Look how they shine for you!
03.01.2012 :: 16:34 | Link | Komentuj (3)

Hemli myśli, Hemli wymyśla, Hemli szuka ofiar... i realizuje :) Bilans na rok 2011 - w sumie 554,5 km przemierzonych w górach. Więc cóż pozostaje wymyślić lepszego, żeby uczcić ten wynik? Czas powitać nowy rok wśród pagórów :)

Tym razem ofiary miały tyle samo entuzjazmu, co ja. Co w sumie było dla mnie zaskoczeniem - ile ludzi cieszy się na nocną wypiździawę w górach? ;)



Wbrew pozorom - aż tak nie piździło. Drogę oświetlał nam... księżyc :)




O północy - spadająca gwiazda. Może życzenie pomyślane w tak szczególny dzień będzie miało nieco większą moc? ;)


A takie widoki miałam okazję podziwiać, kiedy to 95% populacji naszego kraju spało... Żałujcie ;) Tak własnie wyglądał wschodzący 2012 rok :




















































Za rok świętujemy na dwóch tysiącach :)






Szczęśliwego Nowego Roku! :)
















It's Friday, we are in Tatras!
15.01.2012 :: 03:15 | Link | Komentuj (2)
Marzenia powinno się spełniać. Ja tej zimy postanowiłam coś z jednym moim zrobić. Tak się złożyło, że nigdy przedtem nie miałam okazji oglądać tatrzańskich grani w zimowej szacie. Więc co? Trzeba było to koniecznie zmienić ;)


Piątek. 6.30, dworzec w Zakopanem. Powoli dociera do mnie gdzie jestem. Pomimo nieprzespanej nocy uśmiechy pojawiają się nam na twarzach, bo w końcu zamiast deszczu widzimy... śnieg :)

Wsiadamy do autobusu do Cyrhli. Rzucamy batohy w kąt i w niedługim czasie meldujemy się na szlaku. Dzisiaj dzień "na rozgrzewkę" :)

Pogoda nas nie rozpieszcza - chyba nici z dzisiejszych topo-rozkmin :( Nawet Wielki Kopieniec jakiś taki niezbyt przyjazny... Wojciech próbuje go ugłaskać ;)



Śnieg sypie poziomo...



... ale i tak bawimy się w zdobywczyków ;)





Chmury ani drgną - czas więc na mały rytuał ;) klik





No, to Załoiliśmy Wielki Kopieniec. Małego nie chcemy :) Mijamy rozbawioną grupkę pół-kebabów i całkiem sympatycznego turystę, który jest niezwykle zdziwiony obecnością człowieka na szlaku :)



No i nasz Wielki Kopieniec z Polany Olczyska.

Ekhm... To my mieliśmy iść dzisiaj na Nosal? Nie ma mowy! Skupniów Upłaz kusi od dłuższego czasu. Ani chwili zastanowienia i na Nosalowej Przełęczy odbijamy w lewo ;)

Widoczków na dzisiaj nie planują. Nie szkodzi! Nam i tak się podoba :)







Upłaz, czy tam łajba? Who cares anyway... ;)





Hemli tańczy na lodzie? Nie tym razem! ;)





Wdrapujemy się na Przełęcz między Kopami. Gdzieś tam za plecami słyszę czasami jakąś Królową Kopę, czy tam Kopę Magurę, sama nie wiem... W każdym bądź razie udaję, że nie słyszę i grzecznie idziemy dalej :)



A tak się wygląda po wyjściu od Tatrzańskiego fryzjera :)





To zdecydowanie najgorsza widoczność, jaką kiedykolwiek miałam na Hali Gąsienicowej. Ale nic sobie z tego nie robimy - wiemy, że jutro będzie lepiej :)



W Murowańcu nie brak bałwanów ;) Te dwa wyjątkowo przypadają mi do gustu.

Udaje nam się zdążyć przed zmrokiem i niedźwiedziem, który nie śpi i dzień 'na rozgrzewkę' kończymy zadowoleni :)


Dzień drugi według prognoz ma być naszym najlepszym. A co się okazuje? Że towarzyszy mu najcięższa pobudka. Jakimś cudem udaje nam się wytoczyć na Hemli-chłód i nasze nastroje zdecydowanie poprawia widok grani Buczynowych Turni ;)




Nawet nie pamiętam zbytnio asfaltówki do wylotu Doliny Suchej Wody - miałam o czym myśleć ;) Do tego dostajemy informację, że w nocy jednak trochę posypało - mamy lawinową dwójkę.





Ach, ta Żółta Turnia... ;)


Piękna pogoda, granie jak na dłoni, a tu co? Hemli-trupek! :) Przez niecałe dwie godziny naprzeklinałam się na las, który poprzedniego dnia wydawał się jakiś... krótszy. I ciekawszy! Pod koniec drogi za to zapominam o swojej niemocy i migawka idzie w ruch ;) Widoki mamy dzisiaj piękne. To tak w ramach rekompensaty za dzień poprzedni :)








I w Murowańcu jakoś żywiej, niż poprzedniego dnia. Chyba pierwszy raz w życiu wsuwam tak wcześnie pomidorówkę. Bardzo dobrą pomidorówkę z resztą ;) Na popołudnie zapowiadają zachmurzenie, zostawiamy więc trupko-nastroje gdzieś w Dolinie Suchej Wody i idziemy wyżej ;)





Kościelczyk jest gwiazdą dnia dzisiejszego :)









I nazwa, która pada najczęściej podczas tego wyjazdu - Żółta Turnia. Urocza :)





Jest pięknie! Właśnie tak sobie to wszystko wyobrażałam :) Co prawda to, z czego słynie Dolina Gąsienicowa jest niewidoczne - czyli stawy, ale w zimowej szacie ma w sobie coś niesamowitego i magicznego :) Na myśl przychodzi mi znowu Take it back Pink Floyd'ów.





Z Kasprowego pozdrawiają nas kebaby. Śmiesznie wyglądają ustawieni w rzędzie na grani :)





Wojciech przemierza śniegi :) Dzisiaj mamy przetarte.





Ech... Prognoza się sprawdza. Nadciągają chmurzyska - może zdążymy przed nimi?






Kościelec łagodnieje ;)





W drodze na rozejście szlaków wiejemy przed narciarzami - oni nie czekają ( wiem z doświadczenia :) ). Na szczęście ktoś odwalił za nas część roboty - szlak jest przetarty. Jednak w pewnym momencie mamy dziwne wrażenie, jakobyśmy szli... po stawie? ;) Na szczęście nie prezentujemy wagi ciężkiej i przechodzimy to bez szwanku. Ruchu w Dolinie Gąsienicowej dzisiaj sporo - z zazdrością patrzymy ma grupkę ludzi podchodzącą na Pośrednią Turnię ;) Ale nie ma się co oglądać. My na dzisiaj mamy inny cel.





Kościelec za to przybiera coraz łagodniejszą postać - dochodzę do wniosku, że jest stosunkowo płaski :) Może jednak pozwoli nam trochę siebie przedreptać? ;)








I równie piękna Pośrednia ;)





Chmury nas doganiają. A szkoda!





... ale przy okazji fundują nam całkiem ciekawy spektakl ;) Ja mam jednak do takich szczęście.





-Rób zdjęcie, rób zdjęcie!

Cyk! I mam moje ulubione foto z tego wypadu. Czymże byłby fotograf bez dwóch zapasowych par oczu? :)


Ostatnie podejście. Wojciech na górze szykuje dla mnie herbatkę i z nadzieją spogląda w górę, ja za to sypię słówkami-''wspomagaczami'' i pokonuję śniegowe bagno :) No i osiągamy nasze dzisiejsze 1853m. Jesteśmy na Karbie :)








Pamiątkowe foto z naszymi przecieraczami-dobrodziejami :)





I gwiazda dzisiejszego dnia.




Fajny żlebik. Tędy się podobno zjeżdża. Na dupie!
Kit się nieco rozstępuje - dostrzegam czarne punkciki w dole, przy Czarnym Stawie Gąsienicowym. Albo raczej przy miejscu, w którym powinien być :)




Wojciech nie odpuszcza Kościelcowi. Tamten kamor był przecież taki kuszący... :)





Pamiątkowe zdjęcie z serii "dla mamy" :)





Wojciech robi porządki :)


Nie czekamy na przejaśnienia, fotografować nie ma co - schodzimy, póki widzimy ślady :)





Patrzymy z nutką zazdrości na ludzików podchodzących na Świnicką Przełęcz.

W tym momencie obracam się, żeby spojrzeć jeszcze raz na grań Kościelca. Robię wielkie oczy, zdążę krzyknąć tylko "Niedźwiedź!!!" i włączam Hemli-pęd. Jakieś 20 metrów dalej obracam się i słyszę tylko "Daj aparat!" co skutkuje wypowiedzeniem przeze mnie szeregu niezrozumiałych słów i jeszcze szybszym pędem. W rezultacie potem stwierdzamy, że całkiem nieruchomy ten mój niedźwiedź... Sprawa nadaje się do Archiwum X :)





O, tam chcemy jutro być! Olać wszystkie inne mniej kuszące propozycje. Wojciech i Hemli mają być na 2000! W końcu jesteśmy w krainie dwutysięczników :)





Niedobry Kościelec! To się nie godzi... Trzeba było wykopać jamę w śniegu i zaczekać, aż się przejaśni ;)







Jeszcze tylko krótka wizyta w moim ulubionym Murowańcu z moim ulubionym pesiczkiem... I foto choinki :) Ciekawe, czy wycięta z TPN :D


Dzień trzeci. Pobudka nie za ciężka, jednak zaglądamy za okno i nastroje nieco się psują. Tyyle śniegu?! I ciągle sypie?! No nic. Lecimy na autobus. Na rondzie przesiadka do busa do Kuźnic. Walczymy z moimi okropnymi stuptutami, po czym w biegu wsiadamy do autobusu. Okazuje się jednak, że wygodne siedzisko, jakie urządziłam sobie z moich rękawiczek... Zostało koło ronda. Szybko kurs z powrotem. Rękawiczki na szczęście są, ale znajdujemy też nową informację...





Można się było tego spodziewać. I do tego ciągle sypie! Chyba nici z naszych dzisiejszych pięknych planów...


Otwieramy mapę. W sumie to nawet nie trzeba tego robić. Skoro tu już jesteśmy, to załoimy Nosal.

Wojciech myśli o diretissimie, ale widząc moją minę... Wchodzimy na szlak :)




Taki ot szybko kopczyk.... na którym leci więcej przekleństw, niż na Karbie ;) Objawia się Hemli-gniew.





Podziwiamy widoki :)





Zaspy mają całkiem wygodne na tym Nosalu ;)





Hem, hem... :)





Aż by się chciało rzec : wow! Ale tu pięknie :)


Kto by tam schodził szlakiem, nuda... Chodźmy stokiem :)





Nosal to jednak nie taka prosta sprawa :)





Ale odpocząć też można :)


Na Nosalu nie zamierzamy kończyć naszej kariery. Urządzamy burzę mózgów. Rozsądek mówi, żeby nie leźć wyżej... A serce? W rezultacie wybieramy chyba jedyną słuszną opcję. I po drodze wstępujemy do monopolowego - niech i ten dzień będzie udany ;)





Dolina Białego. Jeszcze tylko barwy bojowe, żeby uchronić się przed drapieżnikami i... w drogę!





Wojciech nie przepuści żadnej skale ;)





Trochę zastanawia mnie logika twórcy tego bałwana... Ale i tak przypada mi do gustu, więc proszę o pamiątkowe foto ze Śniegulakiem :)





Wooow... Ile skał ;)





Te Tatry nas chyba lubią - łapiemy małe okienko pogodowe :) A raczej lufcik :)





Północna ściana Giewcia całkiem ładnie prezentuje się w śnieżnej szacie ;)








Na szczycie piździ. Przestaje sprawdzać się zasada, że na przełęczach bardziej wieje... Trzeba będzie ją opracować na nowo ;)






Skałki na rozgrzewkę :)


Mała gratka dla Hemli - idzie szlakiem, na którym jeszcze nie była :) Schodzimy do Doliny Strążyskiej i lecimy zobaczyć Siklawicę, której niestety się zamarzło. Potem tylko fascynująca droga pod Reglami i niezapomniany bałwan.




A po dotarciu do Cyrhli czeka nas nagroda za przebyta kilometry - góralski obiadek! Wcinamy placek po zbójnicku, aż nam się uszy trzęsą :) Nie ma się co dziwić, że myśleliśmy o nim cały dzień na szlaku ;)


Dzień czwarty. Pobudka rano. Otwieram oczy i w końcu nie jest całkowicie ciemno ;) Śniadanie jakoś lepiej wchodzi. Nadal sypie. Wygląda na to, że dzisiaj my będziemy przecierać szlak. Do Psiej Trawki ani pół żywej duszy. Ruszamy dalej, Wojciech dzielnie przeciera.





Hę? Nie wierzymy własnym oczom - i słusznie! Komuś się chyba zapomniało o Cyrhli :)


Reglowe szlaki nie należą do naszych ulubionych - przeklinamy troszkę pod nosem, ale... podziwiamy piękno zimy :)






Żeby tylko ktoś szedł z naprzeciwka i zwolnił nas z brudnej roboty! Nic z tego. Prędzej wita nas Rówień Waksmudzka.




Trochę tego śniegu jednak dosypało ;) Ale co - są ślady na Gęsią Szyję! :)








Że niby 45 minut na Psią Trawkę? Nie ma mowy!


Łoimy Gęsią Szyję.





Nie ma lekko. Dużo bagna. Dlaczego zgadzam się na przecieranie? :E






Samo z siebie zaczyna nucić się "Don't worry, be happy", które towarzyszy nam już do samej Roztoki :)





Sołtysie Kopy. Gdzieś tam powinna być Hemli-rysa, albo przynajmniej Hemli-żleb, ale niestety nie ma na to warunków :(

1490. Uff! I co widzimy? Słońce! Kochane Taterki :)











I na deser kawałek grani Koszystej ;)

-Stąd to by były topo-rozkminy.

I co? Będziemy musieli tam wrócić! Chociaż i tak zrobimy to zapewne... nieraz ;)





Na Rusinowej Polanie poprawiamy turystom nastroje naszym wesołym podśpiewywaniem :)


Idziemy po przetartym... Zaraz, zaraz! Kto tu torował? I dlaczego robił takie drobne kroczki? Próbujemy dogonić sprawcę... Niestety dobrze to wymyślił i nam się wymyka. Krasnoludków w TPN nie chcemy :(





Kit, śnieg, wiatr... Ale nasze "Don't worry by happy" ma moc :)


Po pewnym czasie wchodzimy na drogę do Morskiego Oka... Pustą! Przy Wodogrzmotach spoglądamy niepewnie w górę... Okej. Można iść dalej :)





Widok na znajomą Dolinkę :)





Roztoka wita nas! Odwiedzamy podiumowe schronisko. Zostajemy zaskoczeni pytaniem : potrzebujecie może trochę wrzątku, coś Wam jeszcze trzeba?
Niespotykane ;) Siedzimy chwilkę, w tym czasie mój wytrwały dotychczas aparacik protestuje i paruje sobie na parę godzin... A my podążamy do Palenicy i cudem łapiemy bus do Zakopca :)

''...dziś, kiedy to piszę, przysłuchując się od czasu do czasu monotonnemu kapaniu deszczu, kiedy wyjrzę przez okno na góry, obległe mgłą ołowianą, dziś wydaje mi się wycieczka moja marzeniem sennym: zdaje mi się, żem bujał w przestworzu, gdzie wiecznie słońce świeciło, gdzie nie dochodziły dźwięki mowy ludzkiej, gdzie zapomniałem o moich nadziejach, rojeniach na przyszłość i o namiętnościach, co duszą człowieka miotają. Smutno mi się robi, gdyż widzę, że te urocze chwile do przeszłości zaliczyć muszę, że to wszystko było i przebrzmiało, zostawiając tylko w duszy oddźwięk tych dni świetlanych... Czy wrócę tam kiedy jeszcze? Nie wiem. Jeżeli los ślepy pchnie łódź moją w tę stronę, będę może tam jeszcze. Lecz któż zaręczy, że będę wówczas mógł odczuwać piękno tak, jak je dzisiaj odczuwam..."

Karłowicz miał rację :)

Rozchodzimy się do pociągów jednak z jedną pewnością - wrócimy tutaj i to szybciej, niż myślimy :)


--------------------------------------------



Z tak naładowanymi "akumlatorkami" mogę przygotować się na nieco inne zmagania :





Dobrou noc! :)












Tatrzańsko
20.01.2012 :: 22:56 | Link | Komentuj (3)

Schowałam wszystkie przewodniki, mapy i panoramy, zastąpiłam je stosem notatek, kserówek i podręczników... Ale myślami i tak jestem tam... Więc przypomnijmy sobie, jak Tatry wyglądają w lipcowy poranek... :)






Żółta Turnia, Wierch pod Fajki i Granaty.




Otoczenie Czarnego Stawu Gąsienicowego - od Skrajnego Granata po Mały Kościelec.




Murowaniec :)




Droga nad Czarny Staw Gąsienicowy zboczami Małego Kościelca i wierzchołek Kopy Magury w tle.









I znowu Kopa Magura się 'wywyższa' ;)





Czarny Staw Gąsienicowy i Kościelec w promieniach porannego słońca.





Kościelce dwa - a w sumie to nawet i trzy ;)








Kozi Wierch, Kozie Czuby, Zamarła Turnia i Mały Kozi Wierch.




Wojciech ;) Na podejściu na Skrajny Granat.








I ostatnie widoki z tego dnia, zanim Tatry utonęły w chmurach... A my razem z nimi ;)


Do zobaczenia już wkrótce :)




Pearl Jam - I Am Mine
















Cztery razy na S
26.01.2012 :: 08:36 | Link | Komentuj (0)

Ostatnie 2,5 tygodnia uważam za całkowicie zmarnowane. Na szczęście ma się to już ku końcowi i już wkrótce będzie dane mi się wyrwać spod stosów notatek... Na dłużej :)

Tymczasem parę zdjęć z mojej ukochanej górki z wieżyczką w 3,5 porach roku :)



















B2
29.01.2012 :: 18:44 | Link | Komentuj (5)
,,...What a beaufitul day!'' to pierwsze słowa, które słyszę po przebudzeniu. Tak, Bono przypomina mi, że idę dzisiaj w góry. Otwieram oczy, kompletnie ciemności, słychać wiejący wiatr... Cholera jasna... Kto wpadł na pomysł, żeby wstawać o tej porze?!

Tak. To byłam ja. Lenistwu mówię dość i wstaję.

Dwie godziny później w pełnym słońcu melduję się na szlaku. Dziś w planach mam wyjście "kondycyjne", które ma przywrócić równowagę mojemu organizmowi po ponad tygodniowej diecie Be-Powerowej. Jak dobrze jest się znowu nieco zmęczyć!

Opłacało się śledzić mądre prognozy pogody. Dzisiejszy dzień właśnie taki miał być : idealny. Na dobry początek dnia witam się z Beskidzką Królową ;)





Narciarze są dzisiaj jakoś wyjątkowo rozmowni. Swoje dwie deski zostawiłam w domu... I nie wiem kiedy po nie sięgnę. Zapewne jeszcze w tym sezonie ;)

Okazuje się, że szlak został przetarty, ale przez... narciarzy. Świetnie. Zapadam się po kolana, po krótkim odcinku decyduję się, że zabiorę nieco stoku. Jest lepiej.




Stok swoją drogą, a ja niestety swoją. I znowu dreptam wpadając co chwilę w nieco głębsze dziury.

Moje męki nie trwają długo - ani się obrócę, a już jestem na Miziowej.

I moje ulubione foto z tego wypadu :









Koło schroniska nawet nie ma zbytnio gdzie usiąść - nie mogę się doczekać widoków ze szczytu, więc czas ruszać dalej.





Podejście stokiem jest dość nużące. W maju zeszłego roku schodząc z Pilska czarnym szlakiem powiedziałam : obym nigdy nie musiała tędy wychodzić. Pozwolę sobie więc zacytować mądre słowa : "Nie zawsze się nie ma tego, czego się nie chce" :)




Jest grań!





Widok na Diablak. Czasem odnoszę wrażenie, że figuruje on w każdej mojej beskidzkiej relacji O.o


Zza lewej strony wyłania się Hawrań. Pięknie! Przyspieszam tempa, jakoby widoki miały za chwilę zniknąć.





No i Góra Pięciu Kopców. Nieopodal widzę już gromadę krzyży na Pilsku. Czas iść :)







Cel osiągnięty. Widoki cudowne :)


Z miłą chęcią bawię się w mini-przewodnika. Sympatyczna para pyta o tatrzańskie szczyty i inne góry, które widzimy.





W zamian proszę o zdjęcie z moimi ulubionymi górkami :)






Mój różowy termos pozuje :)





Nie mogę się napatrzeć. Z nadzieją, że pogoda pozwoli mi być tam już za tydzień :)





Urocza Faterka ;)





Na szczycie pustka. Schodzić się nie chce, ale w końcu chłód mobilizuje.






Ostatnie zdjęcia robię na Miziowej. I potem już tylko w dół. I tak kończy się mój krótki górski dzień :)




Pearl Jam - Once
















Beskidy na deser
06.02.2012 :: 12:39 | Link | Komentuj (7)
Beskidy jak Beskidy. Przyjemne, spacerowe, na rozprostowanie kości. Nie myślałam, że mogę w tych najbliższych jeszcze znaleźć coś nowego. A jednak. Pomimo siarczystego mrozu - pozytywne zaskoczenie, które z chęcią jeszcze zechcę zobaczyć :) Zdjęcia niestety mało oddają urok tamtego miejsca.


Tak właśnie wyglądało tam w pewien dzionek, kiedy poszliśmy się nieco... przewietrzyć ;)






































Korpiklaani - Ukon Wacka


:)














Parę zmian...
08.02.2012 :: 20:56 | Link | Komentuj (1)

Podobno raz na jakiś czas zmiany są potrzebne. Ja przykładowo doszłam do wniosku, że wcale nie lubię fioletowego i zapragnęłam nowego wyglądu mojego bloga i nieco większych zdjęć - myślę, że wyjdzie mu to na dobre ;)







:)












Biało-zielono?
09.02.2012 :: 18:59 | Link | Komentuj (7)

No i stało się. Ja, wieczna miłośniczka zimy mam jej dość! Z utęsknieniem oglądam zielone, letnie zdjęcia i postanowiłam zrobić małe porównanie.

Zobaczmy, czy naprawdę warto marznąć w zimie :)


Pierwsze porównanie : Beskidzkie pory roku





Malinowska Skała. Ogołocony z drzew krajobraz nie zachwyca zarówno latem, jak i zimą ;)






Góra Pięciu Kopców, czyli prawie Pilsko ;) Zimą raczej ładniej. Mały minusik za brak kosówki - ale nie można mieć wszystkiego ;) Ogromny plus za to za zimową widoczność.






Skrzyczne-Małe Skrzyczne. I znowu zwycięstwo zimy... Chociaż ja tamto lato osobiście też lubię ;)





Klimczok. No, to niech będzie remis... ;)



A jak prezentuje się w tym pojedynku Mała Fatra?






Zima może i urocza, ale bardziej przemawia do mnie lato.





Tutaj z kolei odwrotnie. Zimowy poranek ma w sobie coś bardziej magicznego niż zielona trawa :)



Czas na odrobinę tatrzańskiego porównania :






Od Kościelca po Świnicę, a na dole nawet trochę dalej. Ja tam wolę zimowy widok ;)






Kościelec. Chyba nie trzeba komentować :)






Sarnia Skała. Zdecydowaną jej zimową zaletą jest brak ludzi... A w lecie jakie ma zalety? :)





I tak w oczekiwaniu na wiosnę lecę marznąć... i nieco popodziwiać jeszcze zimowe widoki ;)

















Tatrzański sen :)
16.02.2012 :: 14:39 | Link | Komentuj (5)
Z dedykacją dla W :) :
Jak to było powiedziane : w życiu trzeba mieć jakiegoś hopla, a reszta sama się ułoży. Osobiście dodałabym do tego jeszcze jedną kwestię : trzeba mieć z kim dzielić tego hopla :) Wtedy ma się naprawdę szczęście. A ten nasz jest chyba najfajniejszy na świecie – bo tatrzański! :)

Coś się kończy, coś się zaczyna… Ledwo co wróciłam z poprzedniego wyjazdu, w mojej głowie zaczęło się już coś nowego rodzić. I tak oto miesiąc później znowu szliśmy z zapakowanymi plecakami w środku nocy na autobus… niewyspani, ale uśmiechnięci :)

Prawdziwa radocha zaczyna się na początku na dworcu w Zakopanem. A co w nim takiego szczególnego? Właściwie, to nic! Jest brzydki, w zimie robi za bardzo istotne źródło ciepła… tyle. Ale ma jedną, ważną zaletę : czujemy, że jesteśmy w Tatrach!

Wsiadamy do busa, którego kierowca jest fanem dość specyficznej muzyki, która przez cały dzień siedzi nam w głowach „Janek, Janek, Janek, heej!” i wprawia w dobry nastrój. I tutaj kolejny nieodłączny element przyjazdu do mojej krainy szczęścia : siedzę z nosem przy szybie i podziwiam skaliste granie na tle pomarańczowo-różowego nieba. Za każdym tak samo robią wrażenie i tak samo cieszą. Wjeżdżamy do innego świata :)

Koniec jednak emocjonalnych rozkmin. Zdecydowanie za szybko kierowca wyrzuca nas na wylocie Doliny Chochołowskiej. Jest zimno. Jest bardzo zimno! Przed nami około dwóch godzin marszu. Wokół ani żywej duszy. Im szybciej przemierzymy te parę kilometrów, tym lepiej!








"Chłodno", ale magicznie :)



Dolina ciągnie się niemiłosiernie. Przynajmniej do pierwszych widoków, które sprawiają, że nieco się ‘budzimy’ ;) Pierwsi ludzie mijają nas na szlaku.
No i w końcu – Polana Chochołowska! Pamiętam ją tylko z dziecięcych wspomnień – niezbyt dokładnie. Piękny widok na Kominiarski Wierch i Mnichy Chochołowskie. Doszukujemy się podobieństwa do Cerro Torre ;)









A oto nasza dzisiejsza trasa ;)






A oto dowód na to, że mróz był ohoho... siarczysty ;) I zrobił ze mnie świętego Mikołaja! :(



Rzucamy batohy w schronisku, łyk ciepłej herbatki i w drogę! Włączamy nasz pęd i 50-minutowy odcinek łoimy w 22 minuty. W końcu naginanie czasoprzestrzeni to nasza specjalność ;) Po drodze łapię Kominiarski za komin ;)






1653m. Na szczycie nawet się nie zatrzymujemy – dookoła tyle widoków, a my chcemy więcej!




Tutaj z kolei "Dwie lewe trzy kopy :)", Hruba Kopa, Banikov i Pachol'a :)





Słońce świeci, podchodzi się przyjemnie... To i uśmiechu zabraknąć nie może ;)





Jarząbczy, Łopata i Czerwony Wierch.







Podejście na Rakoń jest przyjemne. Chociaż Długi Upłaz naprawdę jest… długi. Przybliża się za to nasz dzisiejszy cel .






W czasie, kiedy ja gapię się na mój pierwszy zmowy dwutysięcznik, Wojciech w swojej głowie układa plan powrotny nieco… naokoło. Słucham w skupieniu i nieufnie spoglądam na Jarząbczy.


Osiągamy wysokość 1879m. Według Słowaków - 1876m. Zaczyna mnie denerwować ta rozbieżność wysokości :)





Ruszamy na najwyższy punkt dnia dzisiejszego. Po prawej cieszą oko Rohacze, szczególnie Ostry :)









Podejście. W lecie wydawało się jakieś... krótsze ;)




Rohacze.


2063m! Cudny widok na wszystkie strony.




Otargańce, Dolinę Jamnicką i Niżne Tatry na horyzoncie.





I po raz kolejny : Rohacz Ostry z bardzo dobrze widoczną Rohacką Szczerbiną i Baranec po lewej.




Otargańce.




I my :)





Część naszej jutrzejsze trasy :) Oprócz tego Łopata, Jarząbczy, Jakubina, Kończysty Wierch, Starorobocianski, aż po Bystrą - Tatry Zachodnie w pełnej krasie ;)





I widok na Tatry Wysokie z Lodowym na czele ;) Mówi się, że widok z Wołowca na Tatry Wysokie jest jednym z najpiękniejszych w Tatrach Zachodnich. Jest ładny - trzeba przyznać. Ale czy najpiękniejszy? Moim zdaniem zdecydowanie nie :)




Hemli-zdobywca :)


Do Zachodu słońca mamy sporo czasu. Nie zgadzam się na powrót przez Jarząbczy, więc postanawiamy twórczo zająć sobie czas na szczycie ;)





Wojciechowi jak widać nie wystarczy 2063 m + nieco ponad metr śniegu. Chce być wyżej :)





Polowanie na białe niedźwiedzie. Do tego właśnie przydaje się czekan na Wołowcu ;)





Strach się bać... ;)




Zbyt długie działanie promieni słonecznych dziwnie działa na górołazów... Nie wiem, o co chodzi z tą pozą :)

Około godzina posiadówy i na szczycie mamy już dość sporo zdobywców. Jestem za to jedyną przedstawicielką płci pięknej. Też mi nowość!


Słońce świeci coraz słabiej. To znak, że czas się zbierać.






Zejście z widokiem na Dolinę Rohacką :) Mamy dziś ciekawe światło.







I tutaj kolejne ciekawe zjawisko – widział kto co takiego? ;) Może zdjęcie słabo „to” obrazuje - ja jestem za to zadowolona, że w ogóle udało mi się to sfotografować :)








Jest tak pięknie, że nie chce się nam schodzić w dół...








Dość ciekawie wyłaniają się promienie słońca zza Banówki ;)





Równie ciekawie wyglądają Salatyny.





Gra kolorów i mgieł, czyli piękny początek zachodu słońca nad Doliną Rohacką i Osobitą :)





Schodzimy jako ostatni nie licząc pary, która dopiero zdobywa Rakoń… Jesteśmy we właściwym miejscu i o właściwym czasie. Podziwiamy zachód słońca z Grzesia :)





i spojrzenie na przemierzoną drogę... ;)





...i na to, co jeszcze przed nami :)





Kominy Tylkowe i Ciemniak.




W rezultacie jesteśmy w schronisku około zmroku. Zajadamy się kaszą ze słoniną, która dość skutecznie mnie zapycha, wymieniamy górskie plany na dzień następny ze współlokatorami, nastawiamy budzik. W końcu za nami praktycznie nieprzespana noc :)


_______________



Ciężka pobudka rano. Do naszego pokoju nie wpadają promienie słońca, więc przez chwilę nachodzi mnie myśl: No co z tą pogodą? Zwlekam się z łóżka i jedno spojrzenie przez okno rozwiewa moje wątpliwości – mamy błękitne niebo :) Niestety, wstawanie nie o świcie nie popłaca – tracimy sporo czasu w kuchni turystycznej czekając na wrzątek. Pech trafił, że jeden czajnik jest… zepsuty.

Wojciech ucina krótką pogawędkę z Toprowcem i okazuje się, że wczoraj zeszła lawina z Jarząbczego w stronę Łopaty. Uśmiecham się w duchu – kobiece przeczucie jednak czasami działa!



Skończyło się niestety chodzenie ‘na lekko’. Zarzucamy batohy na plecy i wychodzimy na mróz. Chyba znowu zamarzają mi włosy :)

Podejście na Trzydniowiański Wierch. Z pewnością zapamiętam! Bardzo stromą ścieżką pniemy się w lesie, co jakiś czas uświadczając widoków na Kominy Tylkowe. I nawet ten widok nie pomaga!


Wychodzimy z lasu. Lepiej! Cała nasza dzisiejsza trasa jak na dłoni.









Starorobociański o charakterystycznej formie piramidy góruje nad okolicą. Tam idziemy!



Pierwsze podejście za nami. 1758m i krótki postój.




Ktoś kazuje mi siąść "po chłopsku" :|









Niska Przełęcz.





Fotka z Doliną Chochołowską :)


Idziemy dalej. Zamiast trawersować wchodzimy też na Czubik. I w tym momencie zaczyna się Hemli-godzina zgrozy. Podejście na Kończysty Wierch, które zapamiętam… na długo ;)





Co jest powodem Kończystego kryzysu? Sama nie wiem. Może pękający pod nogami śnieg? Przez dłuższą chwilę tęsknię za poczuciem bezpieczeństwa z Trzydniowiańskiego. Myślę o tym tak intensywnie, że nie zauważam, jak wypada mi… aparat! Zatrzymuje się na szczęście jakieś 10 cm od miejsca, w którym zjechałby do Jarząbczej Doliny i w rezultacie ratuje go Wojciech… Jak dobrze ;)

Dochodzimy z Wojciechem do wspólnego wniosku. Chcesz się czegoś nauczyć w zimowych Tatrach? Idź na Kończysty! Coś w tym musi być :)





Starorobociański coraz bliżej.




Kończysty też coraz bliżej. Dzięki Bogu!





2002m. Chwila na rozluźnienie. Podziwiamy niezwykle uroczą Jakubinę i Starorobociański. Po raz kolejny słyszę na szlaku określenie : Starobociański. A chcielibyście Dolinę Starego Bociana? To nie brzmi :(





Urocza Jakubina.





Podejście na Starego Robota. Podoba mi się o wiele bardziej niż na Kończysty.






I jesteśmy! 2176m. Wyżej już podczas tego wyjazdu niestety nie będzie.

Na szczycie spotykamy współlokatorów z Chochołowskiej, którzy podobno wybierają się na Bystra. Chwilę później jakimś dziwnym cudem znikają nam z pola widzenia. Gdzie poszli – to pozostaje już zagadką ;)






Kamienista i panorama Tatr Wysokich. Też niczego sobie ;)





Duet zdobywczyków :)




Siedzi się niczego sobie :)






Zadnia Dolina Raczkowa.





Błyszcz i Bystra - najwyższa w Tatrach Zachodnich.


Przed nami jeszcze trochę drogi. Żegnamy się więc z widokami ze Starego Robota i w dół!






Wojciech próbuje bawić się w tropiciela kamzików… ;)


Schodzi się całkiem sympatycznie. No, może poza kamorami, które skutecznie uprzykrzają maszerowanie w rakach.





Kamienista, w oddali Krywcio, Liliowe Turnie I Błyszcz.








Ot, takie sobie nawisy śnieżne :)





I spojrzenie za siebie :)





Chętnych na Błyszcz/Bystrą dzisiaj nie brakuje. My dochodzimy do Liliowego Karbu ( nazwa bardzo sporna – moim zdaniem ta najlepsza :) ) i zamiast w górę, kierujemy się w dół.





Jest niesamowicie pięknie, cisza i spokój... I urocza Dolina Gaborowa :)





Liliowe Turnie.





Jak widać, Liliowy Karb i lutowe tatrzańskie słońce sprzyja skupieniu… ;)


Komu w drogę, temu… w dół :) Czas na Siwe Turnie. Postraszyli, że będzie strasznie, a tymczasem jest nieco stromo, ale w porządku.





Czas na Ornaki. Za nami cały czas piękne widoki na Bystrą, Błyszcz i Klin. A grań Ornaków jest naprawdę… szeroka!









Najfajniejszy oczywiście Zadni Ornak. Słońce się obniża powodując, że Tatry z minuty na minutę wyglądają coraz to piękniej :)





Smreczyński, Kamienista i Ornaki.




:)











Przybliżamy się do Kominiarskiego. Kolejny przepiękny zachód słońca na grani. Oprócz okolicznych szczytów uwagę przykuwa również Diablak – też prezentuje się uroczo :)









Nie jesteśmy ostatni ;)






Zejście do Iwaniackiej Przelęczy też zapamiętam na długo. Chociażby z tego względu, żeby tamtędy… nie wchodzić! Po początkowej walce postanawiam przerzucić się na kontrolowany zjazd na tyłku.

Na przełęczy żegnamy się z widokami. Zachód słońca ma się ku końcowi. Ma w sobie coś niezwykłego ten kończący się zimowy, tatrzański dzień. Kolory, cisza, spokój sprawiają, że jest… magiczny :)







Zejście do Ornaku zajmuje nam mało czasu. Dochodzimy tam praktycznie po zmroku.

W schronisku początkowo poprzez roztargnienie naszych współlokatorów musimy zadowolić się tylko jadalnią. Tam modyfikujemy nieco nasze plany na następny dzień. Spotykamy znajomych z pokoju z Chochołowskiej. Tym razem nie zamierzają skorzystać z przetartego przez nas szlaku.

Już w pokoju, toczą się po części tatrzańskie rozmowy, które schodzą na typowo… egzystencjalne! Górskie zmęczenie sprawia, że dochodzimy do wniosku, że szczęście w życiu daje… cel :) I rzeczywiście, coś w tym jest!


__________________



Dzień trzeci. Pogoda bez zmian. Pobudka : wcześnie! Dostajemy obiecany wrzątek. Próbuję wmusić w siebie śniadanie – marnie mi to idzie, ale udaje się nie wyjść na szlak z pustym żołądkiem. Czeka nas na początek nieco zejścia Kościeliską – moje kolana „zaprawione” wczorajszym zejściem z Ornaku bardzo się na to cieszą ;)

Z Kir Wyżnich odbijamy w prawo. Przed nami około 1150 m przewyższenia.






Najgorsze jest zawsze – podejście lasem. Humory poprawiają się wraz z pierwszymi widokami.











Droga na Ciemniak nieco się ciągnie. Podejście jest zdradliwe. Wydaje się, że to już już, a tutaj się okazuje, że czekają nas jeszcze z 3 podejścia! Wiem to, ale i tak daję się nabrać.











Grań Baszt! ;)




Gdzieś w partiach szczytowych Bogu ducha winien Ciemniak dostaje nowe imię… dość mało cenzuralne :) Na szczęście po niecałych 4 godzinach udaje się zdobyć 2096m.







Czas na okazanie radości z wejścia :)




Hurra! ;)








Zasłużona chwila odpoczynku ;)





I tutaj krasa w czystej postaci - Krzesanica! Nie dość, że najwyższa z Cz.W., to jeszcze najładniejsza.





Tomanowy, Smreczyński i Kamienista.







Czerwone Wierchy przyciągają najwięcej turystów. Może dlatego, że jest piękna słoneczna niedziela, a może dlatego, że są po prostu.. łatwe?






Widok z Małołączniaka. Jak nie Grań Baszt, to Żółta Turnia... ;)








Wojciech :)





Słowackie Tatry Wysokie z Małołączniaka. Wydają się niesamowicie blisko :)





:)






Nie mogę sie napatrzeć. Rośnie apetyt, żeby być tam... wszędzie :) Do zrealizowania ;)




Tatrzańska panorama w całości.


Czas na ostatni z czterech – Kopę Kondracką. Najbardziej zaludnioną. Cykam tylko parę zdjęć ze szczytu i schodzimy ku Przełęczy Kondrackiej.





Tam dochodzi do skutku Wojciechowy plan – wyjście na Giewont bez kolejki :) Podchodzimy kawałek, po czym postanawiam zawrócić. Nie ma się co czarować – po trzech dniach intensywnego łażenia jestem po prosu zmęczona. Czekam na mojego górskiego kompana na przełęczy.





… A w tym czasie Wojciech staje na szczycie Śpiącego Rycerza ;)





I jeszcze zdjęcie z dołu :






Krótkie zejście. I przed nami średnio przyjemne zejście do Doliny Kondratowej.
Wstępujemy na chwilkę schroniska na Hali K. i niestety czas iść dalej… Powoli żegnamy się z tatrzańskimi widokami, które nikną w zmroku. Niechętnie wraca się do rzeczywistości po trzech takich dniach… bardzo niechętnie :)









Na do widzenia mamy przyjemność zakosztować jeszcze marszu z Kuźnic na Krupówki, gdzie w otoczeniu kebabów jemy podhalańskie… kebsy. Polecam :)

I znowu dworzec PKS, PKP, pociąg i koniec tatrzańskiego snu… I do zobaczenia wkrótce :)


Cóż mogę jeszcze powiedzieć... Wyjazd był niesamowicie owocny, zobaczyłam wiele, nauczyłam się jeszcze więcej... I nawiązując do rozmowy naszych współlokatorów z Ornaku odnośnie tego, co daje szczęście - najwidoczniej ja, patrząc na te zdjęcia, mając wspomnienia w głowie i bardzo dużo planów na przyszłość, mam to wszystko, co do szczęścia jest potrzebne :)


Do następnego! :)




Pearl Jam - Given to Fly














Tatrzańskich historii ciąg dalszy...
19.02.2012 :: 13:27 | Link | Komentuj (3)






Krótki obraz naszej wycieczki w nieco innej postaci. Swoją drogą, tworzenie takich filmików to całkiem fajna sprawa - chyba będę robić to częściej ;)
















Tatry BW
26.02.2012 :: 01:27 | Link | Komentuj (2)
"-Znowu siedzisz z głową w Tatrach?
-Mhm..."


Czarno-białe zdjęcia nie są w stanie pokazać prawdziwego, tatrzańskiego klimatu osobom, które nie widziały tego wszystkiego na własne oczy - moim zdaniem. Dlatego dość skutecznie się ich wystrzegam. Tym razem zrobię mały wyjątek.















































Zakopower-Pozdrowienie















Góry inaczej ;)
06.03.2012 :: 16:59 | Link | Komentuj (3)
Nie samymi górami żyje człowiek... Nie?!

Wystarczył jeden Diabeł, który namówił mnie do spędzenia weekendu nie na szlaku, lecz... w ścianie ;) I chociaż nie od dziś wiem, że wspinaczka nie jest tym, co jest w stanie pochłonąć mnie całkowicie muszę przyznać, że mi się podobało :)
Zdjęcia wyszły dość niewyraźnie - niestety, po raz kolejny przekonuję się, że im nowsze modele SE, tym gorszy mają aparat... Tęsknię za moim topornym K800i, który spokojnie mógł zastępować przeciętnego kompakta ;)


Na początek były zmagania ze ścianką wspinaczkową, która przyczyniła się przede wszystkim do dość sporych zakwasów, które czuję i teraz :)























A po godzinach... W naszej prywatnej boulderowni ;)











A ciąg dalszy nastąpi... W skale ;)















Hę?
15.03.2012 :: 17:37 | Link | Komentuj (2)

Hemli się wcale nie obija. Co prawda ostatnimi czasy nastał jakiś czas ogórkowy, obfitujący za to w plany, dzięki którym od paru dni uśmiecham się do przypadkowych ludzi na ulicy... A wzrost aktywności już wkrótce ;)

Tymczasem poniżej parę dziwolągów, które powstały w ramach nauki do kolokwium z bułgarskiego. Kto by pomyślał, że ten język tak inspiruje? ;))




Jeżeli ktoś nie potrafi sobie wyobrazić Morskiego Oka bez Mięguszowieckich, czy tam Mnicha, to proszę - tak by wyglądało.



Miejsca chyba nie muszę przedstawiać. Swoją drogą, gdybyśmy w Polsce mieli jeszcze jeden staw pokroju Wielkiego Stawu, Słowacy załamaliby ręce... ;)





Wciąga? ;)





Nieco odchudzony Kościelec.

I na koniec mój faworyt:



Co by było, gdyby Giewont znajdował się nad jakimś stawem? Wchodziłoby na niego 2x więcej kebabów ;)



Eddie Vedder-Hard Sun
















Beskidzka wyrypa
19.03.2012 :: 15:44 | Link | Komentuj (4)
Dedykacja dla Oli :
W górołażeniu, jak i w osiąganiu pewnych celów w życiu istotne są pewne składowe: chęci, dobre nastawienie i wytrwałość. Posiadając je, praktycznie nie ma już rzeczy do nie do zrealizowania. Pojawiają się tylko coraz to nowsze marzenia i możliwości :)


Beskidy, kochane Beskidy... Tak rzadko ostatnio Was odwiedzam!
Narodził się więc pomysł na marcowy dzień... Zróbmy sobie wycieczkę w Beskidy!
Od świtu do zmierzchu. Jeden z bardziej widokowych beskidzkich szlaków.
Prognozy pogody mówią jednoznacznie : to będzie piękny weekend!
Pakujemy więc plecaki i pakujemy się w pociąg. O świcie...

Start : Rajcza.
Początkowo, poza dość wyraźnym przejściem zimy we wiosnę szlak nie prezentuje większych atrakcji.




Jak było do przewidzenia, podczas przemierzania jednej z okolicznych wioseczek próbuje zaatakować nas pesiczek... Na szczęście, jego tempo spowalnia mokry, zalegający śnieg. Chwilę nas odprowadza, ale bliższej konfrontacji udaje się uniknąć :)




"Oo, maluch! Ja chcę z nim zdjęcie!" :)




Wkraczamy na szlak papieski. Odnoszę wrażenie, że kiedy szłam tędy ostatnio, jeszcze papieski nie był...
Zaczyna się kochany, mokry śnieg i początek zapadania. Póki co wpadamy tylko do kostek - nie jest źle.



"-Widzisz tamtą górę na horyzoncie? Tam dzisiaj będziemy!"

Pilsko faktycznie z okolic Hali Redykalnej wydaje się nieco odległe. Dzieli nas od niego sporo kilometrów, ale dzień jest długi :)




Straszy nas podejście na Redykalny Wierch. "Mój mały Kończysty!" - myślę sobie. Okazuje się jednak, że ani się obejrzymy i jesteśmy na górze. Myśli zaczynają krążyć wokół pomidorówki na Rysiance... A dzieli nas od niej jeszcze ponad godzina!



Nie wiedzieć czemu, szlak niesamowicie się dłuży. W tej części jest on dość widokowy, śnieg jednak stawał się coraz bardziej problematyczny ;)



Hala Bacmańska. W oddali majaczą Tatry... Widok na Małą Fatrę i Wielki Chocz też nam towarzyszy, reszta słowackich pagórów dzisiaj niestety niewidoczna.



Hala Bieguńska. Całkiem ładne te hale... Ale nam w głowie pomidorowa! :)

Pod schroniskiem na Lipowskiej próbują nas zatrzymać nieco znudzeni GOPRowcy... "Czwarty dzień bez akcji, nuda... Skóra z czoła nam już schodzi!"
Cóż... Pozostaje pożałować :) My jednak trzymamy się planu dłuższego odpoczynku w Rysiance.

Dziesięć minut i jesteśmy. Tutaj nieco bardziej gwarno, ale ja jakoś lubię to miejsce. W szczególności widokowo.



Pojawiają się narciarze. Niektórym wyjątkowo dziś ciepło :)




A oto, dlaczego tak lubię Rysiankę :)

W schronisku wdaję się w tatrzańską rozmowę z pewnym sympatycznym Panem. Po końcowej wymianie informacji na temat gdzie kto idzie dalej stwierdza, że nasza dalsza trasa jest bardzo ambitna. Pozostaje nam wzruszyć ramionami i iść dalej :)

Trasa w kierunki Trzech Kopców faktycznie zaczyna się robić problematyczna. Śnieg daje nam popalić. Co parę kroków zapadamy się w śniegu po kolana, bądź też głębiej. Przezywanie białej masy nieco pomaga :)

Najgorszy śnieg trafia nam się w rejonie Przełęczy Cudzichowej. Miejsce piękne... Gdyby nie ten piekielny śnieg!



Decydujemy się odbić szlakiem na Halę Miziową. Słowaki szlak przetarty jest tylko przez skutery śnieżne, a na Hali od paru godzin czeka na nas Jacek.



Ostre słowa pod adresem białej masy lecą coraz częściej. Stwierdzam, że z mojej zimowej mapy ten szlak należy wykreślić.




Ku naszej uciesze, wychodzimy w końcu na dość rozległą halę... "To musi być Hala Cebulowa!"
Na szczęście jest, a chwilę później naszym oczom ukazuje się schronisko na Hali Miziowej.

Przysiadamy chwilę i postanawiamy nie odpuszczać dzisiaj wyjścia na Pilska, a poza tym zbliża się zachód słońca. W górę wyruszamy więc w trójkę.



Niebo nabiera pięknych barw. Nawet podejście stokiem narciarskim nie przeszkadza :)






A stamtąd idziemy!




Widoków na Tatry nie ma. Ale i tak jest pięknie!







I jesteśmy na górze. Uśmiechnięci - cieszymy się z takiego finału dzisiejszej wycieczki :)





Żółwik! :)




:)

I tutaj kończy się fotograficzna dokumentacja tego dnia. Czeka nas jeszcze zejście na Halę Miziową i stamtąd stokiem w dół. Udaje nam się uciec przed ścigającym nas ratrakiem, którego pracę nieco zniszczyliśmy :)
Na zwieńczenie wyrypy wgapiamy się jeszcze w gwiaździste niebo i walczymy z rozmokniętym lodowym stokiem...

Dawno po zmroku meldujemy się w Korbielowie. Uśmiechnięci, zadowoleni. W końcu nic tak nie cieszy jak dwanaście godzin na szlaku i prawie trzydzieści kilometrów na "liczniku", do tego w tak dobrym towarzystwie :)


Do następnego razu! :)















Tatrzańska opalenizna
29.03.2012 :: 00:34 | Link | Komentuj (1)
Zbliża się koniec marca. Spoglądam do mojego kalendarza, na ostatnie strony. Czytam postanowienia noworoczne… Właściwie to nie muszę ich czytać. Tęsknota sama pcha mnie na południe. Pojechać w Tatry!

Właściwie to ten wyjazd planowany jest od dawna. Po gigantycznej ilości zmian podczas organizacji siedzę na zajęciach jak na szpilkach. Szykuje nam się piękna pogoda! Dwójka lawinowa nie straszy. Plany są bardzo ciekawe. Namawiam więc mojego najlepszego Kamarada, który dość długo się waha. Na szczęście z wahania nie pozostaje praktycznie nic ;)

Ruszamy z Katowic ciemną nocą. Zarówno my, jak i Kuba mamy za sobą częściowo nieprzespaną noc.

Kiedy docieramy do Zakopanego, słońce oświetla już obielone szczyty. Po raz kolejny to uczucie, uśmiech na twarzy. Jak dobrze być znowu tutaj!

Po zebraniu się prawie całej ekipy w Kuźnicach, startujemy w Dolinie Jaworzynki. Po jakichś 20 minutach dołącza do nas Wojciech, który wyruszył nieco wcześniej.







Podejście na Przełęcz między Kopami jak zawsze dostarcza sporo zło... tzn. radości :) A najbardziej widok ławek na samej przełęczy.

Jednakże my, zamiast siadać z Wojciechem rzucamy na siebie krótkie spojrzenia.
-Idziemy?
-A idziemy!

Podczas tego krótkiego podejścia na chwilkę zrzucamy ukochane batohy. Nie mija pięć minut, a podziwiamy widoki z Wielkiej Królowej Kopy.








Traktuję to jako malutką rekompensatę za styczeń, kiedy to próbę namówienia mnie na małe odbicie w lewo skwitowałam tylko wymownym spojrzeniem. Teraz przynajmniej coś było widać :)







I jeszcze część ekipy na przełęczy z Giewciem w tle.









Czas na piękne widoki. Wynurza się też nasz dzisiejszy cel. Równie piękny jak całe otoczenie, ale mający w sobie coś wyjątkowego - jest najwyższy!


Po niezwykle" bogatej w odpoczynek" nocy krótka posiadówka w Murowańcu dość skutecznie dodaje sił. Nawet zwykła zupka z proszku smakuje jak domowy obiadek.

Ruszamy dalej... W górę.









Kościelce dwa. Nie dziś :)






Żółta Turnia, Wierch pod Fajki i Granaty. Też nie dziś!






Widoki zacne. Słońce przygrzewa.





Mała wymiana fotografujących... I znowu ekipa nie w całości!





Podchodzimy na Liliowe. Dookoła aż roi się od narciarzy, w sporej części Ski-tourowców.


Na Liliowym wszyscy bezwzględnie wyciągamy wszelkiej maści kremy z filtrem... Obawiam się jednak, że może być na to trochę za późno.





Wielka Kopa Koprowa.





I znowu tourowcy. Najwidoczniej trasa tych poruszających się bez dwóch desek kończy się na Beskidzie.





Prawie jak na plaży ;)









I udaje się - jesteśmy chociaż na jednym zdjęciu w komplecie!





Nie ma czasu na obijanie się - czeka nas jeszcze jakieś 350 m podejścia!





Na południowych stokach przygrzewa najbardziej. Z resztą, to widać.





I oto nasz dzisiejszy cel w całej okazałości - Świnica! Moja pierwsza tatrzańska miłość. Co prawda dawno przebrzmiała, to jednak w tej zimowej szacie podbija moje serce raz jeszcze. Jest piękna.





Iście himalajskie zdjęcie. To se mi libi! :)








Z prawej mamy piękne widoki na Krywań i grań Grubego. Tzn. Hrubego :)





I jeszcze troszkę Świnicy :)





Skrajna Turnia. Po raz pierwszy mam przyjemność oglądać ją z tej perspektywy.





Wojciech przeżywa rozterki życiowe. A wszystko za sprawą jednego głupiego kamienia z Liliowego!




I Świnicka Przełęcz. Tam nieco się rozdzielamy. Na szczyt idziemy bowiem we czwórkę. I co ważne - zostawiamy ciężkie batohy. Jak lekko się wchodzi!






Pochodzimy na Świnicę.





Widoki coraz piękniejsze.





Ani się obejrzymy i jesteśmy na taternickim wierzchołku Świnicy.





Świnica jest dla mnie poniekąd zaskoczeniem z racji, że wejście na nią było niezwykle... łatwe.








Czterech zdobywczyków :)





Strasznie podoba mi się, jak ta grań wygląda właśnie w tej perspektywy. Gąsienicowa i Niebieska Turnia opadające na północną stronę urwistymi ścianami robią wrażenie.





Łapię ostatnie widoki ze szczytu... i czas w dół.





Popatrzcie tylko - czyż to nie urocze? Wojciech ze swoim ukochanym granitem, który chyba odwzajemnia jego uczucie "-Jest ciepły!" :)








Prawie na naszych oczach z Pośredniej Turni schodzi mała lawinka.


Po zejściu na Świnicką Przełęcz ciężko zastanawiamy się nad drogą powrotną. Problem sam rozwiązuje nam pewien narciarz, który zapragnął zjechać w dół ze Świnickiej Przełęczy. Zatrzymuje się jakieś 5 metrów pod przełęczą z wypiętą nartą. Zmrożony śnieg powoduje, że jakiekolwiek manewry są bardzo ryzykowne. Z opresji wyciąga go Czarek. Mamy małą akcję ratunkową, która na szczęście dobrze się kończy. Narciarz może powiedzieć o sporym szczęściu, a my wiemy, że czeka nas dzisiaj powrót przez Liliowe.

..co w rezultacie wychodzi nam na dobre ;)





Od północy nadciągają do nas chmury. Sięgają po wierzchołek Kościelca, dosięgają też Świnicę, a nam prezentują przepiękny "festiwal światła" :)















Nieskromnie polecam chodzenie ze mną w góry. Ja mam praktycznie zawsze szczęście do takich zjawisk :)














I tak, pstrykając bez opamiętania dochodzimy znowu do przełęczy Liliowe, gdzie niestety trzeba zejść w dół. Dzień ma się ku końcowi. A my do Kuźnic mamy jeszcze kawałek :)





Mimo wszystko to chyba najpiękniejszy zachód słońca, jaki miałam okazję podziwiać :)


Do Murowańca docieramy praktycznie po zmroku. W totalnych ciemnościach za to przemierzamy odcinek do Kuźnic. W chlupiących butach, do tego z perspektywą krótszej nocy o godzinę. Kto do cholery wymyślił zmianę czasu?

W Domu Turysty nie brakuje atrakcji. Jest chrapiący dziadek, który najwidoczniej uwielbia usypiać z radyjkiem. My jesteśmy nieco innego zdania, na szczęście udaje się go obudzić i nakłonić do wyłączenia szuszczącego sprzętu. W tej chwili jednak nie przeszkadza mi nawet chrapianie - nieprzespana noc i aktywny dzień robią swoje i śpiwór tej nocy jest mi najmilszy na świecie :)


Poranna pobudka nie jest zła o tyle, że błękit za oknem aż zachęca do wyjścia na szlak. Zbieramy się szybko i ruszamy do Kuźnic.
Na miejscu okazuje się, że dzisiaj nasze szeregi się nieco przerzedziły. Jest nas trójka.


Podchodzimy przez Skupniów Upłaz wraz z grupą PTTK z Nowego Sącza. Nie chce nam się liczyć, ale jeden z mijanych nas turystów zdradza, że jest ich około 50. Wierzymy na słowo, z resztą wydaje się to całkiem prawdopodobne.





Dzisiejszy plan jest nieco... niestandardowy. Właściwie to mamy dwa plany.
Schodząc do Murowańca widzimy, jak pracownik TPN przez jakiś całkiem fajny sprzęcik patrzy sobie na nasz plan A... Ups. No nic. Nie zraża nas to skutecznie.





Zawsze podobało mi się spojrzenie z tej perspektywy. Właściwie to dlaczego wcześniej tego nie uwieczniłam?


Krótki posiłek w Murowańcu i ruszamy w kierunku Dubrawisk. W końcu wychodzimy z lasu i możemy bliżej spojrzeć na nasz cel..






Spotykamy tam grupę Ski-tourowców. Wdajemy się z nimi w krótką dyskusję. Krótką, ale na tyle treściwą, żeby dowiedzieć się, że spotkaliśmy... Służbę TPN. Ups! Wysłuchujemy historii na temat ciężarnych kozic i dowiadujemy się, jak szybko straż TPN zasuwa na ski-tourach. Wysokość pokuty powoduje, że decydujemy się na wycof. Właściwie, to ja całkiem lubię kozice... A Żółta Turnia nie ucieknie :) A poza tym raczej kiepskim pomysłem byłoby podpaść TPN przed wolontariatem... :)



Dzisiaj słońce też przygrzewa. Nie popełniamy błędu z wczoraj i maszerujemy po szlaku grubo wysmarowani kremem. Naiwni!

No nic. Wzdychamy głębiej i wcielamy w życie plan B - też fajny.





Prawda, że ładny? :)





Na sam początek trawersik Małego Kościelca. Kamień Karłowicza zimą jakoś bardziej widoczny... I daje do myślenia!






Zbliżamy się do jednego z moich ulubionych miejsc w Tatrach Polskich.





Czyż tu nie jest przepięknie?





Towarzyszy nam do tego nietypowe światło.





Mijamy grupkę ludzi, spośród których jeden próbuje wskazać towarzyszom Wierch pod Fajki.
-Zwróćcie uwagę, tam jest taka dość charakterystyczna pionowa skała...
Jednocześnie z Wojciechem odpowiadamy -Lama!

Naprawdę wygląda jak lama :)





Nasz dzisiejszy przewodnik Czarek zadecydował, że Karb zdobędziemy od strony Czarnego Stawu. I chwała mu za to! Patrzę na żleb, który jeszcze dwa miesiące temu oglądałam z drugiej strony i mówiłam sobie "eee, nie ma mowy!". Teraz już nikt nie bawi się w takie gadanie. Zbieramy się i w górę!


Fakt faktem. Jest trochę stromo. Zjeżdżający nim narciarze próbują pokatować nas trochę spadającymi kulkami śnieżnymi. Chowamy się pod skałą.










Górny odcinek żlebu z tej perspektywy rzeczywiście robi wrażenie.






Z tej perspektywy wydaje się za to chyba nieco łagodniejszy, niż w rzeczywistości :)


No i proszę państwa - Karb.






Czarek robi nam górskie portrety. Muszę przyznać - jeszcze tak dobrego "ludzkiego" fotografa w górach ze sobą na wycieczce nie miałam :)





A co to - ufo? Chyba nie...





Obłoczek wygląda zjawiskowo. Rzekomo zwiastuje zmianę pogody.





Zmieniać się wiele nie zmienia - może poza tym, że coraz bardziej wieje.





W górę, w górę... Po drobnych trudnościach...





I Dżentelmeni puszczają niewiastę przodem - Hemli jako pierwsza zdobywa 2155m + warstewka śniegu.






I cała nasza trójka :)





Czas ma odpoczynek? ;)












Na szczycie trwa prawdziwa sesja foto... ;)





I kolejne himalajskie foto :)


Robi się późno... A dziś trzeba wracać do okrutnej rzeczywistości na zaledwie 200 m.n.p.m.!





Jesteśmy dziś ostatni zarówno na Kościelcu, jak i na Karbie. Zaraz zaraz... To gdzie są wszyscy? A może należy spytać - jak ważny jest ten mecz, który leci dzisiaj w TV?





Schodzimy zadowoleni :)





A wiatr z nami... we włosach ;)





Ostatnie zdjęcia na Karbie i postanawiamy włączyć tryb przyspieszenia. Nabieram coraz większej ochoty na szarlotkę w Murowańcu! ( swoją drogą naprawdę je polecam )





"Szlak turystyczny bardzo trudny". Oj tam, oj tam :)





Nasza wczorajsza zdobycz.





Na granicy słońca i cienia.





Widoki jak na podsumowanie wyjazdu są idealne :)





W Murowańcu znajdujemy rzeczywiście chwilę czasu na szarlotkę. Udaje nam się wyjść na szlak przed zmrokiem, dzięki czemu oglądamy dość ciekawie zachodzące słońce za Giewontem.



Niestety dość słabo udaje mi się to uchwycić. W rzeczywistości jednak kolory nieba wyglądają niesamowicie.

Swoją drogą, jeśli by się przyjrzeć, to na tym zdjęciu idzie dostrzec miniaturkę Wysokiej I Gerlacha. Chyba, że to tylko ja mam takie odchyły :)


I właśnie na Przełęczy między Kopami robię ostatnie zdjęcia z tego wyjazdu. Powracamy na równiny, Czarek dotrzymuje nam towarzystwa na zakopiańskim dworcu. Wsiadamy w autobus i wiemy, że nie żegnamy się na długo i to sprawia, że nie jest nam aż tak żal odjeżdżać. Mówimy sobie "do zobaczenia" i tak kończą się dwa dni, które zapadają w pamięć bardziej niż całe dwa tygodnie "codzienności'.

Wracam do Katowic naładowana pozytywną energią. I dzieje się coś, co lubię najbardziej - wracając z wyjazdu biorę się za planowanie kolejnego. To jest to! :)




Pearl Jam - Oceans

















Całe życie w górach
03.04.2012 :: 22:46 | Link | Komentuj (1)
Zimno, wieje, sypie, pada, świeci słońce, pada... W Tatrach włączają trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Najlepsze zajęcie na niedzielne popołudnie w rodzinnych stronach to wskoczyć pod kocyk, zrobić sobie gorące kakao... I nieco powspominać :)

Tym razem podczas przeglądania miliona zdjęć (do których nie tylko ja w rodzinie mam słabość) wiele jest dla mnie niespodzianką. Wiem już chyba, skąd wzięła się moja góro-szajba i stwierdzam, że wywoływanie zdjęć i możliwość wzięcia ich do ręki nie może być zastąpiona przez oglądanie na ekranie komputera, czy tam telewizora. Zostaje pamiątka na całe życie :)

Ułożyłam ze zdjęć małą foto-historię, dorzucając parę nowszych, które swoją drogą - też mam w wersji papierowej :)


Od czego się zaczęło?
Od Beskidów rzecz jasna... :)





Zapewne pierwszym "szczytem" zdobytym przeze mnie był... Dębowiec. Od czegoś trzeba zacząć :)






Rok 1995. Pierwszy raz mam narty na nogach. Pierwszy i dzięki Bogu nie ostatni! Czy mi się wtedy podobało? Ciężko powiedzieć... :)



...potem zaczynają się piesze beskidzkie wycieczki...





...w których często potrzebuję małego wspomagania :)





I pierwszy raz w Tatrach. Którego niestety nie pamiętam :(






Nad Szczyrbskim Plesem. Ten wyjazd już mam w pamięci :)





Beskidzkich podbojów ciąg dalszy. Był Dębowiec, musi być więc i... Szyndzielnia!





I potem czas na Babią Górę ;)





I coraz ładniej, wyżej... Wyjazdy coraz bardziej zapadają w pamięć.







Cały czas pod opieką starszego brata, którego naprawdę fajnie mieć :)





...i czasami coś po nim w genach odziedziczyć :) Nie wspominając już o oldschoolowych okularach ;)






Z wiekiem na szczęście zostało coś zaszczepionego w dziecięcych latach...






Na sam początek nowej przygody udało mi się poznać Bieszczadzkie błoto.




Trzeba było sobie radzić bez gore-texów...





I w ten sposób pokochałam beskidzki spokój.







I przy okazji chętnie śmigam na nartach :)




Przyszedł czas, że pokochałam Tatry...






I już mi tak zostało :)
















Veselé!
07.04.2012 :: 14:10 | Link | Komentuj (4)





Přeju Vám veselé Velikonoce, dobré jídlo, mnoho štěstí, a všechno, co nejlepší :)


Mějte se hezky! :)












Stare dzieje
11.04.2012 :: 16:51 | Link | Komentuj (0)

... i nowe spojrzenie na nie.
































Hemli-light
13.04.2012 :: 00:20 | Link | Komentuj (1)






Czasami trzeba odskoczyć od tematyki górskiej i chociaż raz pokazać się w 'cywilu' :)
Kobieta potrzebuje raz na jakiś czas zmiany. Znudziło mi się w końcu bycie redhead, a z racji, że w rudych włosach mi podobno najlepiej... Postanowiłam pokombinować :)


Najwyższy czas na wiosnę. Pożegnałam się z zimową sesją (i łaciną!!), w Tatrach bardzo powolutku, ale zaczyna topnieć śnieg...
Wszystko wraca do życia :)



















:)
18.04.2012 :: 14:38 | Link | Komentuj (1)
Właściwie, to nie wiem, jak to się stało. Odwiedzając sobie pewnego dnia stronę ZOL.pl z aktualnym widokiem na Tatry natknęłam się przypadkiem na swój filmik... Totalne zaskoczenie. Całkiem miłe :)


A skoro jest tam, to niech będzie i tutaj :

















Obrażone Beskidy
22.04.2012 :: 23:18 | Link | Komentuj (6)
Miał być niedzielny zachód słońca, a było co? Masa deszczu i wiosenna burza z piorunami :(
Beskidy odwiedzam ostatnio jak widać zbyt rzadko i postanowiły się na mnie wypiąć... Poprawię się, poprawię. Jak tylko wrócę z Tatr :)


Parę telefonowych zdjęć :




Całkiem fajne leśne klimaty, dla których warto zboczyć ze szlaku :)






Chwilowy powrót do starych górskich ciuszków. Z sentymentem :)




Czyż wiosna w tym roku nie jest przepiękna? :)




A oto sprawca zamieszania! Wszystko przyszło od strony Diablaka :)



Następna relacja zapewne nieprędko. Czas działać, żeby potem było o czym pisać :)
















Mniej znane Tatry
07.05.2012 :: 22:09 | Link | Komentuj (2)


Długi weekend. Wyczekiwany od dawna. Do samego końca nie sprawdzałam prognóz pogody, chociaż wszyscy dookoła z uśmiechem zapewniali mnie, że będzie ładnie. Batoh i zimowe żelastwo czekało od marca na ponowne użycie. I doczekało się - i to jeszcze jak! :)

Ten weekend był tak długi i do tego tak obfity w różnego rodzaju przeżycia, że postanowiłam rozbić go na części i każdy tatrzański dzień opisać osobno.

Pierwsza część więc niech nazywa się "Tatry mniej znane". Dlaczego? O tym za chwilkę :)

Początek jak zwykle w Katowicach. Środek nocy, a my przemierzamy centrum z czekanami. Wysokie kwietniowe temperatury sprawiają, że rozmownych przechodniów o godzinie 3.00 jakby więcej, ale w końcu udaje nam się wsiąść spokojnie do autobusu.

Drogę znam już dobrze. Pierwszy raz próbuję podnieść głowę zaraz za Krakowem, żeby zobaczyć wschód nad Tatrami - niestety, przegapiam owe piękne miejsce.
Oczy za to jakoś nie chcą się na nowo zamknąć. Stwierdzam wyższość okolic na południe od Krakowa nad moimi "ojczystymi" okolicami. Nie wiem czego to kwestia, ale tutaj po prostu jest jakoś... ładniej. Zapamiętam na przyszłość :)

Pierwsze spojrzenie na Tatry na horyzoncie jak zwykle powoduje szeroki uśmiech na twarzy. Są, do tego w pełnym słońcu. Śniegu jeszcze całkiem sporo. Nie wiem jeszcze wtedy, że podczas wyjazdu będzie mi towarzyszyć znacznie inny widok.

Na dworcu zaczyna roić się od kebsów... No cóż. Długi weekend majowy. Spotykamy się z Czarkiem i w pełnej gotowości wysiadamy w Kuźnicach, gdzie wyjątkowo... wieje. Ale jakoś zbytnio się tym nie przejmujemy.

Przed nami szlak przez Skupniów Upłaz, którym idę w tym roku już.. piąty raz. Jedynym pocieszeniem jest, że w końcu widzimy go bez śniegu. Stęskniłam się za suchymi kamorami na szkalu :)









Po wyjściu z lasu okazuje się, że z wiatrem dzisiaj nie ma żartów. Co silniejszymi podmuchami chce strącić do Doliny Olczyskiej... Ale my się nie dajemy :)

Po drodze Czarek przedstawia nam napotkanego pewnego bardzo miłego "turystę", który z wrażenia aż chce sobie z nami zrobić zdjęcie... :) Ostrzega też, że na Diabełku wiatr podobno jeszcze bardziej daje w kość. Tylko gdzie też jest ten Diabełek...




Na odpowiedź długo nie trzeba czekać. Chwilę później dość wyraźnie czujemy jego diabelskość ;)




Ach ten tatrzański fryzjer.... ;)


Na przełęczy się uspokaja. Dyskutujemy głośno nad dzisiejszymi planami. Pada na Zadni Granat.












W Murowańcu zostawiamy batohy. Jak dobrze!
Chętnie zostalibyśmy na dłużej, poduszki mają wyjątkowo wygodne.... ;)





Ale nie ma co się obijać. W drogę!
Gwiździ, piździ, duje, nie przestaje! Nad Czarnym Stawem moi Towarzysze głośno myślą nad zmianą planów...
A tak mi się podobał pomysł z Granatem! No cóż.. Będziemy dzisiaj trochę niegrzeczni. Idziemy na Żółtą Turnię, która kusi od dawna.
Czarny Staw Gąsienicowy częściowo się już roztapia, przybierając śliczną, niebieską barwę :)


















Honoratka.



Czarek na lodzie. Jak widać niestabilność tego podłoża jest dość pozorna... :)


Odbijamy początkowo na szlak na Skrajny Granat...

A potem jeszcze trochę bardziej w lewo ;)





Pozaszlakowe widoki są jakoś zawsze ładniejsze od tych szlakowych... ;)





Podchodzimy początkowo śniegiem, potem zdradzamy go na rzecz kamorów i trawek... I żałujemy ;)




Czarny Staw Gąsienicowy z góry tak jakby... nieco biały ;)




Wiatr wieje, słońce przygrzewa... Mamy wiosenny upał :)



Widoki na przeurocze otoczenie Gąsienicowej.





Ale humory dopisują :)


Trochę stromizny, raz dwa trzy i jesteśmy na grani!




A tu niespodzianka. Ktoś przetarł nam szlak. I był to nikt inny jak... niedźwiedź :)
W tym momencie tylko czekam, aż wynurzy się zza horyzontu i wyjdzie nam na spotkanie... Będę czuła jego oddech na plecach do samych Dubrawisk. A możę i nawet dalej!





Czarek wychodzi z lornetką posprawdzać, czy okolica aby na pewno jest czysta... ;)




... i dostrzega naszego futrzanego przyjaciela podążającego w dół, w okolicach szlaku na Skrajny Granat. Zawsze to jakieś pocieszenie - Ci w okolicach Czarnego Stawu mają gorzej :D





Wojciech próbuje odciągnąć moją uwagę od misia i zająć ją widokami, które z resztą są... zacne ;) Tutaj na Buczynowe Turnie.




I czas na atak szczytowy. Gwiździ jak cholera! Ale mamy to. 2087m. Żółta Turnia :)





... co nie najlepiej wpływa na psychiczną formę turystów :)





A teraz uwaga : coś wyjątkowego dla Żółtej Turni, czym wcześniej próbował przekupić mnie Wojciech. A mianowicie nic innego, jak Krywań zza Zmarzłej Przełęczy. Prawda, że wygląda stamtąd uroczo? :)




I podąża nasz trzeci zdobywca :)




... i niezastąpiony fotograf :)






Jak widać pomimo niedźwiedzi i okropnego wiatru mamy dobre nastroje :)





Może oprócz tego Pana, którego najwyraźniej coś trapi :( Czyżby zejście?


Powiedziało się a, trzeba powiedzieć b. Wracać tą samą drogą nie chcemy - przecieranie śladów po niedźwiedziu może być w miarę komfortowe tylko w jedną stronę. Chociaż Czarek ciągle straszy drugim osobnikiem....





Przepaście? Ależ skąd. Czekają na nas nieco inne atrakcje...




A mianowicie to. Kupa kamieni-wykręć nogę. Za późno wybraliśmy się na Żółtą. Zapewne jeszcze niedawno dość porządnie przykrywał je śnieg!





Schodzimy, schodzimy i schodzimy... Boję się obracać, ciągle w obawie, że na horyzoncie zobaczę dość szybko przemieszczającą się brunatną masę.





Schodzenie urozmaicam sobie podziwianiem widoków na Tatry Zachodnie... Cud, że nie skręcam kostki :)





Widok śniegu staje się wręcz miły dla oka :)


A teraz pora na kolejne Żółtoturniowe atrakcje. Skoro poleźliśmy już w rezerwaty, to trzeba by było z nich jak najwięcej zapamiętać. Moim zdaniem chyba najładniejsza część tego dnia, a mianowicie Pańszczycki Żleb.








Śmiem twierdzić, że zdjęcia nie oddają uroku tego miejsca. We trójkę zgodnie przyznajemy : wow, tu jest pięknie! :) A ja pragnę iść tutaj w lecie. Bardzo!




Dochodzimy w końcu to żółtego szlaku. Czuję pozorne bezpieczeństwo. Chociaż tutaj też mogą czaić się miśki :)




Pańszczycka Skała. Ładna :)





I coś, co Horolezce lubią bardzo, a mianowicie odpoczynek w ładnym miejscu :) Robimy sobie całkiem wygodne siedzisko na kamieniach i spędzamy miło czas na rozmowach o wszystkim i o niczym. Godne podsumowanie pierwszego tatrzańskiego dnia :)





Kasprowy i spółka.





Gąsienicowe "giganty" : Kościelce i Świnica.





A tam nasz cel : dymiący Murowaniec :)

Jeszcze krótkie spojrzenie w tył na zdobyty szczyt.





O, tam byliśmy! Rzeczywiście, trochę nawet Żółta ta Turnia :)


W Murowańcu poznajemy nasze dwie przesympatyczne współlokatorki. Co prawda na siedzenie do późnej nocy nie mamy siły i dość szybko kończymy ten dzień, snując już plany na kolejny... :)

Myślę, że ten dzień można zaliczyć do niezwykle udanych ze względu na rzeczywisty kontakt z Tatrami, który docenimy tak naprawdę dwa dni później, bardzo za nim tęskniąc. Żółta Turnia sama w sobie nie przyniosła ani zbytniego zachwytu, ani rozczarowania. W każdym bądź razie - cieszę się, że tam byłam :)
Polecić za to mimo wszystko z wiadomych przyczyn nie mogę :)

... a ciąg dalszy nastąpi już wkrótce :)













Przez przełęcze i żleby...
12.05.2012 :: 01:31 | Link | Komentuj (3)
Dzień kolejny. Pomimo, że pod względem kilometrów nie należy do najdłuższych, ja zapamiętałam go chyba najwyraźniej z tej wycieczki, z wielu względów. Z jednego na pewno - często spoglądałam na mapie na żółty szlak przez Krzyżne myśląc sobie : ten to musi być naprawdę fajny! I nie myliłam się :)

Dzień drugi rozpoczynamy nieco nierówno. Czarka czeka najwcześniejsza podubka i przemierzanie Skupniów Upłazu, dla którego ostatnio zdradza nieco Jaworzynkę :) Wojtek wstaje jak zwykle bladym świtem i pędzi na Kopę Magury. Wyjście nie obywa się bez emocji "Bo wiesz, idąc tam myślałem tylko o tym niedźwiedziu, o którym mówił Czarek!".
Na przełęczy Między Kopami spotyka po raz kolejny pana Cywińskiego. Jak poranna rozgrzewka, to porządna :)



Kopa we własnej osobie. A może raczej kopie?




Mała Kopa Królowa.




I zakamuflowany poranny zdobywca :)


W tym samym czasie jako najmłodsza uczestniczka naszych tatrzańskich podbojów korzystam z okazji i wyleguję się w łóżku do oporu. Zamieniam parę zdań ze współlokatorkami, na temat dalszych planów.

Za oknem zdążył obudzić się już piękny dzień. Na dole czeka mnie chyba najlepsze śniadanie, jakie pamiętam. Wiecie, jak smakują płatki śniadaniowe z widokiem na Kozi Wierch i w akompaniamencie śpiewu ptaków? :)






Objawia się również mój magnetyzm, którym przyciągam wszelkiego rodzaju... Zwierzęta. Tym razem wzbudzam sympatię pesiczka z Murowańca, którego osobiście lubię nie od dziś. Dowiaduję się, że nazywa się Ufik :) Wojciech postanawia uwiecznić ten niebywały moment...






Kiedy wybija równa godzina, pojawia się Czarek. Według tego Pana można ustawiać zegarki :) Pakujemy batohy, dziś już nie tak lekkie i w drogę.





Szlak do Dubrawisk przemierzaliśmy już poprzedniego dnia. Zdążył się już trochę wytopić, słońce grzeje niemiłosiernie... Szykuje się prawdziwy upał. A cienia kosówki tak mało!





O popatrzcie - a co to za trzy nicponie pozostawiły tutaj ślady? Całkiem świeże, trzeba przyznać :)


Podchodzimy na Zadni Upłaz. Słyszałam wiele razy, że główną sprawą uroku Doliny Pańszczycy jest grań Buczynowych Turni, które z tamtej perspektywy wyjątkowo robią wrażenie. I rzeczywiście! Sprawiają, że aż chce się podejść bliżej :)

Uwagę przykuwa też Czerwony Staw, który jest dość... niebieski. Ale ładny :)










Buczynowe :)





Brak cienia nie zachęca do odpoczynku. W górę!





A ja zamiast w górę co chwilę obracam się i robię 'pstryk!'. Taki ładny ten staw :)





Ale za to przed nami czekają inne atrakcje. Wystarczy spojrzeć :)


Ponad Czerwonym Stawem zatrzymuje nas pewna para, która przy podchodzeniu zgubiła ślady. Kminimy razem, trochę chodzenia po kosówce i jesteśmy na właściwych śladach... chyba. Okazuje się, że i tym razem szlak przecierał nam niedźwiedź. Jak na złość! Całe szczęście, że ślady te są ledwo wyraźne :)


Wtedy, kiedy z Czarkiem postanawiamy zrobić sobie małą przerwę na przekąskę Wojciech nie może usiedzieć w miejscu i postanawia skorzystać z okazji. Czmycha na Wielką Kopkę :) Ucieka nam z pola widzenia i nie możemy nawet uwiecznić zdobywcy na szczycie...



Obijanie jednak trwa krótko. Ruszamy. I zaczyna się ostro w górę.





Śnieg miejscami jest trochę zmrożony. Dopadamy najbliższy wystający kamień i w miarę wygodnej pozycji zakładamy raki.








Sokół lata dzisiaj wyjątkowo często.





Krzyżne jakoś nie chce się przybliżać. Ale nie szkodzi - ja na przykład oglądam sobie z bliska turnię Ptak :)





Robi się stromo i naprawdę gorąco. Chcąc zaznać trochę ulgi prowadzimy chwilę drogę w cieniu, ale po chwili dociera do nas, że to był błąd. Śnieg tam jest bardzo zmrożony i twardy, ale sprzyja zapadaniu.





A tu nagle miła niespodzianka. Tak jest! 2112m + trochę śniegu :) Jesteśmy na Krzyżnem!

Bardzo czekałam na ten widok. Podobno należy do jednych z piękniejszych tatrzańskich i widać z niego coś około 100 szczytów. Liczymy? :)











A jaki Ganek piękny!





Migawka idzie w ruch :)








Klimaty trochę mniej zimowe. Bielskie już prawie bez śniegu :)





W butach oczywiście mokro... Stajemy się więc zdobywcami w skarpetkach :)














Dolina Pięciu Stawów, fragment Liptowskich Murów, z tyłu Grań Hrubego i nieco nieśmiały Krywań :) Po prawej Czarne Ściany.





A co widzimy dokładnie z drugiej strony? No właśnie... :)









I moje ulubione foto z całej wycieczki! Pewien ludź na Kopie nad Krzyżnem :)





No i Krzyżne z nieco innej perspektywy. Z tyłu pięknie widoczny Wierch pod Fajki z charakterystyczną lamą :)


Po posileniu się i poobijaniu nieco na przełęczy okazuje się, że jest nas trochę więcej, niż w chwili przyjścia. Wychodzi na to, że nasza grupa zwiększyła się do... 8 osób!

Żleb pod Krzyżnem może nie wygląda najprzyjaźniej, ale... tam właśnie idziemy :) Czekany w ręce (kto ma :) ) i hop.





Wygląda na to, że jesteśmy tu przewodnikami. Dodatkowy staż zawsze się przyda :)














To, na co wspina się tutaj Wojtek to chyba najdziwniejszy twór, jaki spotkałam zimą na szlaku (nie licząc brokatu w okolicach Rakonia). W każdym bądź razie mamy swojego małego Mnicha :)





I grupa napotyka mały problem. Którędy dalej? :) Na szczęście po chwili rozwiązuje się on sam. Odbijamy w prawo. Słusznie :)











I grupa w prawie całej okazałości. Ktoś przecież musiał robić zdjęcie :)








Buczynowa Dolinka. Miejsce, które podobało mi się już podczas pierwszej wizyty w Dolinie Pięciu Stawów. Z bliska wygląda jeszcze ładniej. I mniemam, że najlepiej z takiej perspektywy prezentuje się w lecie :)





Takie tam ze Świstową Czubą :)








Dolina Roztoki.





Końcowy bardziej stromy fragment. Idę i nie wiedzieć dlaczego przypomina mi się pewna górska prawda "wiele wypadków w górach zdarza się na łatwiejszych fragmentach, pozornie nie stwarzających zagrożenia, kiedy to ludzie po prostu mniej się pilnują...". I chwilę później przekonuję się o słuszności targania czekana :) Na szczęście ze szczęśliwym zakończeniem.





Wielki Staw i Liptowskie Kostury.





Magda i Czarek :)








Trochę płaskiego. Nareszcie... :)





Pięciostawiańskie schronisko. Wspólnie dochodzimy do wniosku, że jakoś go nie lubimy. Jest może i bardzo ładne, ale w środku jakoś atmosfera nie ta... A szkoda :)





W drodze do schroniska i w schronisku z 3 osoby zaczepiają nas z pytaniem "Czy to wy tamtędy schodziliście?" Trochę mnie to zaskakuje i dziwi.





Silimy się w Piątce i idziemy dalej. Meta większości znajduje się niestety w Palenicy :)






Z racji, że godzina jest raczej późna, a towarzystwo chce zdążyć jeszcze na jakiegoś busa, włączam Hemli-pęd. Chyba się przydaje :) Fragment od chatki do Wodogrzmotów zamiast 50 minut łoimy bodajże w 27.







Nas czeka Roztoka. Rankingowe schronisko. Później przekonam się o słuszności tego wyboru przez npm. Póki co największą nagrodą jest dla nas możliwość zrzucenia batohów i zdjęcia chlupiących butów.

Przy nastawianiu budzika wiem, że jutrzejszy poranek nie będzie dla mnie tak łaskawy. Mimo to z uśmiechem i myślą o kolejnym dniu kładę się spać. I wiem, że z uśmiechem też będę wstawać - czy w Tatrach w ogóle można wstawać smutnym? :)



Ciąg dalszy nastąpi ...:)



Link do relacji z poprzedniego dnia - Mniej znane Tatry















Dream a little dream
13.05.2012 :: 11:29 | Link | Komentuj (2)





Stars shining bright above you, night breezes seem to whisper...


















Zakłócone tatrzańskie piękno
16.05.2012 :: 21:09 | Link | Komentuj (2)
Tatry są dla mnie czymś niezwykłym. To nie jest tylko miejsce, w które mogę pojechać, wypełnić wolny czas. Mają dla mnie osobne, osobiste znaczenie, są czymś znacznie więcej. Zamykając oczy potrafię widzieć je pod różnymi postaciami. One też mają swój nastrój. Widzę, kiedy są pogodne, kiedy zamyślone, a kiedy gniewne i ostrzegają...
Pod każdą postacią piękne i niesamowite.

Piszę to wszystko, żeby zwrócić uwagę na jedną istotną kwestię. A mianowicie coś, co nie umniejsza może i majestatowi Tatr. Ale zdecydowanie przekszadza w tym, żeby się nim cieszyć... A mianowicie ludzie.


Dzień trzeci. Pierwszy maja. Wolne. Roztoka o poranku. Budzi mnie cudny śpiew ptaków (kto był w Roztoce wiosną, zapewne wie o czym piszę). Po prostu chce się żyć. Wyglądam za okno - prognozy na dzisiaj były dość sporne. Świeci słońce. Kolejny piękny dzień, idealny do realizacji planów...



Szybkie śniadanie. Wczorajsze "małe piwko" sprawiło, że zapomniałam dać buty do suszarni... Cholera. Czas włożyć mokre, ciężkie buciory. Szkoda, tym razem mogłam się dłużej pocieszyć suchymi. Czeka nas w końcu marsz asfaltówą do Morskiego Oka.


Czarek znowu wykazuje się niesamowitą puntkalnością. Czekamy na niego przy Wodogrzmotach około... 14 sekund :) Widok, który zastajemy nie napawa optymizmem. Dzisiaj będzie tłoczno...


Dołączamy do szeregu kebabów. Asfaltówka zamienia się dzisiaj w prawdziwą autostradę. Co chwilę uciekamy przed samochodami.
Umilamy sobie nieco drogę rozmowamy i śmiechem. Po jakimś czasie wyłaniają się widoki na Mięguszowieckie. Idę tą drogą dopiero drugi raz w życiu - pierwszy raz w tę stronę, jestem więc pozytywnie zaskoczona. Nie wiedziałam, że kebabowska autostrada jest aż tak widokowa :)





Wrażenie zarówno jak za pierwszym razem, za drugim widoki robią spore. Pamiętam, jak wtedy stojąc przed taflą Morskiego Oka zadarłam głowę do góry pomyślałam sobie : Ten Wielki Mięguszowiecki naprawdę jest wielki! :)





Schronisko nad Morskim Okiem. Otoczenie Moka wygląda pięknie w tej wiosenno-zimowej szacie. Do pełnej krasy brakuje mi jedynie roztopionego stawu w pięknej barwie. Ale na to jeszcze niestety nie czas.





A oto widok, do którego przez całą zimę wzdychałam z nizin. Swoją drogą szkoda, że już nie ma tej toprowskiej kamerki... Była baardzo ładna :)

Jest wczesna godzina - wykorzystujemy okazję i postanawiamy się nieco posilić w schronisku. Zamiawiam placki ziemniaczane, które dostaję z ogromną ilością surówki... Jest jej mniej więcej tyle, co zmieści się na łyżeczce :) Dla mnie i tak za dużo - kto do cholery widział surówkę z jabłkiem?! :)

Wystarczy 15 minut obecności w schronisku i mam dość. Pomijając hałaś, skutecznie wnerwia mnie pewna kobieta, która zaczyna się ze mną wykłócać w kolejce... Litości! Chodźmy do góry :)






Uff, wychodzimy. Mijamy po drodze plażowiczów, liczymy kolory klapków i wchodzimy na ceprostradę. Tutaj trochę luźniej. Ale za to niemiłosiernie gorąco.





Czas odetchnąć i zacząć cieszyć się Tatrami. Napawam wzrok widokiem ściany Kazalnicy. Nigdy wcześniej nie przyglądałam się jej z bliska. Podczas mojej poprzedniej wizyty tutaj wstyd się przyznać, ale nie wiedziałam nawet o jej istnieniu :) Wygląda w każdym bądź razie bardzo imponująco.






Oglądanie tego terenu z bliska jest dla mnie czymś całkowicie nowym. Mój wzrok oprócz Mięguszowieckich przyciąga przede wszystkim Mnich, którego dzisiaj możemy obejrzeć z różnych ciekawych perspektyw :)













Walczymy z upałem. Na szczęście ludzi mniej - co nie znaczy, że mało. Myślę, że najgorsze pod tym względem za nami. Nie wiem wtedy, jak bardzo się mylę...






Narciarzy za to jak zwykle nie brakuje :)





Czarny Staw pod Rysami, Niżnie Rysy i Rysy, na których niestety poprzedniego dnia zdarzyła się tragedia.



Na rozejściu szlaków na Wrota Chałubińskiego. Okazuje się, że na szlaku mam dzisiaj jeszcze kogoś znajomego - zagaduje mnie znajoma z DeviantArta. Niesamowity zbieg okoliczności - w każdym bądź razie miło poznać kogoś na szlaku :)


Pierwszy raz w życiu widzę Dolinę za Mnichem. Zawsze byłam ciekawa, jak wygląda. Spod śniegu nie jest dobrze widoczny jej wysokogórski charakter. Całkiem ładnie wygląda Staw Staszica. Ten błękit stawów towarzyszy nam w sumie od pierwszego dnia :)








Hem, hem... :) W stronę "tego świecącego *#($&@" lecą tego dnia niezbyt ładne słowa :) Na szczęście na niebie mamy trochę chmur...








Naszym oczom ukazuje się podejście na Szpiglasową Przełęcz... Pełne ludzi. Zakładamy raki i ruszamy. W międzyczasie jakiś ski-tourowiec spuszcza mały zsuw ze strony Miedzianego. W sumie to wcale nie chcę, ale sama będąc narciarką, ich po prostu nie lubię :)





Podejście jest dość strome. Tym bardziej dziwi mnie więc masa ludzi totalnie bez przygotowania, bez żadnego sprzętu (nawet bez kijów), w adidasach którzy podczas schodzenia łapią się rękoma śniegu... Coś strasznego. Czekam tylko na to, aż ktoś stoczy się w dół i pilnuję, żeby przypadkiem nie pociągnął mnie w dół.


Na Szpiglasowej Przełęczy również dość tłoczno. "Co oni tam robią, mszę odprawiają?" Wojciech jeszcze nie wie, że przypomni sobie dnia dzisiejszego swoje słowa :)




Mamy małą akcję. Wojtek ratuje zsuwającego się starszego pana. Przez ułamek chwili zsuwają się razem prosto na mnie, a ja kombinuję, w którą stronę uciec :) Na szczęście po chwili zatrzymują się. Jedyną szkodą tej akcji jest złamany kij uratowanego. Jak na złość, miał on raki... W przeciwieństwie do sporej większości towarzystwa. Jak widać dobrze sprawdza się powiedzenie, że głupi ma zawsze szczęście.










Szpiglasowa Przełęcz. Krótki postój, zdjęcia. I w górę, jeszcze 62 metry :)
Podejście na Szpiglasowy nieco wnerwia. Na przełęczy ściągnęliśmy raki. Na przemian śnieg z trawkami i kamieniami. Na wierzchołku siadamy na ulubionym miejscu Czarka. Nie jesteśmy tam oczywiście sami.



Małe pamiątkowe zdjęcie na przełęczy :)





Szpiglasowy.








I spojrzenie w dół na przełęcz.





Radość na szczycie. "Hurra! Koniec podejścia :)"




I nasz ostatni Zdobywca :)





S jak szczyt, s jak Szpiglasowy ;)


Szpiglasowy jest rzeczywiście niesamowicie widokowym miejscem. Najładniej prezentuje się Grań Hrubego i Mięguszowieckie. I fajnie jest obejrzeć Miedziane z bliska :)






Wojciech nie potrafi wysiedzieć na miejscu i obchodzi wszystkie okoliczne interesujące skały :)





Widok na Niżni Ciemnosmreczyński Staw, Ciemnosmreczyńską Dolinę, a dalej Dolinę Koprową. I kawałek Grani Hrubego :)








A jednemu Zdobywcy ciągle mało... ;)


I teraz gwóźdź programu. Na Szpiglasowym grupka młodych ludzi postanawia odprawić sobie... mszę. Dla mnie osobiście to tragedia. To zdecydowanie nie miejsce na takie rzeczy. Spożywamy góski obiadek w akompaniamencie religijnych pieśni... I gdzie ten spokój w górach? Gdzie miejsce na wyciszenie? Wcale nie mam ochoty tego słuchać. Ale i tutaj doskonale sprawdza się stwierdzenie "nie zawsze się nie ma tego, czego się nie chce" :)
Na szczęście wersja mszy jest skrócona. Wierni uciszają się, chcę więc jeszcze trochę ponapawać się piękną panoramą ze Szpiglasowego. Jesteśmy znowu skarpetkowymi zdobywcami - jak miło jest ściągnąć na chwilę przesiąknięte wodą buciory!











I pstryk! Moje ulubione foto tego dnia zrobione dzięki jakiejś dziewczynie w fajnej chuście :)


Nie podobają mi się trochę chmury dookoła. Wyglądają nieco podejrzanie. A ja pamiętam o prognozowanych na dzisiaj burzach... Po około godzinnym odpoczynku na Szpiglasie czas w dół, do Piątki. Przy zejściu już nieco luźniej... Napawam się widokami. Do tego towarzyszy nam dzisiaj piękne światło i ciekawe chmury, czyli coś, co Hemli i jej aparacik lubią najbardziej :)








Gładki Wierch, Walentkowy Wierch, a w oddali Czerwone Wierchy.









Nie ma co za szybko schodzić w dół, kiedy dookoła tak pięknie, a schronisko jest na wyciągnięcie ręki. Zanim wciągnie nas znowu gwar pięciostawiańskiego schroniska chcemy posiedzieć jeszcze nieco w ciszy. Urządzamy sobie krótką posiadówkę na kamorach. Podziwiamy Dolinę Pięciu Stawów Polskich w popołudniowym słońcu. Upewniam się w stwierdzeniu, że jest to moja ulubiona polska tatrzańska dolina.
Siedzimy sobie spokojnie do czasu, aż spadają nam na głowy pierwsze krople.
"Będziemy w schronisku za jakieś 20-parę minut." stwierdza Czarek.
"20? Gdzie tam! Spokojnie za 15" - wyrażam swój osąd, który owocuje zakładem. Włączam Hemli-pęd i okazuje się, że w schronisku jesteśmy po 10 minutach :)




Kotelnica.










I znowu Piątka. Chwila na zupkę chińską, których już mamy trochę dość. Czarek wybiera stolik pełen płci pięknej :) Wdajemy się w krótką rozmowę z dziewczynami. Okazuje się, że przyszły dzisiaj do schroniska. Na pytanie o dalsze plany wyglądają na zaskoczone - a to trzeba iść gdzieś dalej? :)




Postanawiamy nieco urozmaicić sobie dzisiejszy dzień i chcemy zobaczyć Siklawę z bliska. Wygląda naprawdę niesamowicie :)






Po wejściu w las docierają do nas pierwsze grzmoty. Cholera! Wyrzucam sobie, że tak długo siedzieliśmy na Szpiglasie. "Pierwszy maja, pierwsza burza" :) Na szczęście poza paroma grzmotami nic więcej się z tego nie rodzi.

Rozłączamy się przy Wodogrzmotach dość zabawnym akcentem... :) Schodzimy do Roztoki. W końcu cisza. Jest to naprawdę pięknie położon schronisko.






Każdy tatrzański dzień niesie dla mnie jakąś nową naukę. W tym dniu też trochę się nauczyłam, a mianowicie - chyba nigdy nie pójdę na Szpiglasowy w pełnym sezonie. Trzeba było jednak wybrać Wrota, które świeciły pustkami... :)

Mam w pamięci piękne widoki z tego dnia. Jednak przy zejściu do schroniska jestem po prostu zmęczona. Nie fizycznie. Zmęczyli mnie po prostu ludzie. Widoki tego dnia były w stanie zrekompensować naprawdę sporo, ale gwar i głupota, jaką dziś obserwowałam sprawia, że z utęsknieniem wracam do dnia poprzedniego. Czas udać się na spoczynek. Jutro niestety z wielkim żalem przyjdzie nam opuścić krainę dwutysięczników :)


... to be continued... ;)



Link do relacji z poprzedniego dnia - Przez przełęcze i żleby...















Farewell
19.05.2012 :: 21:33 | Link | Komentuj (2)
Zastanawiam się czasem, czy bardziej boję się burzy, czy niedźwiedzi. Niezbyt mi to wychodzi. Z uciekaniem zarówno przed jednym, jak i przed drugim bywa różnie...

Czwarty dzień, ostatni. Prognozy pogody trąbią : będzie burza! Nie spieszymy się więc. Dzisiaj nasze plany są typowo dolinkowe. Wpadam poprzedniego dnia na pomysł szybciej wycieczki bez konieczności oglądania masy ludzi.

Rano się nie spieszymy. Kolejny raz poza U2 budzą mnie ptaki. Śpiewają ładniej, niż Bono, który za to ma wyjątkową rację. It's a beautiful day! :) Przed wyjściem spacerujemy nieco po lesie w otoczeniu Roztoki. Jest tak zacisznie i pięknie, że aż nie chce się iść w górę.















W końcu jednak nadchodzi ta chwila. Znowu mokre buty, cholera... Które przeszkadzają w sumie przez pierwsze 15 minut. Potem za to nie trzeba nawet obchodzić strumyków :)


Pół godziny do Palenicy staramy się wyrzucić zaraz z pamięci. Po prostu wiejemy stąd :) Jest chyba więcej ludzi, niż poprzedniego dnia...
Na Łysej Polanie tłoczniej niż na Korfantego w godzinach szczytu... Z wielką przyjemnością skręcamy w prawo na niebieski szlak. Szlak Doliną Białej wody działa na zasadzie kontrastu. Jest w tej części sporo ładniejszy. Mijamy zaledwie paru ludzi (Polaków, oczywiście :) ), z radością patrząc w stronę czasem prześwitującej asfaltówki do Moka. Jak dobrze, że się stamtąd wyrwaliśmy!


o drodze paru turystów ostrzega nas, że szlak powyżej Białowodzkiej Polany jest zamknięty, o czym oczywiście i niestety wiemy. Z tymi czekanami przytroczonymi do plecaków wyglądamy na tyle poważnie? :)

Po dość krótkim czasie docieramy na Polanę. Jest niezwykle widokowa. Można spokojnie usiąść i podziwiać. Chociaż ja oczywiście wolałabym pójść dalej... W swoich niewinnych tatrzańskich planach już szukam dnia, w którym mogłabym to uczynić... legalnie :)









Małą topo-rozkminą żegnamy się więc z Tatrami. Zaczynają nadciągać ciemne chmury - znak, że trzeba się zwijać.








Na Łysej Polanie dopisuje nam szczęście, łapiemy szybko jakiegoś busa. Jest dość zatłoczony, droga kręta, a ja wymachuję moim plecakiem z czekanami na prawo i lewo, hihi... :) Całe szczęście nie wydłubuję nikomu oka :)
Po drodze mamy przyjemność podziwiać jeszcze przepiękny widok na Tatry Bielskie... Z tej perspektywy niesamowicie mi się podobają i wyglądają tak... majestatycznie :)





Długi tatrzański weekend podsumowywujemy w jakiejś zakopiańskiej stołówce. Jak dobrze jest móc zjeść porządny obiad po 3 dniach jechania na zupkach chińskich ;)





I mamy po drodze superfarta :)


Jeszcze tylko herbatka u Czarka z widokiem na Giewont, oglądanie zdjęć (mówiłam, że wywoływanie jest fajne!) i czas na pociąg...






Na odchodne żegnamy Tatry z pociągu... Machamy Żółtej Turni, dziękując jej za przyjęcie. Pięknie wyglądają w różowym świetle zachodzącego słońca. Nie wierzę, że wytrzymam nie widząc ich przez prawie że dwa miesiące. I pewnie się nie mylę :)








Podsumowywując, był to niesamowicie różnorodny tatrzański weekend. Wiem już, jak wygląda wysokogórska wiosna i ile w niej zimy. W głowie pozostają różne obrazy, wspomnienia, które będą tam już zawsze....
Ja po prostu nie potrafię żyć bez gór :)


The end :)
(chociaż nie koniec majowego weekendu... ;) )















Zielono mi
22.05.2012 :: 13:10 | Link | Komentuj (0)
... czyli parę zdjęć z krótkiej wycieczki na Czupel, na którą można sobie pozwolić przy okazji spokojnie wracając z Żywca.




























































Majówka filmowo
23.05.2012 :: 21:25 | Link | Komentuj (3)
... a właściwie jej tatrzańska część w kolejnej "superprodukcji", która staje się już tradycją :)







A tak właśnie stopniowo spełnia się marzenia, czyli krótkie przypomnienia poprzednich tatrzańskich tegorocznych wycieczek :








:)













Na poszukiwanie tatrzańskiej wiosny
31.05.2012 :: 12:59 | Link | Komentuj (2)
Właściwie to kiedy zaczyna się w Tatrach wiosna? I jak ją rozpoznać? Czy poprzez krokusy, rozgrzany kwietniowy śnieg, czy poprzez soczystą zieleń, która pojawia się zdecydowanie później?


W sumie to zaczęło się od zdania "Kaśka, nie wiem czy pamiętasz, ale miałyśmy jechać w maju w Tatry!". Potem nastąpiło zdanie "Hmmm... A co robisz w ostatni weekend maja?:)"

I tak wyszło. Ostatnie dwa tygodnie zaliczeń, wszystko na wariackich papierach, a ja jadę w Tatry, znowu... Wbrew pozorom zdążyłam za nimi zatęsknić, chociaż od majówki nie minęło tak wiele czasu.

Wybór padł na Tatry Zachodnie. W końcu dla Oli miał to byś pierwszy tatrzański wyjazd. Miało się spodobać i pozostawić pozytywne wspomnienia. Czy się udało? Śmiem twierdzić, że tak :)


Miejsce startu - Siwa Polana. Swoją drogą przez całą jazdę z centrum Zakopanego wgapiałam się w Kominiarski, którego widok stamtąd po prostu hipnotyzuje...

Przez Chochołowską jedziemy na rowerach - dla mnie nowość i do tego coś super, co pozwala zaoszczędzić cenny czas.




W schronisku meldujemy się oczywiście przed czasem. Na szczęście Pani z recepcji jest tak miła, że dostajemy do ręki klucz wcześniej. Żartując chwilę przed tym o pokoju na trzecim piętrze widzę, żę dobrze sobie trafiłam. No proszę - znowu mam okazję mieszkać w pokoju numer 302. Zajmuję nawet to samo łóżko, co poprzednio :)

Zostawiamy zbędne klamoty i w górę!





Mnichy Chochołowskie. Na górze jest taaka wyraźna ścieżka. I taak kusi! :)





W związku z tym, że szlak przez Kulawiec w lutym wywarł na mnie raczej średnie wrażenie, wybieramy bez wahania szlak papieski. Trzeba go poza tym wypróbować :) I jak się potem okazuje, nie żałujemy.





To pierwszy tatrzański szlak Oli. Uśmiech na jej twarzy mówi sam za siebie i potwierdza moje doznania - jest przepięknie. Co prawda taki klimat w górach osobiście już znam - te majowe Tatry Zachodnie bardzo przypominają mi zeszłoroczne Niżne Tatry.











A tam idziemy :) Czyli Kończysty, Jarząbczy Wierch i Jakubina.


"Ola, przygotuj się na szok estetyczny!" - ostrzega Czarek :) Tak mniej więcej działają graniówki.





Dla Oli szok estetyczny, dla mnie z kolei topo-rozkmina nieco zakłócona - Słowackie Tatry Wysokie częściowo znajdują się w chmurach.





Od cywilizacji nie uciekniesz ;)





Podejście na Kończysty. Które na szczęście nie jest tak jak w zimie - WyKończyste :)








2002. I to, co z Kończystego podoba się chyba najbardziej - Starorobociański :) Chociaż moim zdaniem ładniejsza jest Zadnia Kopa : 3





Kamienista z żlebem o jakże uroczej nazwie - Babie Nogi :)


Chwilę siedzimy na Kończystej, wiatr jednak mobilizuje do tego, żeby iść dalej i wyżej.





Grań od Kończystej do Jarząbczego jest naprawdę bardzo atrakcyjna. Pojawia się coraz lepszy widok na Słowackie Tatry Zachodnie.





Tego dnia moim zdaniem jest idealna ilość ludzi na szlaku. Nie jest gwarno,ale jest do kogo gębę otworzyć.





Z Zachodnimi gigantami w tle :)





Czyżby wysokość dawała się we znaki? ;))





A tak wygląda uśmiech dziewczyny, która jeszcze jakieś 4 godziny wcześniej mowiła "Tatry nie dla mnie!" :)





Ekipa w komplecie :)





Wołowiec. Za chwile będzie to najczęściej odwiedzana przeze mnie góra w Tatrach (może poza Boczaniem :)). Ale czyż on nie jest piękny? :)





I na Jarząbczym Wierchu, który Ola w przypływie twórczości nazywa... Jarzębowiec! Toż to lepsze od Starobociańskiego :)




I Słowacki akcent :)





A oto właśnie dlaczego nie zaplanowałam tej trasy w odwrotnym kierunku ;)





Zdjęcie na miarę czasów Zaruskiego :) Podchodzimy na Łopatę.








Odcinek Jarząbczy-Wołowiec niesamowicie mi się podoba. Z racji, że zbliżają się ciemne chmury szukamy ewentualnej drogi "ewakuacji" i znajdujemy dwie ścieżki, o których z pewnością warto pamiętać :)





Jamnicki Staw Niżni.





Piękności! Nie dość, że Rohacz Ostry jest niesamowicie urokliwą górą, to jeszcze to swiatło...





Czy jest w Tatrach Zachodnich jakiś piękniejszy szczyt?





I zwieńczenie naszej wycieczki dnia pierwszego - ostatni dwutysięcznik, Wołowiec.





I coraz groźniejsze chmury :)





Wspominałam już kiedyś, że Tatry mnie lubią i zawsze zsyłają jakieś fajne światło? :)








Długo nie bawimy na szczycie. Zimny wiatr tym razem spycha w doliny. Mijamy po drodze jeszcze dwie dziewczyny w krótkich spodenkach - brrr :)








Polana Chochołowska.





Długi Upłaz, Grzegorz i Bobrowiec.





Polacy kontra Słowacy :)





Rakoń.





I okolice Doliny Rohackiej ze znajomym szałasikiem na dole :)





Chyba nie trzeba opisywać :)





I w dół...


Tak kończymy ten dzień. Na następny pogoda niestety nie zapowiada się tak optymistycznie...

Pobudka o rozsądnej porze. Chwila relaksu podczas śniadanka...








Biorę ze sobą nowego towarzysza :) I w drogę.











Ostatnie spojrzenie na Mnichy. "Ja Was jeszcze dopadnę!" :)





Moi Towarzysze :)





Temat przewodni dzisiejszego dnia - potoczki.





Całkiem urocze :)





Szlak na Iwaniacką Przełęcz przez pewien czas nie przypomina terenów TPNu. Mijając dwóch turystów słyszymy od nich "Pospieszcie się trochę, a dogonicie Justynę!". Fajnie by było, ale obawiamy się, że z panią Kowalczyk nie mamy szans :)





Bobrowiec.





I Iwaniacka. Zbierają się nieco ciemniejsze chmury...





A to Ci gratka! Nie zdążyłam zobaczyć krokusów w Chochołowskiej, ale jednak na Iwaniackiej parę się dla mnie uchowało! Jak miło :)





Tomanowa Przełęcz.





Bardzo lubię ten szlak, a konkretniej zejście z Iwaniackiej Przełęczy. Szczególnie w świeżej zieleni wygląda cudnie :)





Kolejny potoczek...





A tak się go fotografuje :)





Dwutysięczniki powoli chowają się w chmurach...






A my skoro się dzisiaj na nie nie wspinamy, wykorzystujemy w tym celu nieco schronisko :)













Kościeliska. Czas pogania, ale jeszcze na trochę nam go starczy...





Wąwóz Kraków. Jak dla mnie totalne zaskoczenie - podejrzewałam, że jest tam pięknie, ale nie wiedziałam, że aż tak!











Drabinka, trochę łańcuchów, Smocza Jama i koniec Wąwozu. A szkoda, bo zamiast skręcać w lewo najchętniej poszłabym dalej... :) Innym razem!












Kto to widział brechtać się do mapy? :)





Saturn i Ratusz.


Po drodze spotykamy niesamowicie sympatyczną Panią Przewodniczkę, która paroma słowami sprawia, że jakoś przybywa wiary w powodzenie niektórych planów... :)





Takim deszczowym akcentem żegna się z nami Kościeliska i Tatry. Żal wyjeżdżać, ale jest to powód, żeby przyjechać znowu, już wkrótce. I to tym razem na znacznie dłużej :)


Wycieczkę kończymy z uśmiechami na twarzach. Rodzi się podczas niej tyle planów, że ciężko mi się skupić na sesji egzaminacyjnej... Ale trzeba będzie! :)















Czas na wspinaczkę!
04.06.2012 :: 20:12 | Link | Komentuj (4)
... czyli parę zdjęć z majowego wypadu do Doliny Kobylańskiej, kiedy to Hemli i Wojtuś postanowili się nieco powspinać... :)

Zaczęło się od przeglądu sprzętu w domu i w moim przypadku przyswojenia paru węzłów... :)











Jak tylko poprawia się pogoda wyruszamy na wschód, gdzie wlekącym się PKP docieramy do Zabierzowa. Stamtąd dzięki uprzejmości MPK Kraków i farcikowi zaliczamy darmową jazdę do Kobylanów :)





Batohy potwornie ciężkie. Jak dobrze, że po płaskim! :)




Żabi Koń. Ładny, chociaż jednak pod względem urody nie umywa się do tatrzańskiego imiennika... :)





Rozkładamy się w cieniu Lotników ;)




i... zaznajamiamy z Błotnistym Kominkiem :)










Skutki bliższego kontaktu ze skałą ;)





Urocze popołudnie :)




































... na pożegnanie moje "ulubione" piwko i kobylańskie pierożki, na które zapewne wrócimy... już niebawem :)




Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu