Przede wszystkim: aktywnie
08.07.2013 :: 16:18 | Link | Komentuj (1)
Ostatni czas upływa nam dość... aktywnie!

Przede wszystkim: wspinaczka. Mój zakręcony na punkcie łażenia w pionie Narzeczony wyciągnął mnie w zeszłym tygodniu w skały... 4 razy!





... a ja zdążyłam się na nie co najmniej 2 razy obrazić :) Nie puszcza, nie puszcza... Ale w końcu puści :)



A tak walczę z arachnofobią na zakrzówkowych skałach. Jebadełko służy brzydko mówiąc... do jebania :)

A poza tym... Udało się wykorzystać przy okazji jeden całkiem ładny zachód słońca pod względem fotograficznym :)















Najtrudniejsza IV w naszej karierze. Porównywalne byłoby wysmarowanie łap olejem i pójście się wspinać... :P


Poza tym toczę zacięty bój z przędziorkiem i oboje walczymy z czymś w stylu przewlekłego przeziębienia... Ale to nic, to nic! :)


A o odwiedzinach u Lubomira... Następnym razem :)

















Ahoj, zwariowana przygodo!
19.06.2012 :: 22:38 | Link | Komentuj (4)
Weekend. Zapowiadają skwar. Po czesku : vedro. A my... w skały :)

Po przetrwaniu specjalnych efektów dźwiękowych na katowickim dworcu okazuje się, że nasz pociąg jednak podjeżdża i że jednak konduktor decyduje się otworzyć drzwi. Jedziemy. To już sukces!

Zabierzów. Autobusów brak... Temperatura rośnie. Próbujemy łapać stopa...






Czyżbyśmy za mało się starali? :)

W końcu udaje się złapać "darmowego" busika. Wydaje się, że już nic nie jest w stanie stanąć nam na drodze....




A tu jednak! Wchodzić, czy może lepiej pozostać w bezpiecznym nie-mieszanym terenie...




Ryzykujemy! Brama Bolechowicka. Towarzystwo rzeczywiście trochę mieszane, okaskowani kursanci przeplatają się z wspinaczami... Wtapiamy się w tłum.





I w ścianę! Początkowo trafiamy na błotny kominek, który działa nam trochę na nerwy... Na szczęście szybko wymieniamy go na całkiem fajną drogę.

Niestety ściana jest na tyle słoneczna, że nie daje nam się nią zbytnio nacieszyć... Uciekamy więc na Zamarłą Turnię.




...gdzie Wojtek się relaksuje...





A ja zostaję kontuzjowana. Zamarła w dalszym ciągu chce zbierać żniwo...





Ale my nie poddajemy się bez walki. I w końcu puszcza!





I taki tam jakiś ciężki szczyt. Chociaż czy on znowu taki ciężki...


Po wspinaniu troszkę widoczków :

















W upale i trudzie docieramy do Doliny Kobylańskiej, która i dzisiaj służy za pole namiotowe.





Wojtuś kucharzy :)





A ja strzelam dziwne miny :)





I fotografuję się z Żabim Koniem :)





I znowu w skale.





Wojciech działa na turni z krokiem :)





A potem pcham się tam ja... Z przyszpejoną lustrzanką :)





Specjalnie uciekliśmy do tej Doliny, żeby nie oglądać meczu. Udało się nam. Częściowo. Oglądać nie musimy, musimy za to słuchać. I to się staje - żałujemy, że słuchamy!

Pozostaje tylko iść spać. Jedyny plus tego wszystkiego taki, że kobylańscy kibice jakby... zamilkli.





Kolejny dzień. Robi się skwar. Po wspinaczkach dnia poprzedniego odkrywamy, że słoneczna ściana pozostawiła na nas znamię... które jest czerwone i piecze. Cholera!


Lecimy na Żabiego Muła. Jest w cieniu!





Cyrus. Jak tylko otwarłam namiot, wpadł do niego, żeby dać mi przyjacielskiego buziaka... A potem chcąc zaradzić mojej samotności podczas asekuracji, kiedy to Wojtuś znikł za załomem jak gdyby nigdy nic przysiadł mi linę. Oswobodziłam ją cudem. Ale i tak był prze-kochany :)






Ślady Zamarłej Turni :)


Wspinanie na Żabim Koniu trwa do czasu, aż pojawiają się tam pierwsze promienie słoneczne. Południowe upały dają się we znaki - kręcimy się coraz bliżej strumyków, aż w końcu poddajemy się i siadamy w głębokim cieniu z chłodnymi napojami w ręku.





Na koniec dnia trochę wspinaczki, trochę zjazdów i czas się zwijać ze "skalnego miasta"...









PKP Zabierzów. Słychać odgłosy pobliskiego festynu, na który nie mamy siły iść nawet po lizaka.





Całkiem fajny malunek.





Gorąca herbata na peronie :)



I koniec naszej pół-górskiej przygody :) A wspinanie jest całkiem fajne :)















Czas na wspinaczkę!
04.06.2012 :: 20:12 | Link | Komentuj (4)
... czyli parę zdjęć z majowego wypadu do Doliny Kobylańskiej, kiedy to Hemli i Wojtuś postanowili się nieco powspinać... :)

Zaczęło się od przeglądu sprzętu w domu i w moim przypadku przyswojenia paru węzłów... :)











Jak tylko poprawia się pogoda wyruszamy na wschód, gdzie wlekącym się PKP docieramy do Zabierzowa. Stamtąd dzięki uprzejmości MPK Kraków i farcikowi zaliczamy darmową jazdę do Kobylanów :)





Batohy potwornie ciężkie. Jak dobrze, że po płaskim! :)




Żabi Koń. Ładny, chociaż jednak pod względem urody nie umywa się do tatrzańskiego imiennika... :)





Rozkładamy się w cieniu Lotników ;)




i... zaznajamiamy z Błotnistym Kominkiem :)










Skutki bliższego kontaktu ze skałą ;)





Urocze popołudnie :)




































... na pożegnanie moje "ulubione" piwko i kobylańskie pierożki, na które zapewne wrócimy... już niebawem :)















Góry inaczej ;)
06.03.2012 :: 16:59 | Link | Komentuj (3)
Nie samymi górami żyje człowiek... Nie?!

Wystarczył jeden Diabeł, który namówił mnie do spędzenia weekendu nie na szlaku, lecz... w ścianie ;) I chociaż nie od dziś wiem, że wspinaczka nie jest tym, co jest w stanie pochłonąć mnie całkowicie muszę przyznać, że mi się podobało :)
Zdjęcia wyszły dość niewyraźnie - niestety, po raz kolejny przekonuję się, że im nowsze modele SE, tym gorszy mają aparat... Tęsknię za moim topornym K800i, który spokojnie mógł zastępować przeciętnego kompakta ;)


Na początek były zmagania ze ścianką wspinaczkową, która przyczyniła się przede wszystkim do dość sporych zakwasów, które czuję i teraz :)























A po godzinach... W naszej prywatnej boulderowni ;)











A ciąg dalszy nastąpi... W skale ;)




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu