Wiosenne popołudnie
17.03.2013 :: 12:22 | Link | Komentuj (7)
Trasa : Przełęcz Przegibek->Magurka Wilkowicka-> Przełęcz Przegibek

Wspomnienie wiosny, którą jeszcze tydzień temu mogłam podziwiać na krótkim spacerze na Magurkę Wilkowicką. Wczoraj próbowałam przezwyciężyć niechęć do marcowej zimy i wybrałam się na narty... Skończyło się to jednak takim wymarznięciem, że dzisiaj nie mam ochoty wystawiać na zewnątrz nawet nosa :) Czekam na wiosnę, żeby dać upust całej zgromadzonej we mnie energii. A trochę jej jest :)

Na dzisiaj parę kadrów z wiosenno-pochmurnej Magurki :




Śliczna kapliczka z okolic Przegibka. Do tego bardzo wiekowa - w sam raz do mojej kolekcji :)





Trochę zieleninki :)




I spojrzenie w stronę Beskidu Śląskiego.







Obiektywnie mówiąc w marcu góry są chyba najbrzydsze. Szaro-buro, resztki śniegu, światło już wiosenne...



I na Magurce.





Przy zejściu czeka nas miła niespodzianka i spektakl światła - wchodzimy w chmury, przez które prześwieca słońce :) Jest magicznie :)

Pozor!
A tymczasem jak już zapowiadałam, szykuje się trochę zmian...
Szykujemy się powoli na przenosiny. Nie wiem, czy całkowicie porzucę bloga na fotologu, może niekoniecznie, bo jednak pewien sentyment mam :) Przygotowujemy jednak z Wojtkiem wspólną stronę, którą w wersji roboczej można znaleźć pod tym adresem - >
http://hemli-w-gorach.blogspot.com/
Póki co przenosimy wpisy z fotologa, tworzymy własne podstrony, co sprawia nam masę radości :) W przygotowaniu póki co będzie rozbudowany dział poświęcony naszemu pierdolcowi, czyli topografii tatrzańskiej, poza tym będzie to górska biblioteczka, "na grzyby w góry", schroniska i zapewne coś więcej na temat Słowacji :) Zapraszam więc do odwiedzenia i śledzenia zmian.
No i niestety - blogspot daję nam dużo większe możliwości rozwoju, niż fotolog. Zobaczymy więc, co z tego wyjdzie :)
















Starymi ścieżkami
09.03.2013 :: 21:20 | Link | Komentuj (5)
Trasa: Olszówka Górna->Dębowiec->Szyndzielnia->Klimczok->Szyndzielnia->Dębowiec->Olszówka Górna


Co zrobić z ładnym popołudniem bez planów? A może by tak odwiedzić dobrze znane, przedeptane wiele razy ścieżki? :)

Niech będzie więc parę migawek z pierwszej soboty marca.

























































I to by było na tyle :) Mam nadzieję, że następne tutejsze wpisy będą już bardziej wiosenne, bowiem razem z nadchodzącą wiosną staram budzić się do życia i brać się za siebie. Póki co to oprócz oczywistego poprawiania kondycji za cel mam... przytyć :) I napisać pracę licencjacką. Przynajmniej papryczki mi zakwitły - w najbliższym czasie podzielę się tutaj zapewne paroma zdjęciami z hemli-zahrady :)



I na poprawę humoru do posłuchania niezwykły polski utwór klik który z Wojciechem umiemy wyśpiewać na dwa głosy, sialala :)















Husaria na Skrzycznem
01.03.2013 :: 23:36 | Link | Komentuj (4)
Trasa:
Szczyrk->Przełęcz Becyrek->Skrzyczne->Hala Skrzyczeńska->Suche->Solisko->Hala Pośrednia->Wierch Pośredniego->Hala Pośrednia

W tym roku jakoś szczególnie wyczekuję wiosny. Może i zima nie była jakaś surowa, ale dla mnie i tak była przebrzydła (z nadzieją podkreślam słowo była). Był to okres "na przeczekanie", wiosną ma się zacząć w końcu to i owo zmieniać... Więc, no niech będzie :)

Pod względem górskim i ogólnie turystycznym też mniemam, że nie należała do najbardziej owocnych.

Jednak wiosna wyczuwalna w powietrzu jakoś dodała chęci do wszystkiego. Na tyle, że wpadłam na pomysł, który tylko ja mogłam wymyślić... Borykając się z odwiecznym problemem : trekking, czy narty, postanowiłam znaleźć złoty środek i...
Postanowiłam pobawić się w husarię w Beskidach! Chyba jednak jestem trochę szalona :)
Na okrągłe, bowiem moje 10 wejście na Skrzyczne wypadało jednak coś niebanalnego wymyślić.


Mój pomysł był jednak czysto teoretyczny. Wzięłam wszystkie niezbędne klamoty. Mama wysadziła mnie w Szczyrku z tobołami, zrobiła sierotce zdjęcie i z uśmiechem odjechała :)
A tymczasem ja po paru minutach byłam gotowa do drogi. Na szczęście wszystko udało się jakoś zamontować... Let's go!





Na początku najbardziej wkurzające podejście z całego mojego ukochanego szlaku. Droga z czegoś a la płyty betonowe. Na początku chciałam namowić mamę, żeby mnie tą drogą jeszcze przewiozła. Dzięki Bogu, że tego nie zrobiłam - przeceniłabym z pewnością moc Seiczaka :)




Cel nie taki odległy - ale trochę się zejdzie, zanim się tam wtoczę :)






Po drodze znalazłam za to śliczną kapliczkę, której chyba wcześniej nie dostrzegałam. Zbieram teraz takie zdjęcia do kolekcji "Kapliczki Beskidzkie". Jak coś się z tego urodzi, na pewno się tutaj podzielę :)


A tu, dookoła wiosna. Aż serducho się radowało... Jak już weszłam na właściwy szlak, doszedł do tego śpiew ptaków... Aż chciało się stanąć i zasłuchać. Cudnie :)








Jedynym minusem, który wynikł po zejściu z drogi był mokry, zapadający się śnieg. No tak. Pierwsze dni sporego ocieplenia, a że śniegu nasypało ostatnimi czasy sporo, toteż topić się miało co. Ale to wszystko w imię wiosny i mojej ukochanej górki :)


Wraz z zdobywanymi metrami zaczyna jednak jednak trochę ciążyć mi plecak. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój sprzęt narciarski jest taki ciężki.

Na szlaku oczywiście pustki. Dreptam tylko po śladach raciczek. Akurat w moim wypatrzonym miejscu na chwilowe zrzucenie plecaka zaczynam wyraźnie wyczuwać jakiś obcy zapach... Żeby nie złościć zwierzątek, postanawiam swój postój zrobić gdzie indziej.






Pada na Becyrek. Taka tam przełęcz. Czuję tylko, że zaczyna trochę wiać (jak to na przełęczach wszelkiego rodzaju - mój osobisty Inżynier już to kiedyś liczył :) ) i poza tym widzę, że po południowej stronie jest znacznie ciekawiej. Nie daje mi to posiedzieć dłużej niż pół minuty - idę w górę.





Eee musiałam to uwiecznić! Kąsek ziemi bez śniegu - paskudną zimę zdradzają tylko moje kijki, które udają trekkingowe i niedokładnie otrzepany buciorki :)


Kolejnym celem fotograficznym jest oczywiście moje ulubione miejsce widokowe - za to m.in. lubię zielony szlak na Skrzyczne :) I tym razem nie jestem zawiedziona. Zrzucam kilogramy i pstrykam na lewo i prawo. Słyszę już odgłosy narciarzy z góry - kilkadziesiąt metrów wyżej przebiega bowiem trasa FISowska. A Ci narciarze jeżdżą tamtędy nie wiedząc nawet o istnieniu tak cudownego miejsca nieopodal... :)







Mały autoportret. Tak właśnie wygląda beskidzka husaria :)





Widoczek-klasyka. Tylko Diablak dziś coś lekko podchmurzony :)





A tutaj widoczek na pagóry Beskidu Małego. Od lewej u góry : Kiczera, Wielki Cisownik, Maleckie, Jaworzyna, Kościelec i z tyłu - Potrójna.





A tam mnie jeszcze na pewno nie było.





Diablica w zbliżeniu.





No i zdjęcie "myślące"... :) Wiadomo w jaką stronę patrzę :)



Tatr dzisiaj nie ma, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Po małej foto-sesji ubieram plecak i lecę dalej. Jakoś przekraczam trasę narciarską, żeby dowiedzieć się, że sorry, ale... zimowym szlakiem tutaj nie przejdziesz :) Za dużo kilogramów mam na plecach, żeby latać w dół i sprawdzać, czy dołem da się przejść. Idę stokiem w górę. Tylko czekam na kąśliwe uwagi :)

Ku mojemu zdziwieniu żadnej nie słyszę. Zaczepia mnie tylko jeden bardzo miły pan, który pyta się, czy te narty to takie, co się przyklei coś i idzie do góry... Odpowiadam, że oczywiście nie, bo gdyby były, to nie niosłabym ich na plecach :)
Kiedyś, jak już przestanę być biedną studentką i będzie mnie stać na jakieś szpanerskie markowe ciuchy i wszelakie kurso-szkolenia, kupię sobie i skitoury. Na nie mam chyba największą ochotę :)





Brama Wilkowicka, w dole Skalite.



Trasą szło się tyle fajnie, że była świeżo wyratrakowana i mogłam zapomnieć o zapadaniu się w śniegu. Dość szybko znalazłam na nowo szlak. Skręciłam w mój ulubiony "trawersik". Mogąc wrócić się w czasie zamiast skręcać wtedy w lewo, parłabym ostro do góry :) Ale wróćmy jednak do mojej pierwotnej decyzji.





Na początku super, fajnie, znowu jestem samiuśka jak palec. Po chwili jednak okazało się, że śniegu jest bardzo dużo i zaczęłam zapadać się po uda. Shiit! Ciężko było się czasem wygrzebać z całym dobytkiem :) Do tego zaczęło wiać i... padać. I masz swój piękny trawersik... Byłam przeszczęśliwa, jak zobaczyłam skręt w prawo.


To jednak nie wszystko. W lecie w tamtym miejscu głowa lata już na wszystkie strony i cieszy oko widokami, a w zimie... Bęc! Nawet jakieś tyczki postawili w jednym miejscu... W sumie to dobrze, bo ja znająć Skrzyczne na wylot i w tamtym miejscu trochę zgłupiałam. Wystarczyło na szczęście parenaście metrów pod górę i wynurzyła się przede mną dobrze już znana wieżyczka.







Po drodze do schroniska pogłaskałam jeszcze jakiegoś pesiczka(!). W samym schronisku przemiana i... tadaam! Wychodzę jako narciarka :) I w tym momencie ucieszyłam się, że je targałam. Jakiś pan po drodze zalecił mi : tą trasą to tylko na krechę! W mokrym śniegu i to nie pomagało :)






Narcioszki :)





Robi się widokowo.








Luubię te okolice :)





Wzięli się widzę ostro za zalesianie tych terenów. I to dobrze, i to źle... Ale Pilsko prezentuje się ślicznie :)





Skorzystałam poza tym z łącznika, porzucając pomysł odwiedzenia Małego Skrzycznego. W tym roku już tam byłam :) Całkiem fajny ten łącznik... Tylko też nawet jazda na krechę nie pomaga :)





I trochę emo-portrecików :)





Wielka Czanoryja... Hej, tam mnie jeszcze z nartami nie było! :)





Chyba dobry nastrój zbytnio uderza mi do głowy i powstają oto takie dziwne zdjęcia :)





I tak wygląda ten łącznik. Narty same jechać nie chcą... Ale jest na co popatrzeć, może to tak specjalnie pomyślane :)


W sumie to ani się obejrzałam, a już odpinałam narty w Solisku. Ogólnie to bardzo lubie trasę Małe Skrzyczne-Hala Skrzyczeńska-Solisko. Tym razem warunki były dobre, tylko śnieg pierońsko ciężki. Ale naprawdę nie ma co narzekać :)

Jednak na Solisku nie skończył się mój narciarski już dzień. Tam bowiem czekała na mnie mama i dzięki niej wyciąg (dobrodziejstwo!) wyciągnął nas na Juliany. Tam jeszcze parę szusów z Wierchu Pośredniego po jednak lepiej przygotowanych trasach niż do Soliska.

Pozwoliłam sobie na chwilkę szaleństwa, czego w Szczyrku się nie robi - jak zwykle zaskoczyła mnie mulda i "miałam już ciepło" :) Na szczęście pofarciło mi się i nie siedzę teraz z gipsem, czy tam Bóg-wie-czym i złamaną kością udową :P






Na Polanie Pośrednie.





Dawno nie czułam się za to tak usatysfakcjonowana w górach, jak właśnie po tym dniu. Chyba świadomość, że zrobiłam coś typowo dla siebie dała mi uczucie szczęścia i zmotywowała do dalszych działań. A może to magia góry z wieżyczką? :) Cieszyłam się, że tam jestem, ptaki pięknie śpiewały i sprawiały, że nie chciało się jechać w zachmurzone doliny... A tak właściwie to kiedykolwiek się chce? :)

W związku z nadchodzącą wiosną i luzem w szkole chciałabym być teraz w górach częściej. Nie mówię o odległych celach, bowiem te muszą jeszcze poczekać, ale o tych najbliższych, ukochanych Beskidach. Mam nadzieję, że moje plany uda się zrealizować i będzie to taki mały kroczek do przodu w stronę mojego wielkiego planu :)



P.S. Szykują się na moim blogu spore zmiany. Po pierwsze, chcę, żeby był bardziej czytelny wraz z lepszym dostępem do starszych wpisów. Do tego wiele wiele nowości górskich + blog nie będzie już tylko mój... :) Więcej nie powiem. Mam nadzieję, że zobaczycie to już wkrótce... :)
















Chmury i podobno Beskidy
21.02.2013 :: 16:00 | Link | Komentuj (3)

Błatnia, zwana również Błotnym. Ma 917 metrów wysokości i najprawdopodobniej widzę ją z okna (nie wiem, bo dawno nic z niego nie widziałam). Tyle wiem o tym szczycie, a że nie mam w zwyczaju przepisywać wikipedii dodam tylko, że dla niektórych szczyt ten bywa zaklęty...
Tak było właśnie w przypadku Oli.
Co za tym idzie, w lutym stwierdziłyśmy, że poskromimy diablicę. Czy się udało? Szczegóły poniżej :)


Pobudka w sumie nie była jakaś wczesna. Przez okno nie patrzyłam, wiedziałam bowiem zobaczę, bądź czego NIE zobaczę... Mowa oczywiście o słońcu. Ani pół promyczka :(

Dość zgrabnie dotarłyśmy pod Szyndzielnię. Po swojej ostatniej tułaczce w okolicach Malinowa postanowiłam, że tym razem nie będę ryzykować kopania się w śniegu. Przez pierwszą godzinkę szłyśmy więc miłą, udeptaną cesticzką :)

Przy okazji miałyśmy okazję podziwiać nową chlubę Bielska - wyciąg krzesełkowy na Dębowiec. Wszystko fajnie, ale mimo wszystko - jakoś nie mam ochoty przyjeżdżać tam z dwoma deskami.

W sumie to w drodze na Szyndzielnię zima była całkiem urocza.







Napisać 15 byłoby z pewnością przekłamaniem :)


Złożyłyśmy szybką wizytę schronisku. Od rana chodziła za nami pomidorówka. Ale na Szyndzielni? Niee... Drogo, zjemy sobie na Błatniej :)


I zaczęła się droga w stronę przeklętej góry.





Zaczęły się i się chmury... Chociaż to chyba nikogo nie dziwi :)








Po chwili chmury pochłonęły i nas :) Na szlaku oczywiście pustka, widoków żadnych, tylko czarno-biały krajobraz i masy śniegu :)





Walentynkowa twórczość Oli :)


Drugim jakże zacnym szczytem przez nas zdobytym były Trzy Kopce. Góra wyróżniająca się jedynie ruinami schroniska, które tam niegdyś stało. Dzisiaj pozostały z niego resztki fundamentów i schody. Aczkolwiek fajnie tam stanąć i wyobrazić sobie, jak wyglądała chata, która niegdyś tam stała i przyjmowała turystów :)


Jednak zdjęcie, które znalazłam na internecie nieco zaburzyło moje poglądy na jego temat. Wyglądało bowiem tak :








zdjęcia ze strony www.historia.beskidia.pl


Warto pamiętać o takich miejscach. Wbrew pozorom, całkiem sporo ich przykładowo w Beskidach :)


Ale wróćmy do czasów obecnych i do chłodnego, lutowego dnia.
Szlakiem na Błatnią spacerowałam zaledwie parę razy, był to jednak jeden z pierwszych szlaków, które pokonałam na własnych nogach (ewentualnie troszkę niesiona przez braciszka). Na zimowych zdjęciach może tego nie widać, ale jest bardzo ładny i urozmaicony. Jak ktoś lubi leśne wędrówki, bardzo polecam wybrać się tam w lecie, a jeszcze bardziej późnym popołudniem z zachodem słońca na Błatniej :)




Oto jedna z malowniczych ścieżek.




Na tej polance znajduje się granica rezerwatu "Stok Szyndzielni". Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam jest rezerwat, ale z chęcią uszanuję i nigdy tam nie wlezę. A niech się w Śląskim ostanie jakieś nietknięte miejsce :)


Dalsza droga jak widać nie prezentowała malowniczej zimy :) I do tego zaczęło strasznie sypać śniegiem. Jakby go było za mało :)






Widoczność dość mocno się pogarszała. Zaczęłam się zastanawiać, jak będzie na polanie obok Błatniej :)




No i toteż jest i polana. Może lepiej nie wspominać, że jest bardzo widokowa? :)






No i zaczęło się to, co nazywam "kiciorem". Nasze oczy przestały dostrzegać horyzont, co było uczuciem dość dziwnym, tak zwane whiteout. Tyczki gdzieś zniknęły, pozostało tylko wgapiać się w słabe ślady po biegówkach. Dzięki Bogu, że jakieś były, bo inaczej czułybyśmy się średnio komfortowo :)


Ostatnie metry iii.... udało się!




Klątwa została złamana! Widzicie tą radość na twarzy? :)





W nagrodę czas na pomidorową. Trochę źle oceniłam Szyndzielnię - w rezultacie pomidorówkę mieli jednak tańszą... :P




Ale na Błatniej za to były dobre ogórki kiszone :)


Zaczęło się robić późno, toteż czas było w dół. Okazało się, że szlak zejściowy jest przetarty. Uff :)





... ale nie było w nim nic ciekawego. Z ostatniej wycieczki pamiętałam go jak przez mgłę, a tym razem nic poza mgłą zobaczyć nie mogłam. Trza tam więc iść jeszcze raz :)

Swoją droga zaczęła mnie trochę interesować Dolina Wapienicy, oczywiście nie-szlakowo. I już znalazłam swoją ofiarę, która tam ze mną pójdzie ]:->


Swoją wycieczkę zakończyłyśmy na jakimś tam przystanku w Wapienicy. Nie zabrakło oczywiście pesiczka :)


Mimo wszystko, jak tylko stopnieje to COŚ, chętnie pójdę tam raz jeszcze. Póki co utożsamiam się z koleżanką Demolą, która cytuję "sra już tą zimą!". Ale na szczęście prognozy pogody są coraz fajniejsze :)


... a ja tymczasem zabieram się za pisanie relacji tatrzańskiej :)















Szuru buru
12.02.2013 :: 19:34 | Link | Komentuj (2)


Sz jak szuru buru, sz jak szaro... Czy ktoś z południa jeszcze pamięta, jak wygląda słońce?
Załamując ręce nad prognozą pogody powiedziałam sobie: nie! Nie będę marnować ferii. Wstanę wcześnie, pojadę w góry i choćby nie wiem co, pójdę. Taa...
Jednak co powiedziałam, zrobiłam.

I co? Akurat tak wyszło, że przez nod przypadało ileśtam centymetrów nowego śniegu. Ale to nic, to nic!




Na początku było biało i fajnie.




O czym świadzy m.in. zadowolona mina autorki.





Nowy śnieg.





Beskidzkie kapliczki.





Człowiek!


Wyżej zrobiło się całkiem ciekawie.

















Myślę, że zdjęć z TĄ wieżyczką na tym blogu już podpisywać nie muszę :)






Akuku! Toż to Czantoryja!






Niestety widoków za dużo sobie nie pooglądałam. Raz, że schowały się w SZARYCH chmurach, a dwa... wymiękłam w samodzielnej walce z ogromną ilością śniegu :) A tą "popularną" ścieżką chyba z miesiąc nikt nie stąpał...







Chamonix? Nieee :)


Na podsumowanie dodam, że z racji, że zapomniałam okularów cały dzień widziałam potem na różowo. Całkiem miło :)


Kolejną próbę podejmuję jutro. Może przy odrobinie szczęścia uda się załoić jakiś tysięcznik... ;))




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu