{ scrollbar-face-color: black; scrollbar-shadow-color: gray; scrollbar-highlight-color: gray; scrollbar-3dlight-color: black; scrollbar-darkshadow-color: black; scrollbar-track-color: black; scrollbar-arrow-color: #75687d;}
Z dedykacją dla W :) :
Jak to było powiedziane : w życiu trzeba mieć jakiegoś hopla, a reszta sama się ułoży. Osobiście dodałabym do tego jeszcze jedną kwestię : trzeba mieć z kim dzielić tego hopla :) Wtedy ma się naprawdę szczęście. A ten nasz jest chyba najfajniejszy na świecie – bo tatrzański! :)

Coś się kończy, coś się zaczyna… Ledwo co wróciłam z poprzedniego wyjazdu, w mojej głowie zaczęło się już coś nowego rodzić. I tak oto miesiąc później znowu szliśmy z zapakowanymi plecakami w środku nocy na autobus… niewyspani, ale uśmiechnięci :)

Prawdziwa radocha zaczyna się na początku na dworcu w Zakopanem. A co w nim takiego szczególnego? Właściwie, to nic! Jest brzydki, w zimie robi za bardzo istotne źródło ciepła… tyle. Ale ma jedną, ważną zaletę : czujemy, że jesteśmy w Tatrach!

Wsiadamy do busa, którego kierowca jest fanem dość specyficznej muzyki, która przez cały dzień siedzi nam w głowach „Janek, Janek, Janek, heej!” i wprawia w dobry nastrój. I tutaj kolejny nieodłączny element przyjazdu do mojej krainy szczęścia : siedzę z nosem przy szybie i podziwiam skaliste granie na tle pomarańczowo-różowego nieba. Za każdym tak samo robią wrażenie i tak samo cieszą. Wjeżdżamy do innego świata :)

Koniec jednak emocjonalnych rozkmin. Zdecydowanie za szybko kierowca wyrzuca nas na wylocie Doliny Chochołowskiej. Jest zimno. Jest bardzo zimno! Przed nami około dwóch godzin marszu. Wokół ani żywej duszy. Im szybciej przemierzymy te parę kilometrów, tym lepiej!








"Chłodno", ale magicznie :)



Dolina ciągnie się niemiłosiernie. Przynajmniej do pierwszych widoków, które sprawiają, że nieco się ‘budzimy’ ;) Pierwsi ludzie mijają nas na szlaku.
No i w końcu – Polana Chochołowska! Pamiętam ją tylko z dziecięcych wspomnień – niezbyt dokładnie. Piękny widok na Kominiarski Wierch i Mnichy Chochołowskie. Doszukujemy się podobieństwa do Cerro Torre ;)









A oto nasza dzisiejsza trasa ;)






A oto dowód na to, że mróz był ohoho... siarczysty ;) I zrobił ze mnie świętego Mikołaja! :(



Rzucamy batohy w schronisku, łyk ciepłej herbatki i w drogę! Włączamy nasz pęd i 50-minutowy odcinek łoimy w 22 minuty. W końcu naginanie czasoprzestrzeni to nasza specjalność ;) Po drodze łapię Kominiarski za komin ;)






1653m. Na szczycie nawet się nie zatrzymujemy – dookoła tyle widoków, a my chcemy więcej!




Tutaj z kolei "Dwie lewe trzy kopy :)", Hruba Kopa, Banikov i Pachol'a :)





Słońce świeci, podchodzi się przyjemnie... To i uśmiechu zabraknąć nie może ;)





Jarząbczy, Łopata i Czerwony Wierch.







Podejście na Rakoń jest przyjemne. Chociaż Długi Upłaz naprawdę jest… długi. Przybliża się za to nasz dzisiejszy cel .






W czasie, kiedy ja gapię się na mój pierwszy zmowy dwutysięcznik, Wojciech w swojej głowie układa plan powrotny nieco… naokoło. Słucham w skupieniu i nieufnie spoglądam na Jarząbczy.


Osiągamy wysokość 1879m. Według Słowaków - 1876m. Zaczyna mnie denerwować ta rozbieżność wysokości :)





Ruszamy na najwyższy punkt dnia dzisiejszego. Po prawej cieszą oko Rohacze, szczególnie Ostry :)









Podejście. W lecie wydawało się jakieś... krótsze ;)




Rohacze.


2063m! Cudny widok na wszystkie strony.




Otargańce, Dolinę Jamnicką i Niżne Tatry na horyzoncie.





I po raz kolejny : Rohacz Ostry z bardzo dobrze widoczną Rohacką Szczerbiną i Baranec po lewej.




Otargańce.




I my :)





Część naszej jutrzejsze trasy :) Oprócz tego Łopata, Jarząbczy, Jakubina, Kończysty Wierch, Starorobocianski, aż po Bystrą - Tatry Zachodnie w pełnej krasie ;)





I widok na Tatry Wysokie z Lodowym na czele ;) Mówi się, że widok z Wołowca na Tatry Wysokie jest jednym z najpiękniejszych w Tatrach Zachodnich. Jest ładny - trzeba przyznać. Ale czy najpiękniejszy? Moim zdaniem zdecydowanie nie :)




Hemli-zdobywca :)


Do Zachodu słońca mamy sporo czasu. Nie zgadzam się na powrót przez Jarząbczy, więc postanawiamy twórczo zająć sobie czas na szczycie ;)





Wojciechowi jak widać nie wystarczy 2063 m + nieco ponad metr śniegu. Chce być wyżej :)





Polowanie na białe niedźwiedzie. Do tego właśnie przydaje się czekan na Wołowcu ;)





Strach się bać... ;)




Zbyt długie działanie promieni słonecznych dziwnie działa na górołazów... Nie wiem, o co chodzi z tą pozą :)

Około godzina posiadówy i na szczycie mamy już dość sporo zdobywców. Jestem za to jedyną przedstawicielką płci pięknej. Też mi nowość!


Słońce świeci coraz słabiej. To znak, że czas się zbierać.






Zejście z widokiem na Dolinę Rohacką :) Mamy dziś ciekawe światło.







I tutaj kolejne ciekawe zjawisko – widział kto co takiego? ;) Może zdjęcie słabo „to” obrazuje - ja jestem za to zadowolona, że w ogóle udało mi się to sfotografować :)








Jest tak pięknie, że nie chce się nam schodzić w dół...








Dość ciekawie wyłaniają się promienie słońca zza Banówki ;)





Równie ciekawie wyglądają Salatyny.





Gra kolorów i mgieł, czyli piękny początek zachodu słońca nad Doliną Rohacką i Osobitą :)





Schodzimy jako ostatni nie licząc pary, która dopiero zdobywa Rakoń… Jesteśmy we właściwym miejscu i o właściwym czasie. Podziwiamy zachód słońca z Grzesia :)





i spojrzenie na przemierzoną drogę... ;)





...i na to, co jeszcze przed nami :)





Kominy Tylkowe i Ciemniak.




W rezultacie jesteśmy w schronisku około zmroku. Zajadamy się kaszą ze słoniną, która dość skutecznie mnie zapycha, wymieniamy górskie plany na dzień następny ze współlokatorami, nastawiamy budzik. W końcu za nami praktycznie nieprzespana noc :)


_______________



Ciężka pobudka rano. Do naszego pokoju nie wpadają promienie słońca, więc przez chwilę nachodzi mnie myśl: No co z tą pogodą? Zwlekam się z łóżka i jedno spojrzenie przez okno rozwiewa moje wątpliwości – mamy błękitne niebo :) Niestety, wstawanie nie o świcie nie popłaca – tracimy sporo czasu w kuchni turystycznej czekając na wrzątek. Pech trafił, że jeden czajnik jest… zepsuty.

Wojciech ucina krótką pogawędkę z Toprowcem i okazuje się, że wczoraj zeszła lawina z Jarząbczego w stronę Łopaty. Uśmiecham się w duchu – kobiece przeczucie jednak czasami działa!



Skończyło się niestety chodzenie ‘na lekko’. Zarzucamy batohy na plecy i wychodzimy na mróz. Chyba znowu zamarzają mi włosy :)

Podejście na Trzydniowiański Wierch. Z pewnością zapamiętam! Bardzo stromą ścieżką pniemy się w lesie, co jakiś czas uświadczając widoków na Kominy Tylkowe. I nawet ten widok nie pomaga!


Wychodzimy z lasu. Lepiej! Cała nasza dzisiejsza trasa jak na dłoni.









Starorobociański o charakterystycznej formie piramidy góruje nad okolicą. Tam idziemy!



Pierwsze podejście za nami. 1758m i krótki postój.




Ktoś kazuje mi siąść "po chłopsku" :|









Niska Przełęcz.





Fotka z Doliną Chochołowską :)


Idziemy dalej. Zamiast trawersować wchodzimy też na Czubik. I w tym momencie zaczyna się Hemli-godzina zgrozy. Podejście na Kończysty Wierch, które zapamiętam… na długo ;)





Co jest powodem Kończystego kryzysu? Sama nie wiem. Może pękający pod nogami śnieg? Przez dłuższą chwilę tęsknię za poczuciem bezpieczeństwa z Trzydniowiańskiego. Myślę o tym tak intensywnie, że nie zauważam, jak wypada mi… aparat! Zatrzymuje się na szczęście jakieś 10 cm od miejsca, w którym zjechałby do Jarząbczej Doliny i w rezultacie ratuje go Wojciech… Jak dobrze ;)

Dochodzimy z Wojciechem do wspólnego wniosku. Chcesz się czegoś nauczyć w zimowych Tatrach? Idź na Kończysty! Coś w tym musi być :)





Starorobociański coraz bliżej.




Kończysty też coraz bliżej. Dzięki Bogu!





2002m. Chwila na rozluźnienie. Podziwiamy niezwykle uroczą Jakubinę i Starorobociański. Po raz kolejny słyszę na szlaku określenie : Starobociański. A chcielibyście Dolinę Starego Bociana? To nie brzmi :(





Urocza Jakubina.





Podejście na Starego Robota. Podoba mi się o wiele bardziej niż na Kończysty.






I jesteśmy! 2176m. Wyżej już podczas tego wyjazdu niestety nie będzie.

Na szczycie spotykamy współlokatorów z Chochołowskiej, którzy podobno wybierają się na Bystra. Chwilę później jakimś dziwnym cudem znikają nam z pola widzenia. Gdzie poszli – to pozostaje już zagadką ;)






Kamienista i panorama Tatr Wysokich. Też niczego sobie ;)





Duet zdobywczyków :)




Siedzi się niczego sobie :)






Zadnia Dolina Raczkowa.





Błyszcz i Bystra - najwyższa w Tatrach Zachodnich.


Przed nami jeszcze trochę drogi. Żegnamy się więc z widokami ze Starego Robota i w dół!






Wojciech próbuje bawić się w tropiciela kamzików… ;)


Schodzi się całkiem sympatycznie. No, może poza kamorami, które skutecznie uprzykrzają maszerowanie w rakach.





Kamienista, w oddali Krywcio, Liliowe Turnie I Błyszcz.








Ot, takie sobie nawisy śnieżne :)





I spojrzenie za siebie :)





Chętnych na Błyszcz/Bystrą dzisiaj nie brakuje. My dochodzimy do Liliowego Karbu ( nazwa bardzo sporna – moim zdaniem ta najlepsza :) ) i zamiast w górę, kierujemy się w dół.





Jest niesamowicie pięknie, cisza i spokój... I urocza Dolina Gaborowa :)





Liliowe Turnie.





Jak widać, Liliowy Karb i lutowe tatrzańskie słońce sprzyja skupieniu… ;)


Komu w drogę, temu… w dół :) Czas na Siwe Turnie. Postraszyli, że będzie strasznie, a tymczasem jest nieco stromo, ale w porządku.





Czas na Ornaki. Za nami cały czas piękne widoki na Bystrą, Błyszcz i Klin. A grań Ornaków jest naprawdę… szeroka!









Najfajniejszy oczywiście Zadni Ornak. Słońce się obniża powodując, że Tatry z minuty na minutę wyglądają coraz to piękniej :)





Smreczyński, Kamienista i Ornaki.




:)











Przybliżamy się do Kominiarskiego. Kolejny przepiękny zachód słońca na grani. Oprócz okolicznych szczytów uwagę przykuwa również Diablak – też prezentuje się uroczo :)









Nie jesteśmy ostatni ;)






Zejście do Iwaniackiej Przelęczy też zapamiętam na długo. Chociażby z tego względu, żeby tamtędy… nie wchodzić! Po początkowej walce postanawiam przerzucić się na kontrolowany zjazd na tyłku.

Na przełęczy żegnamy się z widokami. Zachód słońca ma się ku końcowi. Ma w sobie coś niezwykłego ten kończący się zimowy, tatrzański dzień. Kolory, cisza, spokój sprawiają, że jest… magiczny :)







Zejście do Ornaku zajmuje nam mało czasu. Dochodzimy tam praktycznie po zmroku.

W schronisku początkowo poprzez roztargnienie naszych współlokatorów musimy zadowolić się tylko jadalnią. Tam modyfikujemy nieco nasze plany na następny dzień. Spotykamy znajomych z pokoju z Chochołowskiej. Tym razem nie zamierzają skorzystać z przetartego przez nas szlaku.

Już w pokoju, toczą się po części tatrzańskie rozmowy, które schodzą na typowo… egzystencjalne! Górskie zmęczenie sprawia, że dochodzimy do wniosku, że szczęście w życiu daje… cel :) I rzeczywiście, coś w tym jest!


__________________



Dzień trzeci. Pogoda bez zmian. Pobudka : wcześnie! Dostajemy obiecany wrzątek. Próbuję wmusić w siebie śniadanie – marnie mi to idzie, ale udaje się nie wyjść na szlak z pustym żołądkiem. Czeka nas na początek nieco zejścia Kościeliską – moje kolana „zaprawione” wczorajszym zejściem z Ornaku bardzo się na to cieszą ;)

Z Kir Wyżnich odbijamy w prawo. Przed nami około 1150 m przewyższenia.






Najgorsze jest zawsze – podejście lasem. Humory poprawiają się wraz z pierwszymi widokami.











Droga na Ciemniak nieco się ciągnie. Podejście jest zdradliwe. Wydaje się, że to już już, a tutaj się okazuje, że czekają nas jeszcze z 3 podejścia! Wiem to, ale i tak daję się nabrać.











Grań Baszt! ;)




Gdzieś w partiach szczytowych Bogu ducha winien Ciemniak dostaje nowe imię… dość mało cenzuralne :) Na szczęście po niecałych 4 godzinach udaje się zdobyć 2096m.







Czas na okazanie radości z wejścia :)




Hurra! ;)








Zasłużona chwila odpoczynku ;)





I tutaj krasa w czystej postaci - Krzesanica! Nie dość, że najwyższa z Cz.W., to jeszcze najładniejsza.





Tomanowy, Smreczyński i Kamienista.







Czerwone Wierchy przyciągają najwięcej turystów. Może dlatego, że jest piękna słoneczna niedziela, a może dlatego, że są po prostu.. łatwe?






Widok z Małołączniaka. Jak nie Grań Baszt, to Żółta Turnia... ;)








Wojciech :)





Słowackie Tatry Wysokie z Małołączniaka. Wydają się niesamowicie blisko :)





:)






Nie mogę sie napatrzeć. Rośnie apetyt, żeby być tam... wszędzie :) Do zrealizowania ;)




Tatrzańska panorama w całości.


Czas na ostatni z czterech – Kopę Kondracką. Najbardziej zaludnioną. Cykam tylko parę zdjęć ze szczytu i schodzimy ku Przełęczy Kondrackiej.





Tam dochodzi do skutku Wojciechowy plan – wyjście na Giewont bez kolejki :) Podchodzimy kawałek, po czym postanawiam zawrócić. Nie ma się co czarować – po trzech dniach intensywnego łażenia jestem po prosu zmęczona. Czekam na mojego górskiego kompana na przełęczy.





… A w tym czasie Wojciech staje na szczycie Śpiącego Rycerza ;)





I jeszcze zdjęcie z dołu :






Krótkie zejście. I przed nami średnio przyjemne zejście do Doliny Kondratowej.
Wstępujemy na chwilkę schroniska na Hali K. i niestety czas iść dalej… Powoli żegnamy się z tatrzańskimi widokami, które nikną w zmroku. Niechętnie wraca się do rzeczywistości po trzech takich dniach… bardzo niechętnie :)









Na do widzenia mamy przyjemność zakosztować jeszcze marszu z Kuźnic na Krupówki, gdzie w otoczeniu kebabów jemy podhalańskie… kebsy. Polecam :)

I znowu dworzec PKS, PKP, pociąg i koniec tatrzańskiego snu… I do zobaczenia wkrótce :)


Cóż mogę jeszcze powiedzieć... Wyjazd był niesamowicie owocny, zobaczyłam wiele, nauczyłam się jeszcze więcej... I nawiązując do rozmowy naszych współlokatorów z Ornaku odnośnie tego, co daje szczęście - najwidoczniej ja, patrząc na te zdjęcia, mając wspomnienia w głowie i bardzo dużo planów na przyszłość, mam to wszystko, co do szczęścia jest potrzebne :)


Do następnego! :)




Pearl Jam - Given to Fly

Name:

Komentarze:

19.02.2012, 16:05 :: 62.21.18.116
silentsmile
niesamowita wyprawa - piękne widoki, bezchmurne niebo - tylko pozazdrościć:)

tak przyjemnie ogląda się te zdjęcia, aż łezka w oku się kręci, że mamy aż tak daleko do zakopca:( no ale na szczęście mam już w planach wakacje w zakopcu, swoją drogą bycie tam raz na 2-3 lata ma swój urok;)

19.02.2012, 01:35 :: 88.135.172.28
patty-91.blogspot
bo im tak wygodnie ;p

17.02.2012, 10:08 :: 83.26.159.145
izabelaF
Będąc ostatnio na Rysiance tęsknie spoglądałam na Tatry... widze, że pogoda również dopisała :) Piękne widoki, pozazdrościć! Pozdrawiam :)

16.02.2012, 15:55 :: 91.149.204.5
fantasmagorie
ale pięknie!
zazdroszczę takich widoków ; )

16.02.2012, 15:24 :: 80.54.8.160
joannacora
Podpisuję się pod słowami z początku postu i po rozmowach egzystencjalnych w schronisku. Ważne jest żeby mieć marzenia i cele, ale ważne jest też żeby je sobie spokojnie dozować. Tak, by pewnego dnia po realizacji wszystkiego co chcieliśmy, nie obudzić się w szoku, że nie mamy już nic do osiągnięcia.
A co do dzielenia pasji... znakomicie to rozumiem;]

Świetnie się patrzy na takie widoki. Kondycje musisz mieć niezłą! Trzy dnia takiego łażenia po paręnaście kilometrów. Podziwiam! I ukłucie zazdrości czuję gdy widzę Was w takich plenerach...

p.s. Fajne włosy;]