Beskidzka wyrypa
19.03.2012 :: 15:44 | Link | Komentuj (4)
Dedykacja dla Oli :
W górołażeniu, jak i w osiąganiu pewnych celów w życiu istotne są pewne składowe: chęci, dobre nastawienie i wytrwałość. Posiadając je, praktycznie nie ma już rzeczy do nie do zrealizowania. Pojawiają się tylko coraz to nowsze marzenia i możliwości :)


Beskidy, kochane Beskidy... Tak rzadko ostatnio Was odwiedzam!
Narodził się więc pomysł na marcowy dzień... Zróbmy sobie wycieczkę w Beskidy!
Od świtu do zmierzchu. Jeden z bardziej widokowych beskidzkich szlaków.
Prognozy pogody mówią jednoznacznie : to będzie piękny weekend!
Pakujemy więc plecaki i pakujemy się w pociąg. O świcie...

Start : Rajcza.
Początkowo, poza dość wyraźnym przejściem zimy we wiosnę szlak nie prezentuje większych atrakcji.




Jak było do przewidzenia, podczas przemierzania jednej z okolicznych wioseczek próbuje zaatakować nas pesiczek... Na szczęście, jego tempo spowalnia mokry, zalegający śnieg. Chwilę nas odprowadza, ale bliższej konfrontacji udaje się uniknąć :)




"Oo, maluch! Ja chcę z nim zdjęcie!" :)




Wkraczamy na szlak papieski. Odnoszę wrażenie, że kiedy szłam tędy ostatnio, jeszcze papieski nie był...
Zaczyna się kochany, mokry śnieg i początek zapadania. Póki co wpadamy tylko do kostek - nie jest źle.



"-Widzisz tamtą górę na horyzoncie? Tam dzisiaj będziemy!"

Pilsko faktycznie z okolic Hali Redykalnej wydaje się nieco odległe. Dzieli nas od niego sporo kilometrów, ale dzień jest długi :)




Straszy nas podejście na Redykalny Wierch. "Mój mały Kończysty!" - myślę sobie. Okazuje się jednak, że ani się obejrzymy i jesteśmy na górze. Myśli zaczynają krążyć wokół pomidorówki na Rysiance... A dzieli nas od niej jeszcze ponad godzina!



Nie wiedzieć czemu, szlak niesamowicie się dłuży. W tej części jest on dość widokowy, śnieg jednak stawał się coraz bardziej problematyczny ;)



Hala Bacmańska. W oddali majaczą Tatry... Widok na Małą Fatrę i Wielki Chocz też nam towarzyszy, reszta słowackich pagórów dzisiaj niestety niewidoczna.



Hala Bieguńska. Całkiem ładne te hale... Ale nam w głowie pomidorowa! :)

Pod schroniskiem na Lipowskiej próbują nas zatrzymać nieco znudzeni GOPRowcy... "Czwarty dzień bez akcji, nuda... Skóra z czoła nam już schodzi!"
Cóż... Pozostaje pożałować :) My jednak trzymamy się planu dłuższego odpoczynku w Rysiance.

Dziesięć minut i jesteśmy. Tutaj nieco bardziej gwarno, ale ja jakoś lubię to miejsce. W szczególności widokowo.



Pojawiają się narciarze. Niektórym wyjątkowo dziś ciepło :)




A oto, dlaczego tak lubię Rysiankę :)

W schronisku wdaję się w tatrzańską rozmowę z pewnym sympatycznym Panem. Po końcowej wymianie informacji na temat gdzie kto idzie dalej stwierdza, że nasza dalsza trasa jest bardzo ambitna. Pozostaje nam wzruszyć ramionami i iść dalej :)

Trasa w kierunki Trzech Kopców faktycznie zaczyna się robić problematyczna. Śnieg daje nam popalić. Co parę kroków zapadamy się w śniegu po kolana, bądź też głębiej. Przezywanie białej masy nieco pomaga :)

Najgorszy śnieg trafia nam się w rejonie Przełęczy Cudzichowej. Miejsce piękne... Gdyby nie ten piekielny śnieg!



Decydujemy się odbić szlakiem na Halę Miziową. Słowaki szlak przetarty jest tylko przez skutery śnieżne, a na Hali od paru godzin czeka na nas Jacek.



Ostre słowa pod adresem białej masy lecą coraz częściej. Stwierdzam, że z mojej zimowej mapy ten szlak należy wykreślić.




Ku naszej uciesze, wychodzimy w końcu na dość rozległą halę... "To musi być Hala Cebulowa!"
Na szczęście jest, a chwilę później naszym oczom ukazuje się schronisko na Hali Miziowej.

Przysiadamy chwilę i postanawiamy nie odpuszczać dzisiaj wyjścia na Pilska, a poza tym zbliża się zachód słońca. W górę wyruszamy więc w trójkę.



Niebo nabiera pięknych barw. Nawet podejście stokiem narciarskim nie przeszkadza :)






A stamtąd idziemy!




Widoków na Tatry nie ma. Ale i tak jest pięknie!







I jesteśmy na górze. Uśmiechnięci - cieszymy się z takiego finału dzisiejszej wycieczki :)





Żółwik! :)




:)

I tutaj kończy się fotograficzna dokumentacja tego dnia. Czeka nas jeszcze zejście na Halę Miziową i stamtąd stokiem w dół. Udaje nam się uciec przed ścigającym nas ratrakiem, którego pracę nieco zniszczyliśmy :)
Na zwieńczenie wyrypy wgapiamy się jeszcze w gwiaździste niebo i walczymy z rozmokniętym lodowym stokiem...

Dawno po zmroku meldujemy się w Korbielowie. Uśmiechnięci, zadowoleni. W końcu nic tak nie cieszy jak dwanaście godzin na szlaku i prawie trzydzieści kilometrów na "liczniku", do tego w tak dobrym towarzystwie :)


Do następnego razu! :)




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu