{ scrollbar-face-color: black; scrollbar-shadow-color: gray; scrollbar-highlight-color: gray; scrollbar-3dlight-color: black; scrollbar-darkshadow-color: black; scrollbar-track-color: black; scrollbar-arrow-color: #75687d;}
Czas mija szybciej niż myślałam. Od wyprawy w przepiękne słowackie Niżne Tatry minął już miesiąc. A wspomnienia i obrazy w głowie nadal jak żywe... I z całego tego zamętu zapomniałam się nimi nieco tutaj podzielić. Poprawiam się więc i biorę do roboty.

Pobudka bladym świtem ( jedna z nielicznych rzecz, których w górach szczerze nie lubię ), colt wypchany po sam dach, czas w drogę. W Żywcu zbieramy Bartka i Łukasza i ruszamy prosto do Słowacji.

Przekraczamy Słowacką granicę i zwalniamy. Nie mamy ochoty płacić ogromnych sum za przekroczenie prędkości, jak to u naszych sąsiadów jest.

Droga jest bardzo urokliwa. Pstrykam tatrzańskie widoki przez szybę samochodu.





Auto zostawiamy w Liptovskim Mikulaszu. Podjeżdżamy busem do Czertowicy, gdzie zaczynamy od...



... zakosztowania słowackich specjałów :)

Prognozy nie są łaskawe, wyruszamy więc na szlak.



Pierwszy odpoczynek.



Tymczasem przez nami odkrywają się pierwsze uroki Niżnych Tatr.



Zachmurzony Dumier. Cały czas mamy nadzieje, że się dzisiaj przed nami odkryje.













Mimo ciężkich batohów radość gości na naszych twarzach ;)










I ostatnia prostka do Sztefanika :)











I oto jest nasz upragniony cel. Rzucamy batohy w kąt!





Odciążeni i najedzeni wyruszamy na Dumbier, którego wierzchołek nadal ukrywa się w chmurach.
















Dumbier pokazuje nam swoje skaliste oblicze.







Pierwsze kamziki. Jeden nawet jest na tyle odważny, żeby stanąć nam na drodze. Na szczęście nie wychciewa żarcia : x


Osiągamy wierzchołek. Niestety po widoki będziemy musieli jeszcze wrócić. Przegania nas deszcz.




Mordor? Niee! To Dumbier!




I na koniec dnia taki uroczy widoczek ( kolory są oryginalne ;) ).


Na koniec dnia kosztujemy kotlinkowy gulasz i bylinkowy czaj. I będzie to na pewno coś, po co wrócimy w Niżne.

Poranek nie napawa optymizmem. Jemy śniadanie z nietęgimi minami, bowiem czas wyjścia na zewnątrz bliża się nieubłagalnie. W końcu wyruszamy w drogę. Idziemy w mleku.

Jeszcze pamiątkowe zdjęcie pod Sztefanikiem.


Nasza wędrówka nie trwa długo. W drodze na Chopok łapie nas ulewa, deszcz pada poziomo... Postanawiamy zatrzymać się w Kamiennej Chacie.
Chwilę później dochodzą błyski. Chata coraz bardziej się zapełnia. Postanawiamy zostać na dłużej, aż w rezultacie na ławie spędzamy... 11 godzin!

Czas wykorzystujemy na integrację oraz gry zespołowe. Próbujemy grać w słowackie scrabble




... oraz w kibel, w trakcie którego robimy rzeczy niemożliwe. W rezultacie najwięcej czasu zajmuje nam... chińczyk!





W międzyczasie, kiedy to niebo nieco nam pokazuje, wybiegamy wszyscy przed schronisko i cykamy zdjęcia jak opętani ;)





A tak wyglądają niedźwiedzie w Niżnych Tatrach. Nawet dają się pogłaskać!


Aż w końcu Chopok rekompensuje nam dzielne czekanie na ławie i pozwala przez dłuższą chwilę cieszyć się pięknymi widokami...








Wszyscy pospieszamy na Chopok...












A tam byliśmy dnia poprzedniego.







I na tym zamyka się pokaz wieczorny.



Rano nadal otaczamy się białą mgłą. Przygotowani do wyjścia stoimy na ganku, kiedy to widzimy pierwsze niebieskie prześwity... Zostawiamy batohy i lecimy zdobyć Chopok po raz drugi!













W oddali święta góra Słowaków, Krywań. Mam cichą nadzieję, że odwiedzę go jeszcze w tym roku :)













Pokaz również szybko niestety się kończy. Wyruszamy dalej i znowu widoki musimy kreować w naszej wyobraźni...



Osiągamy trzeci dwutysięcznik w Niżnych, Deresze. Następie przed Pol'aną rozłączamy się. Zostaje nas 5.










Urządzamy sobie mały biwak. Towarzyszy nam niczym nie zlękniony kamzik, który zasiada sobie na skale :)





I dzieje się cud! Chmury zaczynają sie rozchodzić, ukazując nam piękne widoki na Skałkę.











Pojawiasz się i znikasz... Nucę sobie, łapiąc widoczki.



Zdobywamy Chabenec, który wyciska z nas siódme poty. I widzimy nasz dzisiejszy cel - Utulnię.













Prze-sławny kamyk, z którym każdy chciał mieć zdjęcie.

Rozkładamy się w Utulni, zrzucamy batohy i decydujemy się na zachód słońca na Chabencu.




























Ani z Chopoka, ani z Dumbiera nie widać zachodu. Pocieszające :P































Myślę, że szczerze mogę powiedzieć, że były to jedne z najładniejszych widoków, jakie widziałam w życiu :)

Po nocy w utulni zażywamy orzeźwiającej kąpieli w pobliskim strumyku. Pierwszy raz od 4 dni mam okazję tak naprawdę umyć włosy.
Błękitne niebo poprawia nam humory. Wyruszamy w drogę do Liptovskiej Lużni - miejsca, które zakończy naszą Niżną przygodę.











Moja nowa fascynacja - Chocz.








Eh, a ja ciągle spoglądam w stronę tych wyższych...








Żeby nie było nudno, na koniec gubimy szlak i schodzimy żlebem. Wystrzegamy się żmij i niedźwiedzi, aż w końcu docieramy do słowackiej wioski.





Wyprawę kończymy słowackim piwem. Od piwa zaczęliśmy, na piwie kończymy - i tak kończy się biba GŚ :)

Name:

Komentarze:

30.06.2011, 14:18 :: 83.4.228.88
chochel
PETNASTE!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Matkoo ale fota! moglbym ja w wiekszej rozdzielczosci? (maciejchochol@gmail.com) walne sobie na pulpit ;D Zazdroszcze Wam tych podróży