It's Friday, we are in Tatras!
15.01.2012 :: 03:15 | Link | Komentuj (2)
Marzenia powinno się spełniać. Ja tej zimy postanowiłam coś z jednym moim zrobić. Tak się złożyło, że nigdy przedtem nie miałam okazji oglądać tatrzańskich grani w zimowej szacie. Więc co? Trzeba było to koniecznie zmienić ;)


Piątek. 6.30, dworzec w Zakopanem. Powoli dociera do mnie gdzie jestem. Pomimo nieprzespanej nocy uśmiechy pojawiają się nam na twarzach, bo w końcu zamiast deszczu widzimy... śnieg :)

Wsiadamy do autobusu do Cyrhli. Rzucamy batohy w kąt i w niedługim czasie meldujemy się na szlaku. Dzisiaj dzień "na rozgrzewkę" :)

Pogoda nas nie rozpieszcza - chyba nici z dzisiejszych topo-rozkmin :( Nawet Wielki Kopieniec jakiś taki niezbyt przyjazny... Wojciech próbuje go ugłaskać ;)



Śnieg sypie poziomo...



... ale i tak bawimy się w zdobywczyków ;)





Chmury ani drgną - czas więc na mały rytuał ;) klik





No, to Załoiliśmy Wielki Kopieniec. Małego nie chcemy :) Mijamy rozbawioną grupkę pół-kebabów i całkiem sympatycznego turystę, który jest niezwykle zdziwiony obecnością człowieka na szlaku :)



No i nasz Wielki Kopieniec z Polany Olczyska.

Ekhm... To my mieliśmy iść dzisiaj na Nosal? Nie ma mowy! Skupniów Upłaz kusi od dłuższego czasu. Ani chwili zastanowienia i na Nosalowej Przełęczy odbijamy w lewo ;)

Widoczków na dzisiaj nie planują. Nie szkodzi! Nam i tak się podoba :)







Upłaz, czy tam łajba? Who cares anyway... ;)





Hemli tańczy na lodzie? Nie tym razem! ;)





Wdrapujemy się na Przełęcz między Kopami. Gdzieś tam za plecami słyszę czasami jakąś Królową Kopę, czy tam Kopę Magurę, sama nie wiem... W każdym bądź razie udaję, że nie słyszę i grzecznie idziemy dalej :)



A tak się wygląda po wyjściu od Tatrzańskiego fryzjera :)





To zdecydowanie najgorsza widoczność, jaką kiedykolwiek miałam na Hali Gąsienicowej. Ale nic sobie z tego nie robimy - wiemy, że jutro będzie lepiej :)



W Murowańcu nie brak bałwanów ;) Te dwa wyjątkowo przypadają mi do gustu.

Udaje nam się zdążyć przed zmrokiem i niedźwiedziem, który nie śpi i dzień 'na rozgrzewkę' kończymy zadowoleni :)


Dzień drugi według prognoz ma być naszym najlepszym. A co się okazuje? Że towarzyszy mu najcięższa pobudka. Jakimś cudem udaje nam się wytoczyć na Hemli-chłód i nasze nastroje zdecydowanie poprawia widok grani Buczynowych Turni ;)




Nawet nie pamiętam zbytnio asfaltówki do wylotu Doliny Suchej Wody - miałam o czym myśleć ;) Do tego dostajemy informację, że w nocy jednak trochę posypało - mamy lawinową dwójkę.





Ach, ta Żółta Turnia... ;)


Piękna pogoda, granie jak na dłoni, a tu co? Hemli-trupek! :) Przez niecałe dwie godziny naprzeklinałam się na las, który poprzedniego dnia wydawał się jakiś... krótszy. I ciekawszy! Pod koniec drogi za to zapominam o swojej niemocy i migawka idzie w ruch ;) Widoki mamy dzisiaj piękne. To tak w ramach rekompensaty za dzień poprzedni :)








I w Murowańcu jakoś żywiej, niż poprzedniego dnia. Chyba pierwszy raz w życiu wsuwam tak wcześnie pomidorówkę. Bardzo dobrą pomidorówkę z resztą ;) Na popołudnie zapowiadają zachmurzenie, zostawiamy więc trupko-nastroje gdzieś w Dolinie Suchej Wody i idziemy wyżej ;)





Kościelczyk jest gwiazdą dnia dzisiejszego :)









I nazwa, która pada najczęściej podczas tego wyjazdu - Żółta Turnia. Urocza :)





Jest pięknie! Właśnie tak sobie to wszystko wyobrażałam :) Co prawda to, z czego słynie Dolina Gąsienicowa jest niewidoczne - czyli stawy, ale w zimowej szacie ma w sobie coś niesamowitego i magicznego :) Na myśl przychodzi mi znowu Take it back Pink Floyd'ów.





Z Kasprowego pozdrawiają nas kebaby. Śmiesznie wyglądają ustawieni w rzędzie na grani :)





Wojciech przemierza śniegi :) Dzisiaj mamy przetarte.





Ech... Prognoza się sprawdza. Nadciągają chmurzyska - może zdążymy przed nimi?






Kościelec łagodnieje ;)





W drodze na rozejście szlaków wiejemy przed narciarzami - oni nie czekają ( wiem z doświadczenia :) ). Na szczęście ktoś odwalił za nas część roboty - szlak jest przetarty. Jednak w pewnym momencie mamy dziwne wrażenie, jakobyśmy szli... po stawie? ;) Na szczęście nie prezentujemy wagi ciężkiej i przechodzimy to bez szwanku. Ruchu w Dolinie Gąsienicowej dzisiaj sporo - z zazdrością patrzymy ma grupkę ludzi podchodzącą na Pośrednią Turnię ;) Ale nie ma się co oglądać. My na dzisiaj mamy inny cel.





Kościelec za to przybiera coraz łagodniejszą postać - dochodzę do wniosku, że jest stosunkowo płaski :) Może jednak pozwoli nam trochę siebie przedreptać? ;)








I równie piękna Pośrednia ;)





Chmury nas doganiają. A szkoda!





... ale przy okazji fundują nam całkiem ciekawy spektakl ;) Ja mam jednak do takich szczęście.





-Rób zdjęcie, rób zdjęcie!

Cyk! I mam moje ulubione foto z tego wypadu. Czymże byłby fotograf bez dwóch zapasowych par oczu? :)


Ostatnie podejście. Wojciech na górze szykuje dla mnie herbatkę i z nadzieją spogląda w górę, ja za to sypię słówkami-''wspomagaczami'' i pokonuję śniegowe bagno :) No i osiągamy nasze dzisiejsze 1853m. Jesteśmy na Karbie :)








Pamiątkowe foto z naszymi przecieraczami-dobrodziejami :)





I gwiazda dzisiejszego dnia.




Fajny żlebik. Tędy się podobno zjeżdża. Na dupie!
Kit się nieco rozstępuje - dostrzegam czarne punkciki w dole, przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Albo raczej przy miejscu, w którym powinien być :)




Wojciech nie odpuszcza Kościelcowi. Tamten kamor był przecież taki kuszący... :)





Pamiątkowe zdjęcie z serii "dla mamy" :)





Wojciech robi porządki :)


Nie czekamy na przejaśnienia, fotografować nie ma co - schodzimy, póki widzimy ślady :)





Patrzymy z nutką zazdrości na ludzików podchodzących na Świnicką Przełęcz.

W tym momencie obracam się, żeby spojrzeć jeszcze raz na grań Kościelca. Robię wielkie oczy, zdążę krzyknąć tylko "Niedźwiedź!!!" i włączam Hemli-pęd. Jakieś 20 metrów dalej obracam się i słyszę tylko "Daj aparat!" co skutkuje wypowiedzeniem przeze mnie szeregu niezrozumiałych słów i jeszcze szybszym pędem. W rezultacie potem stwierdzamy, że całkiem nieruchomy ten mój niedźwiedź... Sprawa nadaje się do Archiwum X :)





O, tam chcemy jutro być! Olać wszystkie inne mniej kuszące propozycje. Wojciech i Hemli mają być na 2000! W końcu jesteśmy w krainie dwutysięczników :)





Niedobry Kościelec! To się nie godzi... Trzeba było wykopać jamę w śniegu i zaczekać, aż się przejaśni ;)







Jeszcze tylko krótka wizyta w moim ulubionym Murowańcu z moim ulubionym pesiczkiem... I foto choinki :) Ciekawe, czy wycięta z TPN :D


Dzień trzeci. Pobudka nie za ciężka, jednak zaglądamy za okno i nastroje nieco się psują. Tyyle śniegu?! I ciągle sypie?! No nic. Lecimy na autobus. Na rondzie przesiadka do busa do Kuźnic. Walczymy z moimi okropnymi stuptutami, po czym w biegu wsiadamy do autobusu. Okazuje się jednak, że wygodne siedzisko, jakie urządziłam sobie z moich rękawiczek... Zostało koło ronda. Szybko kurs z powrotem. Rękawiczki na szczęście są, ale znajdujemy też nową informację...





Można się było tego spodziewać. I do tego ciągle sypie! Chyba nici z naszych dzisiejszych pięknych planów...


Otwieramy mapę. W sumie to nawet nie trzeba tego robić. Skoro tu już jesteśmy, to załoimy Nosal.

Wojciech myśli o diretissimie, ale widząc moją minę... Wchodzimy na szlak :)




Taki ot szybko kopczyk.... na którym leci więcej przekleństw, niż na Karbie ;) Objawia się Hemli-gniew.





Podziwiamy widoki :)





Zaspy mają całkiem wygodne na tym Nosalu ;)





Hem, hem... :)





Aż by się chciało rzec : wow! Ale tu pięknie :)


Kto by tam schodził szlakiem, nuda... Chodźmy stokiem :)





Nosal to jednak nie taka prosta sprawa :)





Ale odpocząć też można :)


Na Nosalu nie zamierzamy kończyć naszej kariery. Urządzamy burzę mózgów. Rozsądek mówi, żeby nie leźć wyżej... A serce? W rezultacie wybieramy chyba jedyną słuszną opcję. I po drodze wstępujemy do monopolowego - niech i ten dzień będzie udany ;)





Dolina Białego. Jeszcze tylko barwy bojowe, żeby uchronić się przed drapieżnikami i... w drogę!





Wojciech nie przepuści żadnej skale ;)





Trochę zastanawia mnie logika twórcy tego bałwana... Ale i tak przypada mi do gustu, więc proszę o pamiątkowe foto ze Śniegulakiem :)





Wooow... Ile skał ;)





Te Tatry nas chyba lubią - łapiemy małe okienko pogodowe :) A raczej lufcik :)





Północna ściana Giewcia całkiem ładnie prezentuje się w śnieżnej szacie ;)








Na szczycie piździ. Przestaje sprawdzać się zasada, że na przełęczach bardziej wieje... Trzeba będzie ją opracować na nowo ;)






Skałki na rozgrzewkę :)


Mała gratka dla Hemli - idzie szlakiem, na którym jeszcze nie była :) Schodzimy do Doliny Strążyskiej i lecimy zobaczyć Siklawicę, której niestety się zamarzło. Potem tylko fascynująca droga pod Reglami i niezapomniany bałwan.




A po dotarciu do Cyrhli czeka nas nagroda za przebyta kilometry - góralski obiadek! Wcinamy placek po zbójnicku, aż nam się uszy trzęsą :) Nie ma się co dziwić, że myśleliśmy o nim cały dzień na szlaku ;)


Dzień czwarty. Pobudka rano. Otwieram oczy i w końcu nie jest całkowicie ciemno ;) Śniadanie jakoś lepiej wchodzi. Nadal sypie. Wygląda na to, że dzisiaj my będziemy przecierać szlak. Do Psiej Trawki ani pół żywej duszy. Ruszamy dalej, Wojciech dzielnie przeciera.





Hę? Nie wierzymy własnym oczom - i słusznie! Komuś się chyba zapomniało o Cyrhli :)


Reglowe szlaki nie należą do naszych ulubionych - przeklinamy troszkę pod nosem, ale... podziwiamy piękno zimy :)






Żeby tylko ktoś szedł z naprzeciwka i zwolnił nas z brudnej roboty! Nic z tego. Prędzej wita nas Rówień Waksmudzka.




Trochę tego śniegu jednak dosypało ;) Ale co - są ślady na Gęsią Szyję! :)








Że niby 45 minut na Psią Trawkę? Nie ma mowy!


Łoimy Gęsią Szyję.





Nie ma lekko. Dużo bagna. Dlaczego zgadzam się na przecieranie? :E






Samo z siebie zaczyna nucić się "Don't worry, be happy", które towarzyszy nam już do samej Roztoki :)





Sołtysie Kopy. Gdzieś tam powinna być Hemli-rysa, albo przynajmniej Hemli-żleb, ale niestety nie ma na to warunków :(

1490. Uff! I co widzimy? Słońce! Kochane Taterki :)











I na deser kawałek grani Koszystej ;)

-Stąd to by były topo-rozkminy.

I co? Będziemy musieli tam wrócić! Chociaż i tak zrobimy to zapewne... nieraz ;)





Na Rusinowej Polanie poprawiamy turystom nastroje naszym wesołym podśpiewywaniem :)


Idziemy po przetartym... Zaraz, zaraz! Kto tu torował? I dlaczego robił takie drobne kroczki? Próbujemy dogonić sprawcę... Niestety dobrze to wymyślił i nam się wymyka. Krasnoludków w TPN nie chcemy :(





Kit, śnieg, wiatr... Ale nasze "Don't worry by happy" ma moc :)


Po pewnym czasie wchodzimy na drogę do Morskiego Oka... Pustą! Przy Wodogrzmotach spoglądamy niepewnie w górę... Okej. Można iść dalej :)





Widok na znajomą Dolinkę :)





Roztoka wita nas! Odwiedzamy podiumowe schronisko. Zostajemy zaskoczeni pytaniem : potrzebujecie może trochę wrzątku, coś Wam jeszcze trzeba?
Niespotykane ;) Siedzimy chwilkę, w tym czasie mój wytrwały dotychczas aparacik protestuje i paruje sobie na parę godzin... A my podążamy do Palenicy i cudem łapiemy bus do Zakopca :)

''...dziś, kiedy to piszę, przysłuchując się od czasu do czasu monotonnemu kapaniu deszczu, kiedy wyjrzę przez okno na góry, obległe mgłą ołowianą, dziś wydaje mi się wycieczka moja marzeniem sennym: zdaje mi się, żem bujał w przestworzu, gdzie wiecznie słońce świeciło, gdzie nie dochodziły dźwięki mowy ludzkiej, gdzie zapomniałem o moich nadziejach, rojeniach na przyszłość i o namiętnościach, co duszą człowieka miotają. Smutno mi się robi, gdyż widzę, że te urocze chwile do przeszłości zaliczyć muszę, że to wszystko było i przebrzmiało, zostawiając tylko w duszy oddźwięk tych dni świetlanych... Czy wrócę tam kiedy jeszcze? Nie wiem. Jeżeli los ślepy pchnie łódź moją w tę stronę, będę może tam jeszcze. Lecz któż zaręczy, że będę wówczas mógł odczuwać piękno tak, jak je dzisiaj odczuwam..."

Karłowicz miał rację :)

Rozchodzimy się do pociągów jednak z jedną pewnością - wrócimy tutaj i to szybciej, niż myślimy :)


--------------------------------------------



Z tak naładowanymi "akumlatorkami" mogę przygotować się na nieco inne zmagania :





Dobrou noc! :)

Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu