{ scrollbar-face-color: black; scrollbar-shadow-color: gray; scrollbar-highlight-color: gray; scrollbar-3dlight-color: black; scrollbar-darkshadow-color: black; scrollbar-track-color: black; scrollbar-arrow-color: #75687d;}
Zaledwie pół roku temu odwiedziliśmy Małą Fatrę po raz pierwszy. Niestety, zła pogoda przegnała nas stamtąd dość szybko. Lecz przez te parę dni miejsce to zdążyło zapaść się w pamięć tak dotkliwie, że postanowiłam wrócić tam jak najszybciej. Mogę z czystym sumieniem nawet powiedzieć, że ukradło fragment mojego serca :) Co się dziwić, skoro jest tam tak pięknie? :)

Pobudka o 4 rano. Pociąg o 5. Zapakowani w kurtki marzniemy i podsypiamy. Naiwna, dałam nam pół godziny na przejście ze Zwardonia do Skalite Serafinov. Zapomniałam niestety, że jest zima, która w końcu od ponad 2 miesięcy co rano zaskakuje PKP. Zima to w końcu bardzo szokująca rzecz. W międzyczasie zdążyło wstać słońce, poprawiając nam humory. Może tym razem z pogodą się uda! Na szczęście, i tak cudem spóźnienie wyniosło tylko 15 minut. Zgodnie z planem, o 7.38 siedzieliśmy już wygodnie w pociągu co Czadcy :)

Szybka przesiadka i dalej zmierzamy do Żiliny. Po drodze niestety rozpętało się coś w rodzaju małej śnieżnej zamieci. Znowu z pogody nici? Nie przesądzaliśmy od początku. Trochę czekania na Żilińskim dworcu i wsiadamy do autobusu do Terchovej. Godzina jazdy, podczas której pokazuje nam się słońce, początkowo niestety za mgłą. Wysiadamy w Terchovej i okazuje się, że to całkiem nie ten przystanek o którym myśleliśmy. Czeka nas więc o wiele dłuższy spacer do Stefanovej, niż oczekiwaliśmy. Niezbyt nam się to uśmiechało. Bo kto lubi spacerować asfaltem z ciężkimi worami? A tu farcik! Autobus do Stefanovej, na który nie chciało nam się czekać w Żilinie. Na jedno wyszło - najważniejsze, że byliśmy w Stefanovej. Zostawiliśmy chmury w oddali i naszym oczom ukazał się doniosły Wielki Rozsutec :) Z dawką pozytywnej energii mogliśmy więc pruć pod górę, do Chaty.



Urocza Stefanova.






Koniec widoków, wchodzimy w las...




Pamiętaliśmy tą drogę z poprzedniej wyprawy. Lecz wtedy mieliśmy okazję nią schodzić, a nie wychodzić. Wychodzenie jest... o wiele gorsze. Wybraliśmy w naszym mniemaniu mniejsze zło, wybierając drogę ze Stefanovej, a nie ze Starego dworu.

Po jakimś czasie dość stromego podejścia ukazał nam się w końcu piękny widok na Rozsutec i Stoh. Niebo bez chmurki!






Stoh.


Po godzinie docieramy do Chaty. Jak miło jest nam podziwiać widoki w słońcu! W ambitnych planach mieliśmy wyjść jeszcze tego dnia na Południowy Gruń. Wybieramy za to bardziej rozrywkowe zakończenie tego dnia - zjazd na dupolotach! W końcu po coś przytaszczyliśmy je ze sobą :>



Widok z okna na wyciąg. Wiele razy podczas tej wyprawy będziemy żałować, że nie mamy nart.





Okolice Chaty i Południowy Gruń.










I ja :)







Chata na Gruni ze Stohem w tle.





Ja w towarzystwie Rozsutca :)








Charakterystyczne skały, zachód słońca znad stoku :)





W przyszłym roku obowiązkowo wracamy na Fatrę, na narty. Co prawda nie mieliśmy tym razem nart na nogach, ale zapewniamy - tam warto jechać.





Czerwony o zachodzie słońca Rozsutec :)


Skoro stoki już puste... Czas na dobrą zabawę :D




Tak kończymy nasz pierwszy dzień. Jeszcze tylko Złoty Bażant, skoro już jesteśmy na Słowacji i spać.



Pobudka o 7. Legalnie dodajemy 10 minut drzemki i nielegalnie ja dodaję jeszcze 5. Przez przymknięte oczy widzę Wielki Krywań w porannym, pomarańczowo-różowym słońcu. W końcu zwlekamy się z łóżek, przygotowujemy prowiant i w drogę!





Na początek podejście na Południowy Gruń. Jak dobrze, że na Słowacji dbają o stoki! Po wyratrakowanym śniegu dobrze się idzie. Mimo wszystko, podejście jest dość męczące. Ta góra aż prosi się o wytyczenie jakiegoś nowego, przyjemniejszego szlaku. Stok narciarski szybko się kończy i zaczyna się cięższa część trasy. Wtedy po raz pierwszy odczuwamy brak raków. Nie przyszło nam zbytnio do głowy, że będą potrzebne.
















Pan, który wychodzi później niż my i w pięknym stylu nas przegania. Z tym, że on idzie tylko do końca wyciągu. Gdy na jego pytanie, czy idziemy na samą górę odpowiadamy tak, chwyta się za głowę ;))









Na dole nie mają pięknych widoków, tylko chmury ;)






Terchova w chmurach.





Wielki Krywań. Nasz dzisiejszy cel.





Dwa Rozsutce. Wielki zdecydowanie przytłacza mały ;))







Mały Rozsutec.



Im wyżej, tym piękniejsze widoki. W dole półprzezroczyste mgły, a dalej - morze chmur i tylko wyłaniające się z niego szczyty. Od słupka do słupka, aż w końcu osiągamy pierwszy zaplanowany na ten dzień szczyt - Południowy Gruń zdobywamy o 9.45. O tym, że podejście jest modręgą może przekonać oprócz nachylenia pokazananego na zdjęciach fakt, że w godzinę i 15 minut osiągamy około 500 m przewyższenia.

Na górze czekają na nas piękne widoki. Dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłam! Fatra rekompensuje nam letnie podejścia w chmurach.










Idealny zrealizowany przez Artura mój pomysł - szczyt odbity w okularach :)






Fotografuję bez opamiętania, jakoby ten widok miał za chwilę zniknąć.


Nie czas jednak na odpoczynek, trzeba wyruszać dalej w drogę!

Na pierwszym podejściu próbuję złapać zająca. Znowu brak raków! Z racji, że świeżych opadów śniegu nie było już dawno, lodu jest dosć sporo.



Wędrówka granią bardzo mi się podoba. Cisza, spokój, widoki, dużo przestrzeni. Jesteśmy sami na szlaku.













Już wtedy planuję przysiąść w domu z porządną mapą Słowacji i posprawdzać, co też dokładnie widzieliśmy.





Rozsutec, który powoli się chowa.




Stoh. Góra o niepowtarzalnym kształcie, tym razem szczególnie zdobyła moje serce :)





Strome, oblodzone zbocza.












Jedno z moich ulubionych zdjęć z tej wyprawy.


Widoki, widoki, niestety towarzyszący nam wiatr wzmaga się z każdym metrem. W rezultacie, obawiam się puścić kij trekkingowy z obawą, że odleci.



















W końcu zdobywamy Hromove. Droga na Chleb widoczna jak na dłoni, ale niestety wiatr coraz gorszy! Podczas schodzenia z Hromovego postanawiamy zawrócić. Niestety, Mała Fatra po raz kolejny pokazała charakterek! Wiatr jest tak silny, że podczas ponownego podejścia na Hromovy trzymam się rękami podłoża, żeby wietrzysko nie zrzuciło mne z grani. Nie zawracamy jednak z żalem. Zobaczyliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć ( a nawet i więcej ), a za to mamy tutaj po co wrócić znowu :) Obiecuję, że wrócę na pewno! ;))




A to dowód na to, że naprawdę wiało. Gdzie tak naprawdę zaczyna się nawis śnieżny, a gdzie kończy grań?





Podczas odwrotu spotykamy pierwszego i zarazem ostatniego turystę na szlaku tego dnia.





Pięknie widoczne Tatry.








Przebyta przez nas droga.












Dochodzimy do Południowego Grunia. Mam wrażenie, że chmury, które wcześniej były daleko w dole, podnoszą się. Jak się później okaże, wrażenie było prawdziwe.

Podczas schodzenia z Południowego Grunia, wpada nam do głowy pewien pomysł... Po co męczyć się, schodzić i ślizgać tym stromym szlakiem? Postanawiamy przemierzyć go na butach i naszych czterech literach! ;)) W ten sposób pobijamy rekord zejścia z P.G. i jesteśmy w dole za 20 minut! Niżej, zdziwione spojrzenia narciarzy jeszcze bardziej poprawiają nam humor.

Po południu znowu wychodzimy na zewnątrz. Za ten czas niebo zdążyło całkowicie zajść chmurami. A skoro tak to... czas na zabawę ;))












Południowy Gruń w chmurach.





W ramach sympatii dla Słowacji :))


Ostatniego dnia już niestety wyjazd. Z ciężkim sercem, bo najchętniej spędziłabym na Słowacji całe przysługujące mi wolne. Ale za to wracamy z satysfakcją i kartą pełną pięknych zdjęć.
Fatra żegna nas dość silnym wiatrem. Znajdujemy za to całkiem miłą alternatywę dla obu poprzednio nam znanych zejść z Chaty. Wybieramy tym razem szlak żółty, który wiedzie do Vratnej. Idzie się bardzo przyjemnie i po pół godziny jesteśmy na dole i czekamy już na autobus, który zawiezie nas do Żiliny.





Tak kończy się zimowa Słowacka przygoda :) Pomimo, że jestem już w Polsce, jest paskudna pogoda, dla mnie cały czas świeci słońce i przed oczyma mam granatowe szczyty gór skąpane w chmurach, do tego w dalszym ciągu pomimo pełnej lodówki wcinam pasztet... Czyżby to miejsce uzależniało aż tak? ;))






Name:

Komentarze: