Silvestr
02.01.2013 :: 17:46 | Link | Komentuj (4)
Były plany, miało być górsko, a wyszło nieco... miejsko :)
Zamiast witać nowy rok po wcześniejszym sporym podejściu ograniczyliśmy się do podjechania kawałeczek samochodem i świętowaliśmy... Na moście Dębnickim :)

Tak prezentował się więc sylwestrowy Wawel :











Biorąc pod uwagę rok 2012 był on jednym z bardziej przewrotnych moim życiu... I zdecydowanie pozytywny :) A co do postanowień noworocznych... Prawie wszystkie udało się zrealizować. Czas teraz wyznaczyć sobie nowe... i do roboty ;)













Tatrzańskie KOŃie
07.01.2013 :: 23:33 | Link | Komentuj (6)
Koń... Sporo jest koni w Tatrach. Nie mówię oczywiście o tych na drodze do Morskiego oka, czy tam w Kościeliskiej...
Jest i Żabi koń, Lodowy Koń, Rakoń jest... I jest Kończysty Wierch.
Cel sam w sobie? Niebardzo... Przynajmniej nigdy przy założeniach początkowych. Rzeczywistość okazała się być jednak inna...

Świeżo upieczone narzeczeństwo postanowiło wybrać się w Tatry. Żeby nie zapomnieć do końca jak wyglądają... I jak się chodzi w rakach :)
Padło na Chochołowską. Nie do końca z czystych chęci. Zadecydowała w sumie... pojemność schroniska. Tak to jest, jak między świętami a nowym rokiem dwa dni wcześniej podejmuje się decyzję, gdzie jechać. Z myślą przewodnią 'mój jest ten kawałek podłogi' zdecydowaliśmy się jechać
właśnie tam :)

Po przejechaniu 114 zaawiłych kilometrów i postawieniu Czarka na równe nogi można zacząć wycieczkę. Wbijamy do busa w niezwykle atrakcyjnej cenie, który wyrzuca nas w nieco mniej atrakcyjnym miejscu... To znaczy u Wylotu Doliny Chochołowskiej.
Historia ta sama co w lutym. Piździawka, szczękanie zębami i ani żywej duszy. Sytuacja zmienia się przy bramkach... Tak, czas płacić! Nauczyli się najwidoczniej, że turyści wstają wcześnie. Na widok mojej legitymacji pan bierze do rąk okulary i mówi coś w deseń "to tutaj nie chyta". Pozostaje schować do kieszeni i pokornie zapłacić za wstęp do TPNu. A raczej takiej dość... odmiennej jego części.










W Chochołowskiej mam przyjemność być 4 raz w tym roku. I stwierdzam, że w sumie to ta dolina jest niedoceniana. Wszyscy zachwycają się Kościeliską, Chochołowską traktując tylko jako Polanę Chochołowską (ze mną na czele!) i wylęgarnią kebabów wożących się tym potwornym zamaskowanym traktorem. Może skałek zdobiących drogę dnem doliny nie jest tak dużo jak w jej niedalekiej sąsiadce, ale często warto spojrzeć w górę... Chociażby, żeby oderwać się nieco od bieli drogi, po której idziemy :) I z pewnością miło się zaskoczyć.



Po marszu, który nie wiadomo ile trwa (nikomu nie chce się patrzeć na zegarek) czas odbić w Krowieniec. I w górrę! Na Kulawiec. Miałam przyjemność chodzić tym szlakiem tylko w zimie... Śmiem twierdzić, że w lecie jest równie... męczący :)
Dochodzi do tego moja umiejętność chodzenia po śniego-lodzie a'la krok w przód, dwa kroki w tył. Ten odcinek ma za to jedną zasadniczą zasadę. Bardzo szybko robi się widokowy.







Grań po sąsiedzku :)




Ee? :)





I znowu w zimowej szacie... Trzeba się na nowo przyzwyczajać, bo trochę czasu tam śnieg będzie gościł :)





Nie polecam tego zdjęcia dla osób z lękiem wysokości :) Chociaż takowe chyba mojego bloga nie odwiedzają :P
O taka tam, Polana Chochołowska z góry :)


Widoczki widoczki... Śniegu mało. Nawet bardzo. Pogoda wręcz idealna... Ciekawe. Kolejny farcik?Nie do końca. Gdzieś w okolicy Przełęczy nad Szyją zaczyna paskudnie wiatr. W sumie to nagle da się zauważyć, że piździ wszędzie dookoła gdzie tylko trochę wyżej. Granie się kurzą. Fajnie to wygląda...
...dopóki się osobiście w to nie wlezie :)










Ale przejrzystość powietrza jest super :)





Na wszystkich graniach dookoła aż roi się od czarnych, ruszających się punkcików... Termin+dobra pogoda=oblężenie :)





Starorobociański też ma dzisiaj gości :)




I najwyższa w okolicy kusi :)




A dookoła... deczko się dymi :)





Przynajmniej nie można poczuć się samotnym :)




I jeest wiatr we włosach :)



Nawet bez zrzędzenie i jęczenia wchodzimy na pierwszy dwutysięcznik. Wojtuś pełen zapału i ambicji ogląda gdzie dalej, gdzie trudniej... Ja za to staram się pogodzić robienie zdjęć i trzymanie uciekającego kijka, który ma ochotę zwiać gdzieś do Doliny Starorobociańskiej :)







Dziękuję panu z powyższego zdjęcia za zapozowanie :) Dzięki temu mam ulubione zdjęcie z tej wycieczki. Pstryk!





Słowackie zadupia... :)


I co? Idziemy dalej. Wkraczamy na grań - kierunek - Kopa Prawdy. Przed nami w tą samą stronę puszczamy grupę ludzi, w której jeden człowiek wyposażony jest w coś a'la gumowe raczki do przemierzania zakopiańskich chodników... Nie wiem jak się to fachowo nazywa - nie znam się. W każdym bądź razie pewnie lubi poczuć adrenalinkę :)
Nie daję się jednak przekonać swobodą naszych poprzedników... I po parunastu metrach staję. I dalej iść nie chcę. Nawiane z lewej, nawiane z prawej. Niepocieszony Wojtu zawraca razem ze mną.

Wiatr szumi w uszach coraz dłużej... Wskakujemy więc w ten fajny twór zwany rowem grzbietowym, żeby chociaż na chwilę od tego uciec. Niestety, po nim też hula wiatr. Wojtuś wpada na pewien pomysł...








I chwilę później siedzimy sobie wygodnie chociaż częściowo osłonięci od wiatru. Częściowo... Bo co jakiś czas zsyła na nas trochę śniegu, którym dostajemy w twarz :)








Piździawka niestety trwa. Grudzień ma jedną zasadniczą wadę... Krótkie dni. Dedycujemy się zawalczyć o materacyk w schronisku... Więc czas iść w dół.
... przez piździawkę :)











Wieje na tyle, że przy mocniejszych podmuchach zaczyna mi szwankować autofocus... :)




Wojtuś z ulubionym "Czubkiem" :)





I jeszcze małe spojrzenie w tył :)





Włosy są... wszędzie :)





Dla urozmaicenia serwujemy sobie powrót przecinajac Wąskie Żlebki. Śniegu jak na lekarstwo, toteż nie protestuję... Przy każdym żlebie można się zatrzymać, popatrzeć w górę :)
Po pewnym czasie przestaje wiać. Uff :)



Słońce zachodzi bardzo wcześnie. Przed zachodem udaje nam się dolecieć do Wyżniej Jarząbczej Polany. Jest w tym pewien cel - chcę zrobic kolejne zdjęcie porównawcze. W domu po porównaniu uśmiecham się. Jest praktycznie identyczne, udała się perspektywa :)




Wojtuś i Jamborowy Wierch :)





Meldujemy się w Chochołowskiej dość wcześnie. Niespodziewanie dostajemy ostatnie łóżko w schronisku. Hurra! Nie cieszmy się jednak zawczasu... Po wejściu do pokoju okazuje się, że jest to oczywiście łóżko piętrowe... I na dole wszystko jest pozajmowane. To co, kto śpi od ściany? :)
Chochołowska jest oczywiście zapchana. Po schronisku przechadzają się ludzie dobrze wyekwipowani + odziani w Jacka Wilczą Skórę, Północą Twarz i tym podobne. Można być dumnym - tym razem obejdzie się bez samobójców :)

Jeden taki człowiek podchodzi do stolika, przy którym jemy i przysiada się. Podsłuchujemy nieco jego rozmowę o dzisiejszych podbojach. Brzmi ona następująco :
"No, dzisiaj to odpadliśmy, daliśmy sobie nieźle w kość. A byliśmy no, najpierw na Grzesiu, potem no.. na Rakoniu, i weszliśmy jeszcze na Wieprzowiec".
Dzięki Bogu, że nikt nie wie, dlaczego leżymy na stole i umieramy ze śmiechu :) Czas się przyzwyczaić, że większość ludzi chodzących po Tatrach ma w dupie ich topografię i nazewnictwo miejsc, w które idą... I w sumie nic w tym złego. Co najwyżej można się uśmiać :)





Schroniskowe zdjęcie, których Wojtusiowi zawsze brakuje :)


Pod koniec dnia czeka nas jeszcze jedna niespodzianka... Moje oko. Na początku wmawiam sobie, że to szampon sprawia, że jest przekrwione i ropieje. Z taką nadzieją idziemy spać...
Żeby rano obudzić się jako kapitan hak :) Straszę połowę gości w schronisku i skupiam na sobie dziwne spojrzenia... Choinka! Mam zapalenie spojówek.

Nieważne! Zakładam okulary, których nie mogę zdejmować nawet w ciemnym lesie :(

Lecz nasz cel dzisiaj nie jest odległy. Spojrzenie w prawo, w lewo i naprzód. Idziemy. W sumie nieco spontanicznie... Nie jest nam jednak dane dotrzeć do celu. Zaś! Czyżby to był wyjazd odwrotów? :)

Ale! Jeszcze tu wrócimy.. wcześniej dokładnie analizując mapę. Dla pocieszenia jakieś pół godziny od pobytu w bezpiecznym terenie widzimy przechadzającego się w pobliżu pracownika TPN... :)











W okularach w dzień i noc :D




Dzisiaj tam, hen na górze wieje chyba troszkę bardziej niż wczoraj :) W sumie to całkiem miło być w dolinie :P





Korzystamy z okazji, że dzisiaj nigdzie się już nie spieszymy.. I wstępujemy do kapliczki, żeby zostawić tam po nas mały ślad... :)
I wyruszamy dalej. Tym razem w poszukiwaniu tatrzańskiej jesieni, której w tym roku nie było nam dane zobaczyć.





Po drodze na dosłownie pół minuty tracę Narzeczonka z oczu... i co? Już znajduje kawałek skały i szaleje :)





I jest jesień :)




I jest las :)



Jest też cisza, spokój... I masa śmieci, niestety. Przynajmniej nie wieje... :)












Przewijamy się przez opustoszałe polanki. Z daleka docierają nas odgłosy cywilizacji... Schodzimy do Kościeliskiej :) Piękna, ale jak zwykle zatłoczona. Droga do wylotu doliny jest prawdziwą walką o życie - za niedługo przy kasach będą wypożyczać łyżwy :) Na szczęście bez wstydu udaje nam się dotrzeć do celu. Odwiedzamy też Storczyk.





Zakopane i okolice niestety w ten weekend stoi. Zdążamy jeszcze do Temidy na kotleta tradycyjnie większego od talerza, a potem dzięki Czarkowi robimy sobie małą wycieczkę po zakopiańskich stokach narciarskich.

Na koniec dnia snujemy we trójkę nowe plany tatrzańskie... Bez nich ani rusz :) I do tego mamy małą sesję narzeczeńską :)




I czas do domu.



















Podkrakowskie dolinki
12.01.2013 :: 16:54 | Link | Komentuj (4)

Nowy Rok to chyba najgorszy dzień w całym roku. Dzień, który najlepiej, jakby się jak najszybciej skończył, pełen bólu głowy i różnych innych tam dolegliwości... Z resztą, może lepiej nie przypominać, coby nie przyprawiać nikogo o mdłości :)

My za to chyba tradycyjnie spędziliśmy ten dzień nieco aktywnie, wolni od jakichkolwiek przykrych następstw dnia poprzedniego :) Zachowaliśmy się jak prawdziwe Krakusy. Pojechaliśmy odwiedzić podkrakowskie dolinki :)















Dlaczego ten widok zawsze najbardziej cieszy oko? :)












:*















Czyżby Ciapek też miał kaca? :)
















I tyle. Uciekam oglądać skoki :) A relacja z tych w Wiśle już niebawem :)















Ski jumping!
18.01.2013 :: 23:14 | Link | Komentuj (1)

W tym roku, na dobry początek miałam okazję pierwszy raz oglądać zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich. A wszystko dlatego, że miały miejsce... w Wiśle :) Konkurs za miedzą, toż to grzech nie jechać! Dołożyłam więc wszelkich starań, żeby się tam znaleźć i już w listopadzie miałam zarezerwowane bilety.

A tak właśnie wyglądalo tam 9go stycznia :








Cała masa rekwizytów kibica. Ja sama byłam tego dnia tak zalatana, że zapomniałam nawet flagi :)




Trąbili zewsząd... Po skończonej imprezie czułam się jak dawniej po koncertach ;)





Na żywo wszystko wygląda zupełnie inaczej. Lądowanie wydaje się być bardziej ryzykowne :)





Jedyne zdjęcie kibiców z Czechowic. No i co z tego, że nieostre? :)





Rzut na VIPowskie sektory.









A tak właśnie ożywiał się nasz sektor, kiedy filmowała nas kamera :)








I nasz sektor na telebimie, czyli jak w jeden wieczór stać się sławnym :) Dla spostrzegawczych - gdzieś z lewej strony czaję się tam z aparatem :)















Trzymanie podium, hihi :) Ktoś pomyślał, że to tak może wyglądać?








I na koniec mała niespodzianka ;)


Ogólne podsumowanie skoków: mega pozytywnie! Atmosfera świetna, polscy kibice jednak bardzo dają radę. Wisła spisała się bardzo dobrze, temu miastu należał się z oczywistych względów Puchar Świata. Może sprawy organizacyjne nie do końca były przemyślane - bowiem za friko można było obejrzeć te skoki równie dobrze jak z sektorów :) Ale o tym wiedzieli tylko mieszkańcy Wisły :) No i poza tym byli najsympatyczniejsi skoczkowie - Stoch, Simon Amman, Morgi, nawet Schmitt w kasku z Milki. Szkoda tylko, że nie było Adasia :)
Mam nadzieję, że okropnie-beznadziejny pomysł z organizowanie skoków na terenie Stadionu Narodowego stanie się równie kłopotliwy i nieopłacalny jak dach na tymże obiekcie i co za tym idzie - że przez kolejne lata będziemy jeździć na Puchar Świata do niezatłoczonej Wisły. Do przyszłego roku! :)















:)
20.01.2013 :: 23:31 | Link | Komentuj (3)






Z perspektywy Twoich ramion świat wygląda zdecydowanie piękniej... :) :*
















Zatracona oryginalność
21.01.2013 :: 22:36 | Link | Komentuj (4)
Publikowanie w internecie, upublicznianie pewnych swoich opinii niesie za sobą konsekwencje. Lecz na chwilę obecną jest to rzecz tak powszechna, że powinno się bronić również pewnych zasad, którego mówią "nie kopiuj". Ja jestem osobą na to szczególnie uczuloną.


zgwch.blogspot.com


Z przykrością podaję tutaj adres strony, poprzez którą czuję, że zasada "nie kopiuj" została naruszona. Od jakiegoś czasu obserwuję tą użytkowniczkę i niestety czasem widzę aż zbyt uderzające podobieństwa do mojej działalności tutaj. Czasami wydaje mi się, że moje myśli i przyszłościowe plany górskie też są wszechobecnie powyżej wymieniowej wszechobecnie znane... Nadprzyrodzone siły?


Przykładem niech posłuży początek wpisów:
http://hemlighet.fotolog.pl/podkrakowskie-dolinki,2361986,link.html
http://zgwch.blogspot.com/2013/01/pilsko-tatry-i-nowy-rok.html

Lub odnośnie jeszcze powyższej notki, niektóre słowa niemalże żywcem przepisane z mojego wpisu :

http://hemlighet.fotolog.pl/po-koncu-swiata,2358918,link.html


Daty mówią same za siebie.


Przeinaczanie czyichś słów i podawanie jako swoje jest chyba najpaskudniejszą formą kopiowania. Ale tak niestety było, jest i będzie. Najważniejsze, żeby nie pozostawać na to głuchym :)

Mam nadzieję, że to taki pierwszy i ostatni wpis na tym blogu. Wszystkim papugowiczom radzę szukanie inspiracji gdzie indziej... A najlepiej w samym sobie :)















Pewien lipcowy dzień
22.01.2013 :: 19:14 | Link | Komentuj (3)


To był ciepły, letni dzień. Aż tak ciepły, że Skupniów Upłaz bardziej przypominał wtedy plażę. W Murowańcu coś nas zmogło i po wykonanej pracy na przemian spaliśmy, zmieniając wartę w pilnowaniu dobytku... No, można to tak nazwać :)
Szczyty groźnie łypały na nas z góry. W czasie kiedy inni ucinali sobie drzemki, ja, pochłaniając już drugą szarlotkę przepowiadałam : będzie burza, będzie burza...
I faktycznie. Była-nie była... Fajnie się siedziało w Suchej Jamie i nasłuchiwało jak nadchodzi, jak już pioruny uderzają niby to w oddali...
Aż w końcu minął cały dzień. Z turystycznego punktu widzenia - zmarnowany.
Z mojego punktu widzenia - spędzony inaczej.

I na zakończenie tego dnia nietypowa droga - niespodziewanie zakończona na Polanie Jaworzynki :)












Taka tam mała górska wspominka :)
















Brrr, zima!
26.01.2013 :: 16:02 | Link | Komentuj (4)




(Pilsko, rok temu, też 20-parę stopni mrozu)


Sesja trwa, a ja nie próżnuję. Pierwsze trudności już za mną, zadziwia mnie jakoś moja organizacja... Może po prostu poprzez mobilizację wszystko idzie jakoś łatwiej? :)


Pomimo, że czasu aby pójść w góry brak nie próżnuję i w tej dziedzinie. Od jakiegoś czasu moje wypociny można czytać nie tylko tutaj, ale i na przykład tutaj - Zimní túra přes sedlo Krzyzne o ile oczywiście ktoś umie/rozumie język czeski :)
Mam nadzieję, że w najbliższym czasie nie zacznę pisać jeszcze po bułgarsku...? Това е добър въпрос!

Góry namacalnie już za niedługo, może nawet jutro... O ile sama siebie przekonam, że prognozowana odczuwalna temperatura -27 stopni to nic strasznego :) Zobaczymy.


















Mój świat
30.01.2013 :: 16:45 | Link | Komentuj (4)
Uwielbiam wywołane zdjęcia. Coś czuję, że w przyszłości będę musiała przeznaczyć na nie cały regał... :)
To tylko skromna część mojej kolekcji. Za chęć wykonania takiego zdjęcia musiałam przeznaczyć potem dobre parę minut na ich układanie... ;)









Mój świat, moje kredki... I moje góry :)



Sesja właściwie już za mną. Jakoś wcześnie w tym roku. Czas teraz zabrać się za książki, które czekają na swoją kolej już dość długo. I może za niemiecki... Chyba zwariowałam z tymi językami :)

A ode mnie z okna znowu widać Przełęcz u Panienki! :) Trza by się tam z tej okazji może i wybrać...



Riverside- The Depth of Self-Delusion















Auschwitz
04.02.2013 :: 14:52 | Link | Komentuj (3)


Lekcja historii na trasie Kraków-Czechowice. Na co dzień jakoś zapominam, że mieszkam tak blisko tego miejsca.










































Szuru buru
12.02.2013 :: 19:34 | Link | Komentuj (2)


Sz jak szuru buru, sz jak szaro... Czy ktoś z południa jeszcze pamięta, jak wygląda słońce?
Załamując ręce nad prognozą pogody powiedziałam sobie: nie! Nie będę marnować ferii. Wstanę wcześnie, pojadę w góry i choćby nie wiem co, pójdę. Taa...
Jednak co powiedziałam, zrobiłam.

I co? Akurat tak wyszło, że przez nod przypadało ileśtam centymetrów nowego śniegu. Ale to nic, to nic!




Na początku było biało i fajnie.




O czym świadzy m.in. zadowolona mina autorki.





Nowy śnieg.





Beskidzkie kapliczki.





Człowiek!


Wyżej zrobiło się całkiem ciekawie.

















Myślę, że zdjęć z TĄ wieżyczką na tym blogu już podpisywać nie muszę :)






Akuku! Toż to Czantoryja!






Niestety widoków za dużo sobie nie pooglądałam. Raz, że schowały się w SZARYCH chmurach, a dwa... wymiękłam w samodzielnej walce z ogromną ilością śniegu :) A tą "popularną" ścieżką chyba z miesiąc nikt nie stąpał...







Chamonix? Nieee :)


Na podsumowanie dodam, że z racji, że zapomniałam okularów cały dzień widziałam potem na różowo. Całkiem miło :)


Kolejną próbę podejmuję jutro. Może przy odrobinie szczęścia uda się załoić jakiś tysięcznik... ;))















Chmury i podobno Beskidy
21.02.2013 :: 16:00 | Link | Komentuj (3)

Błatnia, zwana również Błotnym. Ma 917 metrów wysokości i najprawdopodobniej widzę ją z okna (nie wiem, bo dawno nic z niego nie widziałam). Tyle wiem o tym szczycie, a że nie mam w zwyczaju przepisywać wikipedii dodam tylko, że dla niektórych szczyt ten bywa zaklęty...
Tak było właśnie w przypadku Oli.
Co za tym idzie, w lutym stwierdziłyśmy, że poskromimy diablicę. Czy się udało? Szczegóły poniżej :)


Pobudka w sumie nie była jakaś wczesna. Przez okno nie patrzyłam, wiedziałam bowiem zobaczę, bądź czego NIE zobaczę... Mowa oczywiście o słońcu. Ani pół promyczka :(

Dość zgrabnie dotarłyśmy pod Szyndzielnię. Po swojej ostatniej tułaczce w okolicach Malinowa postanowiłam, że tym razem nie będę ryzykować kopania się w śniegu. Przez pierwszą godzinkę szłyśmy więc miłą, udeptaną cesticzką :)

Przy okazji miałyśmy okazję podziwiać nową chlubę Bielska - wyciąg krzesełkowy na Dębowiec. Wszystko fajnie, ale mimo wszystko - jakoś nie mam ochoty przyjeżdżać tam z dwoma deskami.

W sumie to w drodze na Szyndzielnię zima była całkiem urocza.







Napisać 15 byłoby z pewnością przekłamaniem :)


Złożyłyśmy szybką wizytę schronisku. Od rana chodziła za nami pomidorówka. Ale na Szyndzielni? Niee... Drogo, zjemy sobie na Błatniej :)


I zaczęła się droga w stronę przeklętej góry.





Zaczęły się i się chmury... Chociaż to chyba nikogo nie dziwi :)








Po chwili chmury pochłonęły i nas :) Na szlaku oczywiście pustka, widoków żadnych, tylko czarno-biały krajobraz i masy śniegu :)





Walentynkowa twórczość Oli :)


Drugim jakże zacnym szczytem przez nas zdobytym były Trzy Kopce. Góra wyróżniająca się jedynie ruinami schroniska, które tam niegdyś stało. Dzisiaj pozostały z niego resztki fundamentów i schody. Aczkolwiek fajnie tam stanąć i wyobrazić sobie, jak wyglądała chata, która niegdyś tam stała i przyjmowała turystów :)


Jednak zdjęcie, które znalazłam na internecie nieco zaburzyło moje poglądy na jego temat. Wyglądało bowiem tak :








zdjęcia ze strony www.historia.beskidia.pl


Warto pamiętać o takich miejscach. Wbrew pozorom, całkiem sporo ich przykładowo w Beskidach :)


Ale wróćmy do czasów obecnych i do chłodnego, lutowego dnia.
Szlakiem na Błatnią spacerowałam zaledwie parę razy, był to jednak jeden z pierwszych szlaków, które pokonałam na własnych nogach (ewentualnie troszkę niesiona przez braciszka). Na zimowych zdjęciach może tego nie widać, ale jest bardzo ładny i urozmaicony. Jak ktoś lubi leśne wędrówki, bardzo polecam wybrać się tam w lecie, a jeszcze bardziej późnym popołudniem z zachodem słońca na Błatniej :)




Oto jedna z malowniczych ścieżek.




Na tej polance znajduje się granica rezerwatu "Stok Szyndzielni". Nie mam pojęcia, dlaczego akurat tam jest rezerwat, ale z chęcią uszanuję i nigdy tam nie wlezę. A niech się w Śląskim ostanie jakieś nietknięte miejsce :)


Dalsza droga jak widać nie prezentowała malowniczej zimy :) I do tego zaczęło strasznie sypać śniegiem. Jakby go było za mało :)






Widoczność dość mocno się pogarszała. Zaczęłam się zastanawiać, jak będzie na polanie obok Błatniej :)




No i toteż jest i polana. Może lepiej nie wspominać, że jest bardzo widokowa? :)






No i zaczęło się to, co nazywam "kiciorem". Nasze oczy przestały dostrzegać horyzont, co było uczuciem dość dziwnym, tak zwane whiteout. Tyczki gdzieś zniknęły, pozostało tylko wgapiać się w słabe ślady po biegówkach. Dzięki Bogu, że jakieś były, bo inaczej czułybyśmy się średnio komfortowo :)


Ostatnie metry iii.... udało się!




Klątwa została złamana! Widzicie tą radość na twarzy? :)





W nagrodę czas na pomidorową. Trochę źle oceniłam Szyndzielnię - w rezultacie pomidorówkę mieli jednak tańszą... :P




Ale na Błatniej za to były dobre ogórki kiszone :)


Zaczęło się robić późno, toteż czas było w dół. Okazało się, że szlak zejściowy jest przetarty. Uff :)





... ale nie było w nim nic ciekawego. Z ostatniej wycieczki pamiętałam go jak przez mgłę, a tym razem nic poza mgłą zobaczyć nie mogłam. Trza tam więc iść jeszcze raz :)

Swoją droga zaczęła mnie trochę interesować Dolina Wapienicy, oczywiście nie-szlakowo. I już znalazłam swoją ofiarę, która tam ze mną pójdzie ]:->


Swoją wycieczkę zakończyłyśmy na jakimś tam przystanku w Wapienicy. Nie zabrakło oczywiście pesiczka :)


Mimo wszystko, jak tylko stopnieje to COŚ, chętnie pójdę tam raz jeszcze. Póki co utożsamiam się z koleżanką Demolą, która cytuję "sra już tą zimą!". Ale na szczęście prognozy pogody są coraz fajniejsze :)


... a ja tymczasem zabieram się za pisanie relacji tatrzańskiej :)















W krainie śniegu
25.02.2013 :: 22:13 | Link | Komentuj (8)
Zimowe Tatry. Jeszcze rok temu były dla nas czymś nieodkrytym, dla mnie były marzeniem. Cały czas mam przed oczami widok śnieżnej Zielonej Doliny Gąsienicowe i małe czarne punkciki nad Czarnym Stawem majaczące z Karbu.
Poprzez dominację naszych śnieżnych wycieczek w Tatry nad tymi bezśnieżnymi po prostu zima tam jakoś tam tymczasowo troszkę zbrzydła.
Ale z racji, że Tatry mają w sobie magnez, zapragnęliśmy je odwiedzić i tej zimy, skuszeni dobrą prognozą (chyba pierwszą w tym roku :P ).

Plany były najróżniejsze... W końcu padło na moją nowe, lipcowo-sierpnione zauroczenie :)

I zaś wyciągnęłam Wojtu i Czarka na Słowację :)

Jak na złość - od początku towarzyszy nam mgła. Po drodze przypominam sobie, jak bardzo nie cierpię Zakopianki... Szczególnie o 6 rano :) Kiedy w Poroninie mgła towarzyszy nam nadal, zastanawiamy się już nad zmianą planów... Na szczęście Czarek przystaje przy naszej pierwotnej wersji. Jedziemy więc :)

Druga część drogi jest nieco utrudniona. Pakujemy się na całkowicie białą drogę relacji Zakopane-Łysa Polana, która wygląda, jakby przejechał po niej czołg... Chociaż wolimy się jednak trzymać pierwotnej wersji, ze był to ratrak :) Droga jest jednak cała nasza - z naprzeciwka nie jedzie ani pół samochodu! I to wcale nie cieszy :)
Na szczęście sytuacja całkowicie zmienia się na granicy. Dalej jest elegancko. I o co zadbali nasi południowi sąsiedzi - bez dziur... A co cieszy oko, w górze podziwiamy nasze ukochane dwu-tysięczniki!
Osobiście najbardziej cieszy mnie widok Ździaru - chyba najpiękniejszej górskiej wioski, jaką widziałam... Widokiem z niej pierwszy raz zachwyciłam się mając 8 lat :) Każdy, kto tam bywa zapewne wie, o czym mówię :)

Dalej już nie jest tak różowo. Słowackie napisy cieszą (w końcu jestem w swoim żywiole!), ale wszechobecne mgło-chmury już nie. Do Starego Smokovca zajeżdżamy jednak w przebijającym słońcu.

No i są widoki! Pamiętam je z ubiegłego lata. Strasznie lubię te okolice. Tatrzańskie olbrzymy rzeczywiście wydają się ogromne...
Przypominam sobie wyczytany niedawno w Nyce fragment na temat Łomnicy i wrażenie, które zrobiła na pewnej pani, która specjalnie przyjechała do Tatrzańskiej Łomnicy, żeby ją zobaczyć. Do głowy przyszło mi, co by było, gdyby zamiast Łomnicy zobaczyła mleko? :) Bardzo częste zjawisko, hihi... :)

Nie ma się jednak co obijać. Czas się nieco do gigantów zbliżyć...





Wojtuś w cizině. Jak widać nie czuje się najpewniej... Ale na szczęście ma swoją průvodkyně :)


Znienawidzone chmurzyska opuszczają nas na Hrebienoku. Przykrywają Słowacją ziemię, a my możemy oglądać ośnieżone szczyty z bliska. Szczególnie prezentuje się Łomnica, a konkretniej jej zachodnia ściana.











To miejsce już znam :) Ale dalszej części szlaku nie! Kolejna Hemli-gratka :)

Wchodzimy do Doliny Staroleśnej. Etymologiczno-filologicznego bełkotu nie będzie, bowiem nazwa Dolina Staroleśnej pochodzi od wsi Stara Lesna... Nuda :)


Szlak jest oczywiście przetarty. Przebijamy się wąską ścieżką przez las. Humory dopisują... Bo niby czemu by miały nie dopisywać? :)






I Wojtuś w lesie czuje się lepiej :)





Męska część wycieczki :)


Wojtuś znajduje swoje zajęcie - grzebanie się w zaspach śnieżnych w stylu "pokaż kotku co masz w środku" :)





I ile przy tym radości... ;)




Jak widać za nic sobie mamy uwagi wyczytane w Nyce i zabawa trwa na całego... Czarek osiągnął już górską nieśmiertelność, ale my? Ja póki co jestem na dobrej drodze do śmiertelności - licznik widm Brockenu cały czas wskazuje 1... :)





Kończy się las i otwiera się przed nami widok na Dolinę i okoliczne szczyty, częściowo zasłonięte przez chmury.





Niestety dość sporej części zdjęć z tej wycieczki nie będę opisywać, szczególnie ze Sławkowskiej Grani, ponieważ po powrocie do domu okazało się, że poznawanie tego terenu nie jest takie proste. A mądre książki, które mam w domu nie wystarczą, żeby poznać go w takim stopniu, w jakim bym chciała... :P




A ten żleb schodził gdzieś z okolic Pośredniej Grani :)






I ten pamiętny dzień, 16 LUTY... Tak, Czarku! Tego dnia czegoś nie wiedziałam i odkryłam swój własny Jaworowy... Ech, глупава пътеводителка :P




:)


Po prawej ciągle towarzyszy nam piękna Pośrednia Grań. Kolejna głupota w tłumaczeniu Polaków. Słyszałam, że ten szczyt nazywa się tak, ponieważ oddziela Dolinę Zimnej Wody. Dobrze, zgadza się. Ale dlaczego nie nazwać tak całego masywu? Słowacy w swojej nazwie Prostredny Hrot, czyli dosłownie tłumacząc "Pośredni Grot" są dokładniejsi. Myślę, że nie jest trudno w tym szczycie dopatrzyć podobieństwa do grotu strzały :)





A oto i ona, obok Żółtego Szczytu :) Piękności :)



Kiedyś, kiedy jeszcze niezbyt wiedziałam co, jak i gdzie jest ta cała Dolina Starocośtam, zauroczyłam się zdjęciem pewnego stawiku... Potem okazało się, że jest to Warzęchowy Staw (Vareskove pleso) i znajduje się on w Dolinie Staroleśnej na wysokości 1834m. To zapamiętałam i zapragnęłam go zobaczyć. I co?

Jakie jest moje rozczarowanie, kiedy nawet po wskazaniu go przez Czarka musze się domyślać, gdzie on dokładnie jest! No i co za pech - będę musiała tędy znowu pójść :)





Oto właśnie okolice tego stawiku. W oddali mamy Skrajną i Zadnią Sławkowską Czubę, które otaczają dolinkę, która po Słowacku nosi imię Dolinka nad Vareškovým plesom. A skąd nazwa? A tym razem od roślinki - warzuchy tatrzańskiej :)







Zaczynają zbierać się chmurki... Czyżby chciały odebrać nam resztę widoków?





Na szczęście na nas widoki zawsze są dobre :) Wkrótce wyłania się przed nami znana mi już część doliny wraz z wtulonym gdzieś w śnieżne czapy schroniskiem.





Lubiany widok na Baniastą Turnię, Małą Wysoką, Dziką Turnię i Świstowy. I na niesamowicie kuszący Świstowy Grzbiet :)





Baniasta Turnia, czyli Kupola. W tej kwestii zarówno Polacy, jak i Słowacy trafili sobie z nazwą. Kupola po słowacku to dokładniej "kopuła". Chociaż mi chyba jednak bardziej do gustu przypada Baniasta Turnia :) I chyba nie ma wątpliwości co do tego, która to na zdjęciu :) Oprócz tego, że jest "grubsza" od swojej sąsiadki, Małej Wysokiej, to jeszcze niższa od niej o całe 9 metrów :)








Od lewej : Pośrednia i Wielka Ważęchowa Strażnica, nad nimi Wielka Sławkowska Kopa.





No i docieramy do schroniska. Stąd to dopiero widokiii!





Niestety nie mamy zbyt dużo czasu, żeby się nimi nacieszyć, bowiem jakoś tak nagle widoki zamieniają się w mleko. Kapryśna ta tegoroczna aura :)





I autobusy chyba też dzisiaj nie jeżdżą :(


Pozostaje nam zadomowić się w schronisku z wielojęzycznym towarzystwem (zdarza mi się to już drugi raz!)





Dobra herbatka :)

Nigdzie nam się nie spieszy, bowiem za oknem nie widzimy dokładnie nic... Ja tymczasem oddaję się twórczości i robię głupie zdjęcia...





Co jak co, ale to jest mistrz :) Wystarczy się mu dobrze przyjrzeć i dostrzec wszystkie szczegóły :)


Po pogaduchach o wszystkim, małym zarysowaniu planów na przyszłość i której drzemce Wojtusia czas wyjść w końcu na zewnątrz...





Gdzie jest dość śnieżno :) Postanowimy pokopać się trochę jeszcze w śniegu w dolinie.


Nie mija 5 minut ii....





Prześwity! To się nazywa szczęście.





I ludzie na Świstowym Grzbiecie. W tle Rohatka, dobrze widoczne prowadzące na nią zakosy i Turnia nad Rohatką.


Rozpoczyna się festiwal światła. I znowu mam ręce pełne roboty :)





I jak widać, wcale nie jestem z tego powodu zasmucona :)





Czarek na tle pięknej grani. Od lewej Graniasta Turnia, Rówienkowa Turnia, Krzesany Róg, Mały Jaworowy i Jaworowy.





Z drugiej strony odsłaniają nam się widoki na Sławkowski Szczyt.





Wojtuś znajduje sobie oczywiście jakąś kopkę. To chyba ta sama, z której w lecie z Czarkiem zrobiliśmy całą masę zdjęć.


Chwilę się waham i postanawiam dołączyć do reszty mojej wycieczki. Czarek ciężko pracuje robiąc mi stopnie.





A tymczasem ja... Pokonuję ten odcinek z prędkością światła :) Zdecydowanie - nie polecam... Z resztą, na zdjęciu widać jaki zrobiłam podstawowy błąd :)





Królowa okolicy - Bradavica!Etymologia nazwy tego szczytu jest głupia... I nie chcę jej przytaczać :P Takie rzeczy + legendy serwuję tylko na żywo :)





Piękne zakończenie dnia :)




Od lewej : Spąga, Sokola Turnia, Drobna Turnia, Żołty Szczyt, Pośrednia Grań i Ciemniasta Turnia.





W tym miejscu zamiast naszych plecaków powinny stać namioty :)





I niestety jedyne zdjęcie całej naszej ekipy :)


Do doliny tymczasem zaczynają wchodzić chmury. Kończy się dzień.





Z minuty na minutę robi się coraz piękniej.







Spokój. Tamta chwila i obrazy z niej kojarzą mi się z pewnym utworem - Eddie Vedder - The Wolf




Żegnamy się z widokami.


W dół schodzimy już w chmurach i częściowym zmroku. Chmury są dzisiaj chyba warstwowe, bowiem po pewnym czasie pozwalają nam coś zobaczyć.





W dół schodzimy w iście ekspresowym tempie.

Kolejna warstwa chmur spotyka nas na Siodełku i towarzyszy do samego Starego Smokovca. Paskudna rzecz. A jeszcze paskudniej wraca się w czymś takim do Polski. Na szczęście mgła opuszcza nas za Bukowiną Tatrzańską.

Poprzez dziwne sprawy organizacyjne schroniska na Głodówce zmuszeni jesteśmy wrócić do Krakowa wcześniej.

Plany na następny dzień pozostały więc niezrealizowane. Jednak w związku z tym, co przekazał nam Czarek i o czym przeczytaliśmy potem w internecie, zbieg okoliczności był dla nas co najmniej szczęśliwy :)


Zamiast zdobywać tatrzańskie szczyty zdecydowaliśmy się więc na najwyższy punkt w Krakowie - tak już mamy, że te najwyższe po prostu lubimy :)





I to by było na tyle :)














Husaria na Skrzycznem
01.03.2013 :: 23:36 | Link | Komentuj (4)
Trasa:
Szczyrk->Przełęcz Becyrek->Skrzyczne->Hala Skrzyczeńska->Suche->Solisko->Hala Pośrednia->Wierch Pośredniego->Hala Pośrednia

W tym roku jakoś szczególnie wyczekuję wiosny. Może i zima nie była jakaś surowa, ale dla mnie i tak była przebrzydła (z nadzieją podkreślam słowo była). Był to okres "na przeczekanie", wiosną ma się zacząć w końcu to i owo zmieniać... Więc, no niech będzie :)

Pod względem górskim i ogólnie turystycznym też mniemam, że nie należała do najbardziej owocnych.

Jednak wiosna wyczuwalna w powietrzu jakoś dodała chęci do wszystkiego. Na tyle, że wpadłam na pomysł, który tylko ja mogłam wymyślić... Borykając się z odwiecznym problemem : trekking, czy narty, postanowiłam znaleźć złoty środek i...
Postanowiłam pobawić się w husarię w Beskidach! Chyba jednak jestem trochę szalona :)
Na okrągłe, bowiem moje 10 wejście na Skrzyczne wypadało jednak coś niebanalnego wymyślić.


Mój pomysł był jednak czysto teoretyczny. Wzięłam wszystkie niezbędne klamoty. Mama wysadziła mnie w Szczyrku z tobołami, zrobiła sierotce zdjęcie i z uśmiechem odjechała :)
A tymczasem ja po paru minutach byłam gotowa do drogi. Na szczęście wszystko udało się jakoś zamontować... Let's go!





Na początku najbardziej wkurzające podejście z całego mojego ukochanego szlaku. Droga z czegoś a la płyty betonowe. Na początku chciałam namowić mamę, żeby mnie tą drogą jeszcze przewiozła. Dzięki Bogu, że tego nie zrobiłam - przeceniłabym z pewnością moc Seiczaka :)




Cel nie taki odległy - ale trochę się zejdzie, zanim się tam wtoczę :)






Po drodze znalazłam za to śliczną kapliczkę, której chyba wcześniej nie dostrzegałam. Zbieram teraz takie zdjęcia do kolekcji "Kapliczki Beskidzkie". Jak coś się z tego urodzi, na pewno się tutaj podzielę :)


A tu, dookoła wiosna. Aż serducho się radowało... Jak już weszłam na właściwy szlak, doszedł do tego śpiew ptaków... Aż chciało się stanąć i zasłuchać. Cudnie :)








Jedynym minusem, który wynikł po zejściu z drogi był mokry, zapadający się śnieg. No tak. Pierwsze dni sporego ocieplenia, a że śniegu nasypało ostatnimi czasy sporo, toteż topić się miało co. Ale to wszystko w imię wiosny i mojej ukochanej górki :)


Wraz z zdobywanymi metrami zaczyna jednak jednak trochę ciążyć mi plecak. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy z tego, że mój sprzęt narciarski jest taki ciężki.

Na szlaku oczywiście pustki. Dreptam tylko po śladach raciczek. Akurat w moim wypatrzonym miejscu na chwilowe zrzucenie plecaka zaczynam wyraźnie wyczuwać jakiś obcy zapach... Żeby nie złościć zwierzątek, postanawiam swój postój zrobić gdzie indziej.






Pada na Becyrek. Taka tam przełęcz. Czuję tylko, że zaczyna trochę wiać (jak to na przełęczach wszelkiego rodzaju - mój osobisty Inżynier już to kiedyś liczył :) ) i poza tym widzę, że po południowej stronie jest znacznie ciekawiej. Nie daje mi to posiedzieć dłużej niż pół minuty - idę w górę.





Eee musiałam to uwiecznić! Kąsek ziemi bez śniegu - paskudną zimę zdradzają tylko moje kijki, które udają trekkingowe i niedokładnie otrzepany buciorki :)


Kolejnym celem fotograficznym jest oczywiście moje ulubione miejsce widokowe - za to m.in. lubię zielony szlak na Skrzyczne :) I tym razem nie jestem zawiedziona. Zrzucam kilogramy i pstrykam na lewo i prawo. Słyszę już odgłosy narciarzy z góry - kilkadziesiąt metrów wyżej przebiega bowiem trasa FISowska. A Ci narciarze jeżdżą tamtędy nie wiedząc nawet o istnieniu tak cudownego miejsca nieopodal... :)







Mały autoportret. Tak właśnie wygląda beskidzka husaria :)





Widoczek-klasyka. Tylko Diablak dziś coś lekko podchmurzony :)





A tutaj widoczek na pagóry Beskidu Małego. Od lewej u góry : Kiczera, Wielki Cisownik, Maleckie, Jaworzyna, Kościelec i z tyłu - Potrójna.





A tam mnie jeszcze na pewno nie było.





Diablica w zbliżeniu.





No i zdjęcie "myślące"... :) Wiadomo w jaką stronę patrzę :)



Tatr dzisiaj nie ma, co nie jest dla mnie zaskoczeniem. Po małej foto-sesji ubieram plecak i lecę dalej. Jakoś przekraczam trasę narciarską, żeby dowiedzieć się, że sorry, ale... zimowym szlakiem tutaj nie przejdziesz :) Za dużo kilogramów mam na plecach, żeby latać w dół i sprawdzać, czy dołem da się przejść. Idę stokiem w górę. Tylko czekam na kąśliwe uwagi :)

Ku mojemu zdziwieniu żadnej nie słyszę. Zaczepia mnie tylko jeden bardzo miły pan, który pyta się, czy te narty to takie, co się przyklei coś i idzie do góry... Odpowiadam, że oczywiście nie, bo gdyby były, to nie niosłabym ich na plecach :)
Kiedyś, jak już przestanę być biedną studentką i będzie mnie stać na jakieś szpanerskie markowe ciuchy i wszelakie kurso-szkolenia, kupię sobie i skitoury. Na nie mam chyba największą ochotę :)





Brama Wilkowicka, w dole Skalite.



Trasą szło się tyle fajnie, że była świeżo wyratrakowana i mogłam zapomnieć o zapadaniu się w śniegu. Dość szybko znalazłam na nowo szlak. Skręciłam w mój ulubiony "trawersik". Mogąc wrócić się w czasie zamiast skręcać wtedy w lewo, parłabym ostro do góry :) Ale wróćmy jednak do mojej pierwotnej decyzji.





Na początku super, fajnie, znowu jestem samiuśka jak palec. Po chwili jednak okazało się, że śniegu jest bardzo dużo i zaczęłam zapadać się po uda. Shiit! Ciężko było się czasem wygrzebać z całym dobytkiem :) Do tego zaczęło wiać i... padać. I masz swój piękny trawersik... Byłam przeszczęśliwa, jak zobaczyłam skręt w prawo.


To jednak nie wszystko. W lecie w tamtym miejscu głowa lata już na wszystkie strony i cieszy oko widokami, a w zimie... Bęc! Nawet jakieś tyczki postawili w jednym miejscu... W sumie to dobrze, bo ja znająć Skrzyczne na wylot i w tamtym miejscu trochę zgłupiałam. Wystarczyło na szczęście parenaście metrów pod górę i wynurzyła się przede mną dobrze już znana wieżyczka.







Po drodze do schroniska pogłaskałam jeszcze jakiegoś pesiczka(!). W samym schronisku przemiana i... tadaam! Wychodzę jako narciarka :) I w tym momencie ucieszyłam się, że je targałam. Jakiś pan po drodze zalecił mi : tą trasą to tylko na krechę! W mokrym śniegu i to nie pomagało :)






Narcioszki :)





Robi się widokowo.








Luubię te okolice :)





Wzięli się widzę ostro za zalesianie tych terenów. I to dobrze, i to źle... Ale Pilsko prezentuje się ślicznie :)





Skorzystałam poza tym z łącznika, porzucając pomysł odwiedzenia Małego Skrzycznego. W tym roku już tam byłam :) Całkiem fajny ten łącznik... Tylko też nawet jazda na krechę nie pomaga :)





I trochę emo-portrecików :)





Wielka Czanoryja... Hej, tam mnie jeszcze z nartami nie było! :)





Chyba dobry nastrój zbytnio uderza mi do głowy i powstają oto takie dziwne zdjęcia :)





I tak wygląda ten łącznik. Narty same jechać nie chcą... Ale jest na co popatrzeć, może to tak specjalnie pomyślane :)


W sumie to ani się obejrzałam, a już odpinałam narty w Solisku. Ogólnie to bardzo lubie trasę Małe Skrzyczne-Hala Skrzyczeńska-Solisko. Tym razem warunki były dobre, tylko śnieg pierońsko ciężki. Ale naprawdę nie ma co narzekać :)

Jednak na Solisku nie skończył się mój narciarski już dzień. Tam bowiem czekała na mnie mama i dzięki niej wyciąg (dobrodziejstwo!) wyciągnął nas na Juliany. Tam jeszcze parę szusów z Wierchu Pośredniego po jednak lepiej przygotowanych trasach niż do Soliska.

Pozwoliłam sobie na chwilkę szaleństwa, czego w Szczyrku się nie robi - jak zwykle zaskoczyła mnie mulda i "miałam już ciepło" :) Na szczęście pofarciło mi się i nie siedzę teraz z gipsem, czy tam Bóg-wie-czym i złamaną kością udową :P






Na Polanie Pośrednie.





Dawno nie czułam się za to tak usatysfakcjonowana w górach, jak właśnie po tym dniu. Chyba świadomość, że zrobiłam coś typowo dla siebie dała mi uczucie szczęścia i zmotywowała do dalszych działań. A może to magia góry z wieżyczką? :) Cieszyłam się, że tam jestem, ptaki pięknie śpiewały i sprawiały, że nie chciało się jechać w zachmurzone doliny... A tak właściwie to kiedykolwiek się chce? :)

W związku z nadchodzącą wiosną i luzem w szkole chciałabym być teraz w górach częściej. Nie mówię o odległych celach, bowiem te muszą jeszcze poczekać, ale o tych najbliższych, ukochanych Beskidach. Mam nadzieję, że moje plany uda się zrealizować i będzie to taki mały kroczek do przodu w stronę mojego wielkiego planu :)



P.S. Szykują się na moim blogu spore zmiany. Po pierwsze, chcę, żeby był bardziej czytelny wraz z lepszym dostępem do starszych wpisów. Do tego wiele wiele nowości górskich + blog nie będzie już tylko mój... :) Więcej nie powiem. Mam nadzieję, że zobaczycie to już wkrótce... :)
















Starymi ścieżkami
09.03.2013 :: 21:20 | Link | Komentuj (5)
Trasa: Olszówka Górna->Dębowiec->Szyndzielnia->Klimczok->Szyndzielnia->Dębowiec->Olszówka Górna


Co zrobić z ładnym popołudniem bez planów? A może by tak odwiedzić dobrze znane, przedeptane wiele razy ścieżki? :)

Niech będzie więc parę migawek z pierwszej soboty marca.

























































I to by było na tyle :) Mam nadzieję, że następne tutejsze wpisy będą już bardziej wiosenne, bowiem razem z nadchodzącą wiosną staram budzić się do życia i brać się za siebie. Póki co to oprócz oczywistego poprawiania kondycji za cel mam... przytyć :) I napisać pracę licencjacką. Przynajmniej papryczki mi zakwitły - w najbliższym czasie podzielę się tutaj zapewne paroma zdjęciami z hemli-zahrady :)



I na poprawę humoru do posłuchania niezwykły polski utwór klik który z Wojciechem umiemy wyśpiewać na dwa głosy, sialala :)















Wiosenne popołudnie
17.03.2013 :: 12:22 | Link | Komentuj (7)
Trasa : Przełęcz Przegibek->Magurka Wilkowicka-> Przełęcz Przegibek

Wspomnienie wiosny, którą jeszcze tydzień temu mogłam podziwiać na krótkim spacerze na Magurkę Wilkowicką. Wczoraj próbowałam przezwyciężyć niechęć do marcowej zimy i wybrałam się na narty... Skończyło się to jednak takim wymarznięciem, że dzisiaj nie mam ochoty wystawiać na zewnątrz nawet nosa :) Czekam na wiosnę, żeby dać upust całej zgromadzonej we mnie energii. A trochę jej jest :)

Na dzisiaj parę kadrów z wiosenno-pochmurnej Magurki :




Śliczna kapliczka z okolic Przegibka. Do tego bardzo wiekowa - w sam raz do mojej kolekcji :)





Trochę zieleninki :)




I spojrzenie w stronę Beskidu Śląskiego.







Obiektywnie mówiąc w marcu góry są chyba najbrzydsze. Szaro-buro, resztki śniegu, światło już wiosenne...



I na Magurce.





Przy zejściu czeka nas miła niespodzianka i spektakl światła - wchodzimy w chmury, przez które prześwieca słońce :) Jest magicznie :)

Pozor!
A tymczasem jak już zapowiadałam, szykuje się trochę zmian...
Szykujemy się powoli na przenosiny. Nie wiem, czy całkowicie porzucę bloga na fotologu, może niekoniecznie, bo jednak pewien sentyment mam :) Przygotowujemy jednak z Wojtkiem wspólną stronę, którą w wersji roboczej można znaleźć pod tym adresem - >
http://hemli-w-gorach.blogspot.com/
Póki co przenosimy wpisy z fotologa, tworzymy własne podstrony, co sprawia nam masę radości :) W przygotowaniu póki co będzie rozbudowany dział poświęcony naszemu pierdolcowi, czyli topografii tatrzańskiej, poza tym będzie to górska biblioteczka, "na grzyby w góry", schroniska i zapewne coś więcej na temat Słowacji :) Zapraszam więc do odwiedzenia i śledzenia zmian.
No i niestety - blogspot daję nam dużo większe możliwości rozwoju, niż fotolog. Zobaczymy więc, co z tego wyjdzie :)
















Początek wiosny
20.03.2013 :: 12:22 | Link | Komentuj (5)
Dawno mnie tutaj nie było. Jakoś ostatnio nie mam weny do auto-portretów...


Jednak jak zobaczyłam najnowsze dzieło mojej mamy stwierdziłam, że to jest to. Chodzi oczywiście o ten różowy sweterek :) A oto, co z tego powstało :





















I odrobina szaleństwa... :P




Rośnie mi apetyt na lampę zewnętrzną... I co najlepsze - chyba mam w końcu pretekst, żeby ją kupić :)


P.S. Zapraszam do odwiedzania naszej nowej wspólnej stronki ->
www.hemli-w-gorach.blogspot.com. Jeszcze częściowo w budowie, ale staramy się codziennie robić jakiś mały kroczek do przodu :) I zaprzyjaźniamy się powoli z htmlem... :P


Přejí hezký den! :)














Szczęście!
25.03.2013 :: 14:55 | Link | Komentuj (2)
Mroźny wiatr wieje po twarzy, ostre wiosenne słońce z kolei pali cerę... To nic, to nic! Pora się uśmiechnąć :)
... czyli o tym, jak cieszyć się zimą na wiosnę :)

Z dedykacją dla wszystkich szczęśliwych ludzi :)





... trochę nieprzetartych szlaków i kopania się w śniegu... :)



Wprawdzie królewskie śniadania...












Tutaj w przygotowaniu... ;)




I na koniec uśmiech poprzez mróz :)


Pomyśleć, że rok temu siedzieliśmy gdzieś na Kościelcu... A gdzie będziemy za rok? :)

Co nieco więcej o tym, gdzie się wybraliśmy w ten weekend już wkrótce tutaj - www.hemli-w-gorach.blogspot.com :)



Pearl Jam - Parachutes















Wesołych Świąt!
29.03.2013 :: 12:41 | Link | Komentuj (1)



Tradycyjnie, jak co roku wszystkim odwiedzającym życzę wesołych, pogodnych Świąt Wielkanocy, spędzenia ich przede wszyskim w gronie rodzinnym... i pamiętajcie, czym naprawdę są te Święta :)

A żeby były wesołe i bez niepotrzebnej złości, polecam nie patrzeć przez okno :D



P.S.! To już 200 wpis tutaj! :)







Lunatic Soul- The Final Truth
Polecam do posłuchania. Mariusz Duda to mistrz :) Oby udało się go zobaczyć na żywo... już wkrótce :)















Pożegnanie zimy...
03.04.2013 :: 23:44 | Link | Komentuj (3)
Cóż. Ostatni czas jest wręcz niepowtarzalny... Wielkanocna zamieć rozmywająca makijaż, ponad 800 kilometrów w trasie... I po co to wszystko? Po to, żeby dzisiaj z samego rana, zanim zdążyłam spróbować otworzyć oczy usłyszeć subtelne "kurwa" z ust Narzeczonego, które padło zaraz po tym, jak spojrzał w okno... :) I od razu wiadomo, że nie ma po co tych oczu otwierać :) I pozostaje cieszyć się, ze jest ktoś, kto wstaje wcześniej i dba o to, żebym sama nie doznała szoku :)

A jednak to zrobiłam i jestem.


Święta mieliśmy raczej fest. Dużo żarcia, dużo wszystkiego...



Dużo śniegu. Mokrego śniegu, czyli czegoś, co Hemli lubi najbardziej :)

Więcej zdjęć tu -> klik. Chociaż w sumie to nie powiem, żeby było specjalnie co oglądać... :P


A wracając tak do mroźnej rzeczywistości to doczekałam się, aż Wojtuś w końcu napisze notkę o naszym wypadzie na Baranią Górę.

Prezentuję tutaj parę zdjęć :






















A do całej reszty i relacji odsyłam tutaj -> POŻEGNANIE ZIMY:)


Czekam poza tym pod domofonem na przesyłkę z allegro i jak tylko przyjdzie, od razu wpadam w wir fotografowania. Pewnie się tu moimi wypocinami pochwalę. Oby tylko cokolwiek wyszło :)


I na koniec małe sprawozdanie z Hemli-zahrady, którego dawno nie było.
Jakby to Wojtuś ujął... Ładnie mi krzaki wyrosły :) Jak widać one jakimś cudem czują wiosnę...


A więc. Zacznijmy od największego zaskoczenia w moim skromnym ogródku, a mianowicie...





Rzeżucha. Dziwna rzecz. Wyrosła ładnie. Pewnego pięknego poranka, wychodząc do szkoły uśmiechałam się nad nią z myślą, jaką to smaczną zrobię sobie z nią kanapkę, jak wrócę. Niestety, po powrocie okazało się, że rzeżucha przez czas mojej nieobecności zdążyła sobie podeschnąć... Jak na złość :) Ale i tak ją zeżarłam.

Pora więc na papryczki, czyli główne bohaterki Hemli-zahrady.



Cyklon. Jak widać porządny krzak się zrobił.




Od jakiegoś czasu kwitnie. Niestety, zrzuciła już chyba z 5 kwiatuszków - jest jeszcze za mała, żeby dać owoce. Mam nadzieję, że moment, w którym zacznie się kształtować pierwsza papryczka już wkrótce :)





Habanero White. Liście ma przepięknie, rośnie ładnie... Biohumus jej widać służy :)




Piri-piri. W porównaniu do swojej siostry jest sporo mniejsza i w o wiele wcześniejszej fazie wzrostu. Ta papryczka jest winą mojego eksperymentu - dostała mniejszą doniczkę. I faktycznie, jak widać miało to spory wpływ na rozwoj.





I druga Piri-piri. Ta jak widać o wiele większa, zaczyna się rozgałęziać. Chyba druga w kolejności da owoce :)

Mam jeszcze piątą papryczkę, a mianowicie Brazilian Chili, która grzecznie rośnie sobie w Katowicach. Wykształca co prawda dopiero pierwszą parę liści, ale jest jedyną papryczką zasadzoną o właściwej porze roku. Zobaczymy, czy będzie rosła lepiej :)


I tyle. Poza tym zaczęło mi kiełkować oregano, ale nie chciało mi się mu robić zdjęcia. Następnym razem się poprawię :)


Tymczasem... dobrej nocy :)















Błyski, błyski!
05.04.2013 :: 22:15 | Link | Komentuj (1)
Mam ją! Przyjechała do mnie z Łodzi, testuję ją od wczoraj i powiem tyle : daleka droga przede mną, żebym wykorzystała jej możliwości :) Póki co jedyne, co mam, to parę zdjęć testowych i jakieś dziwne zielono-różowe plamy w oczach... :)

A oto, co wyszło z tej krótkiej współpracy.
Na ciemno:












I na jasno i wesoło:







I tutaj buziak dla Wojtu Wojtu, za to, że pomagał kupować :)



No cóż, będę rozpracowywać swoje błyskające cudeńko dalej... Jeżeli ktoś w wolnej chwili miałby ochotę porozpracowywać ze mną, zapraszam :)


A tymczasem zapraszam też do czytania najnowszej relacji z naszej wycieczki na Baranią Górę autorstwa Wojtusia -> POŻEGNANIE ZIMY

















Ciepło, ciepło!
11.04.2013 :: 16:49 | Link | Komentuj (1)
Doczekałam się! Za oknem w końcu jest ciepło. Nie może być jednak za miło, bowiem dopadło mnie jakieś chyba wiosenne osłabienie... Ale spoko, spoko. Wolę to aniżeli zimowa melancholia :)

Z racji, że za oknem jeszcze niestety jest szaro-buro, chciałam wprowadzić nieco zielonego koloru tutaj. Oczywiście pod postacią zdjęć :) Ostatnie prace uzupełniające nad relacjami na naszym nowym blogu zmusiły mnie do przerzucenia zdjęć sprzed 1,5 roku. Przypomniałam sobie, jak ładnie może być w Tatrach :) I chciałam przy okazji przypomnieć i Wam :)






O taki tam, Ciepły Żleb :) Nawet sympatyczny z nazwy.





A tu taka fajna część Tatr Zachodnich, pozostająca nieco w cieniu. A ładna :)
Chociaż zastanawiam się, co będę mówić, jak w końcu znajdę się w rejonie Babek... :P





Osobi(s)ta :> :*








I jedno z moich ulubionych... :)


I póki co tyle. Przed nami ostatnie 2 miesiące "tatrzańskiej diety"... Jakoś wytrzymamy :)

Poza tym, ostatnio odkryłam niesamowicie fascynujące tatrzańskie pozycje - jedna nawet zmusiła mnie do spędzenia caałej godziny w bibliotece... A jeszcze jej całej nie mam :) Efekty mojego zaczytania będą zapewne widoczne za jakiś czas na blogspocie. Póki co moje homonimy i złudne ekwiwalenty proszą mnie o uwagę, a licencjat się sam nie napisze...

P.S.! Gdyby ktoś jakiś przypadkiem natrafił na jakieś reklamy, filmy, artykuły, czy tam kabarety związane z tym, że Polacy nabijają się z języka czeskiego (albo odwrotnie!), bardzo prosiłabym o przesłanie na maila, który podany jest w zakładce "Parę Słów o Hemlighet" :)














Nowa twarz Beskidu Małego
15.04.2013 :: 22:23 | Link | Komentuj (2)

Ale walnęłam tytuł, co?
Ale nasza marcowa jeszcze wycieczka właśnie odkryła przed nami coś nowego w tych kopczykach. Nawet nie spodziewałam się, że porośnięte zbocza, na które nieraz gapię się z balkonu mają w sobie jakąś tajemnicę. A tu miła niespodzianka :)

Tutaj piszę relację ja, a relację z tego wypadu oczami Wojtusia z paroma dodatkowymi zdjęciami możecie przeczytać na naszym blogsopcie - klik.

Wybraliśmy się więc na niedzielny spacer. Najpierw obejrzeliśmy obowiązkowo ostatni w tym sezonie Puchar Świata Skoków Narciarskich, a potem w samochód... I do Kóz :)

Umyśliłam sobie bowiem, że chcę zobaczyć Kamieniołom. Ale wcześniej również odwiedzić schronisko na Hrobaczej Łące... Wojciech zgodził się. Nie do końca świadomy tego, gdzie go chcę ciągać :)




Tam, w górę idziemy. Mróz jak cholera. Chyba marzłam bardziej niż "w zimie" :)




Z resztą, nie tylko ja :)





W przeciwieństwie do dnia poprzedniego dreptaliśmy udeptaną ścieżką. Jak miło :)




Na rozejściu.






I Przełęcz u Panienki osiągnięta. Z resztą, nie da się jej przeoczyć :) Na górze w nagrodę zajadamy Michałki :) Mniam mniam.





Lubię wędrówki tym bukowym grzbietem :)



Wojtuś też polubił :)





I Hrobacza Łąka.
Wstępujemy do schroniska, z nadzieją, że gospodarz doradzi nam, jak dostać się do kamieniołomu. Niestety nic z tego... Gospodarza nie ma.

Wychodzimy i uchodzimy zaledwie kawałek ścieżki, kiedy to po lewej pojawiają się upragnione ślady. Na szczęście nie są to ślady a la "za potrzebą". Idziemy! :)









Wojtuś nie jest przekonany o słuszności tej decyzji :)





Chwilę później dochodzimy do drogi, której oczywiście na mapie nie ma. Samochód jest w lewo, a kamieniołom w prawo... No i co tu wybrać?




Na szczęście już po chwili znalazłam kuszące ślady w dół... :)






Wojtuś znowu nieprzekonany... Chyba ucieszył się na widok drogi :) Mi jednak tak spodobało się przebijanie przez śniegu Beskidu Małego, że pocisnęłam od razu do przodu.





Po drodze między bajecznie ośnieżonymi drzewami Beskid Mały pokazał, że góra to góra i tez i on jakąś skałę ma... Po której nieraz trzeba było się ślizgać :)





Urocze takie miejsca :)





I tutaj ulga dla Wojciecha - ślady zaprowadzają nas nad kamieniołom :) Okazuje się, że idziemy nad sporą ścianą, a po chwili możemy ją już oglądać w całej okazałości z boku :)





Tam, górą szliśmy :)





Stajemy i się wgapiamy. Ten widok, jakoś przypomina nam panoramę Czerwonych Wierchów z Przysłopu Miętusiego. Można się rozmarzyć... :)




I na koniec małe błądzenie, płoszymy jednego bażanta i udaje nam się z powrotem trafić do naszej karocy :)


O, taki przyjemny spacer :)















Wiosna w Krakowie
22.04.2013 :: 21:46 | Link | Komentuj (8)
Ostatnimi czasy moje życie nabrało większego tempa, nie wiadomo, czy się martwić, czy cieszyć, bo właściwie to wszystko zmierza ku dobremu. Potworny brak czasu, pisanie pracy... Przynajmniej w górach leży jeszcze tona śniegu, która ma tydzień na to, żeby stopnieć :)


Wróćmy jednak o ponad tydzień wstecz, do Krakowa, kiedy to w pewną sobotę paskudnie namówiłam Wojtusia, żeby zrobił sobie małe wagary... :) I postanowiliśmy pozwiedzać znowu nieco okolicę.
Tym razem padło na Płaszów. Jakiś czas temu oglądaliśmy Listę Schindlera, toteż pojechaliśmy w poszukiwaniu miejsc z filmu.






Krzesanica? :)


Dość oryginalne miejsce.












I widoczny z tyłu Kopiec Kraka.





Zdjęcie z serii Hemli na krawędzi :)





I Wojtuś oczywiście biega po okolicznych kopczykach... :)








Z wiatrem we włosach :)





I drugi kamieniołom.


I teraz zupełnie inne klimaty...




Ekhm... Woda tak dobra, że w Krakowie pije się herbatę z firankami... Kto pił, niestety wie o czym mówię... :P





Zapomniał kluczy :)









I wiosennie na plantach :)








Po małej ulewie... :)




Wymoczki :)




I na koniec, taki o zachodzik.


Może jeszcze parę słów i zdjęć o koncercie Riverside...
To był mój drugi koncert w Studiu i jednocześnie drugi koncert Riverside. Wojtusia pierwszy :)
Oczywiście jak dla mnie koncert oczywiście z klasą. Riverside świetnie zaprezentowali nowa płytę, która jak najbardziej się na koncertach sprawdza, w szczególności pierwszy kawałek, który jednocześnie rozpoczynał koncert wraz z "pierdolnięciem" :) Nie zabrakło oczywiście starych, lubianych kawałków. Dla mnie zaskoczeniem był usłyszany na żywo 02 Panic Room.
Nie wspomnę nic o supporcie... Może poza tym, że był raczej średni :)

A teraz czas na parę zdjęc, niestety zrobionych telefonem. Aparaciku wnieść nie mogłam i musiał zaczekać sobie w depozycie. A szkoda :)













Tyle :)












Trzy Lipki
29.04.2013 :: 13:09 | Link | Komentuj (2)

Wiosna, lokalne burky, miłość, szukanie naszego gniazdka... I Trzy Lipki :)
Parę ujęć z wiosenno-upalnego piątku, zanim to jeszcze do końca ogarnęło mnie zasmarkanie. Kto to widział, żeby chorować na wiosnę? :|


Jak to śpiywajom:
Dziś po ziemi chodzić trzeba, chodzić trzeba
krajem scynścio, krajem scynścio, krajem nieba... :)





:*



Beskid Śląski. "Wyglądają jak regle Tatr Wysokich" - przynajmniej pomarzyć można :)




I Beskid Mały.









"tylko zrób tak, żeby nie było wielkiej dupy!" ekhm... :P




Wojtusiowe realizowanie Hemlutowych koncepcji... :D



Czy ktoś zamawiał pogodę na długi weekend majowy? I jeśli tak, to czemu ma być taka do dupy?! :(














Majówka 2013
06.05.2013 :: 17:34 | Link | Komentuj (5)


Pomimo nieprzyjemnych prognóz pogody, które chciały nam zepsuć tegoroczną majówkę, wyszło chyba lepiej, niż się spodziewaliśmy. Pięć długich dni pełnych wszystkiego. Były góry, krokusy, słońce, deszcz, "prysznic" w górskim potoku, spanie pod chmurką... a raczej pod mostem :), zamki, wodospady, trochę łańcuchów i duuużo słowackiej gadki :)
I przywiozłam 1600 zdjęć! To chyba o czymś świadczy :)


I parę kadrów z naszego Slovensko trip :)















































Więcej zdjęć oraz relacje z naszej 5-dniowej wycieczki po tej krainie mlekiem i miodem płynącej już wkrótce na naszym blogu http://hemli-w-gorach.blogspot.com/ :)















Fatrość cz. I
14.05.2013 :: 23:57 | Link | Komentuj (1)
Wszystko powoli zaczyna się układać. Co prawda nie uzyskałam dzisiaj w Ostravie dostępu do upragnionych książek, ale jest poza tym tyyyle pozytywów!
Po pierwsze - mamy mieszkanko! Po tym, jak zostaliśmy wystrychnięci na dudka przez pewnego agenta nieruchomości i obeszliśmy się smakiem mieszkania na Krowodrzy, nie minęły dwa dni i udało się znaleźć gniazdko na Kurdwanowie. Tak samo fajne, a tańsze! Jak widać nie ma tego złego... :) Teraz tylko czekać na klucze, wprowadzać się i aklimatyzować w Krk! :)
Pamiętajcie jednak, NIGDY nie korzystajcie z usług agencji!
W końcu załatwiamy więc długo ciążące na nas sprawy. Żeby jeszcze ostatnie parę stron pracy licencjackiej napisało się pomyślnie i uzyskało aprobatę promotora... Oby, oby!

Wróćmy jednak do początku maja...
Tak właśnie wyglądał pierwszy dzień naszej majówki. Relację do zdjęć z tego dnia możecie znaleźć TU. Poza tym jest też parę nowości na blogpocie :)


Trasa samochodem: Czechowice-Dziedzice->Żywiec->Korbielów->Oravska Polhora->Namestovo->Dolny Kubin->Ruzomberok->Liptovske Revuce

Trasa pieszo: Vysne Revuce->Sedlo Ploskej->Ploska->Chata pod Borisovom->Soporon->Borisov->Chata pod Borisovom





















































Jednym słowem - Wielka Fatra potrafi zauroczyć! :)


cd. już wkrótce... Czas skończyć wpierw 2 rozdział pracy :)



I coś do posłuchania... :) U2 - Spanish eyes















Zapracowanie z poplątaniem
20.05.2013 :: 21:57 | Link | Komentuj (2)

Ostatnio sporo się dzieje. Jak na złość w czasie, kiedy powinno się siedzieć nad książkami jest najwięcej imprez... Ale jakoś udaje mi się to wszystko pogodzić i praca licencjacka już jest prawie gotowa :) Z tym, że na internetowe "życie" zupełnie nie mam czasu - zaniedbuję oba blogi dla swojego dobra :)

Tymczasem parę zdjęć, żeby przypomnieć o tym, że żyję i że mam dużo do opisania/opowiedzenia :)







Leniiwa niedziela :)


I moja najeżona kuleczka:







I jak tu go nie kochać? :)



P.S. Kto do cholery wymyślił autokorektę w albumach Google+?!?!?!














Slovensko trip ciąg dalszy + kurdwanowskie porządki
27.05.2013 :: 09:28 | Link | Komentuj (2)
I jesteśmy po przeprowadzce, w naszym krakowskim gniazdku :) Nie ma co prawda widoku na Tatry, aale! Jakieś pagóry widać :) A marzenia się jednak spełniają, trzeba być tylko cierpliwym :)
Poszło dość sprawnie, zdążyliśmy się już zadomowić. Ale o tym później :)

Najpierw, wróćmy jeszcze do majowego weekendu i naszego Slovensko trip, a konkretnie - drugiego dnia.

Tutaj coś dla tych, co nie lubią czytać, czyli zdjęcia. Relację z tego dnia można przeczytać z kolei na naszym wspólnym blogu, hemli-w-gorach.blogspot.com :)

Trasa pieszo: Chata pod Borišovom->Chyžky->Koniarky->Chyžky->Zelená Dolina->Vyšné Revúce.
Vlkolinec->Sidorovo->Vlkolinec
Trasa samochodem:Vyšné Revúce->Vlkolinec->Ružomberok->okol.Valašske Dubovy


Zeszliśmy z Chaty pod Borisovom żegnając Wielką Fatrę z otaczającymi ją ciemnymi chmurami. Potem mała kąpiel w górskim potoku. Było trochę chłodno, ale całkiem zabawnie :)







Ee... jest wcześnie :)
























































Potem postanowiliśmy odwiedzić Vlkolinec, czyli słowacką wioskę wpisaną na listę dziedzictwa UNESCO. Urocza! A przy okazji korzystając z tego, że pioruny nie trzaskają dookoła wyleźliśmy na okoliczny pagór nazwany Sidorovo, żeby zobaczyć ją z góry... Widoki nieziemskie!

















































































A potem? Trzeba było się jakoś przygotować do naszego specyficznego noclegu :) Pozwiedzaliśmy przy okazji Ružomberok. Słowacy to mają pięknie położone miasta!

















I trzeba było się ułożyć do snu... Miejscówę znaleźliśmy niezłą :)



A o tym, jak przetrwaliśmy tą burzliwo-burzową noc następnym razem :)




Muszę się poza tym pochwalić moim nowym ogródkiem! W końcu mam własny balkon caały do dyspozycji - mam nadzieję, że nie zarośnie za jakiś czas wszelkiej maści zielskiem na tyle, że do dużego pokoju przestanie wpadać światło :>

Wczorajszy wysiew i organizacja:









Rzodkiewka wpasowała się szczególnie :)



Zobaczymy co z takiego miksu wyjdzie... Mam nadzieję, że cokolwiek :)
Póki co prosiłabym trochę wyższe temperatury ;)

I jeszcze widok z okna:




I czas na radość miesiąca:



Moja pierwsza papryczka! Jednak będzie to Habanero White :)


Tyle :)












Zmęczenie materiału
04.06.2013 :: 21:56 | Link | Komentuj (1)

Ostatnie dni spędzam na dopieszczaniu pracy licencjackiej, która już dzisiaj miała mnie nie obchodzić (do 18go), a niestety będzie obchodzić jeszcze do piątku. Mało czasu na to, co lubię - a jak już jest, to ze świadomością, że obowiązki czekają. Dodatkowo kursowanie Kraków-Katowice-Kraków męczy. Ale na szczęście pogoda mi w pewnym sensie sprzyja i nie jest mi żal, że w górach nie jestem :) Poproszę tylko trochę słońca dla mojego balkonowego ogródka!

Nie mogę się doczekać, kiedy odłożę wszelką inną literaturę na rzecz tej tatrzańskiej i... czekam na ostatni tydzień czerwca! :)

A tymczasem zdjęcie-wspominka z naszego majówkowego Slovensko trip... Opis trzeciego dnia już powstaje, chociaż z racji pracowitego czasu u nas trochę to trwa :)



Droga Dolný Kubín-Párnica. Całą drogę na Małą Fatrę towarzyszyła nam taka międzyburzowa aura. Coś pięknego :)




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu