pracownika TPN... :)











W okularach w dzień i noc :D




Dzisiaj tam, hen na górze wieje chyba troszkę bardziej niż wczoraj :) W sumie to całkiem miło być w dolinie :P





Korzystamy z okazji, że dzisiaj nigdzie się już nie spieszymy.. I wstępujemy do kapliczki, żeby zostawić tam po nas mały ślad... :)
I wyruszamy dalej. Tym razem w poszukiwaniu tatrzańskiej jesieni, której w tym roku nie było nam dane zobaczyć.





Po drodze na dosłownie pół minuty tracę Narzeczonka z oczu... i co? Już znajduje kawałek skały i szaleje :)





I jest jesień :)




I jest las :)



Jest też cisza, spokój... I masa śmieci, niestety. Przynajmniej nie wieje... :)












Przewijamy się przez opustoszałe polanki. Z daleka docierają nas odgłosy cywilizacji... Schodzimy do Kościeliskiej :) Piękna, ale jak zwykle zatłoczona. Droga do wylotu doliny jest prawdziwą walką o życie - za niedługo przy kasach będą wypożyczać łyżwy :) Na szczęście bez wstydu udaje nam się dotrzeć do celu. Odwiedzamy też Storczyk.





Zakopane i okolice niestety w ten weekend stoi. Zdążamy jeszcze do Temidy na kotleta tradycyjnie większego od talerza, a potem dzięki Czarkowi robimy sobie małą wycieczkę po zakopiańskich stokach narciarskich.

Na koniec dnia snujemy we trójkę nowe plany tatrzańskie... Bez nich ani rusz :) I do tego mamy małą sesję narzeczeńską :)




I czas do domu.








Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu