Napój bogów!
01.01.2011 :: 21:19 | Link | Komentuj (0)
Kawa! Kto nie lubi kawy?

Mi osobiście najbardziej smakuje w wolny od jakichkolwiek zajęć dzień, kiedy wstając o 10 mogę sobie ją wypić na czczo. Oczywiście odpowiednio "doprawioną". Bez żartów, polecam przyprawę do grzańca ;))










Powiadają, że prawdziwa kawa musi być czarna. Prawdziwa, być może, ale smaczna absolutnie nie. Smaczna staje dopiero z masą śmietanki/mleka i innych dodatków ;)



:)















Czekoladowość i bananowość
04.01.2011 :: 18:20 | Link | Komentuj (2)
Sposób na niedzielną nudę i najczęściej występujące w tenże dzień zjawisko, a mianowicie głód czekoladowy?

Ciasto! Na szczęście ( moje ) w niedzielę da się kupić coś sensownego. A co więcej, mając składniki można sprawdzić kolejny przepis.

Tym razem było to ciasto czekoladowo-bananowe.

Przepisu podawać nie będę, bo nie mój. Pochwalę się za to, że wyszło wyśmienicie i na pewno jeszcze do niego powrócę :)

A oto parę zdjęć :

















Tamtego dnia opatentowałam również "naleśniki na ostro", które są wyjątkowo moim przepisem, ale wymyślanym na poczekaniu i wymagają poprawek - po pierwsze, większej ilości składników ;))



Poza tym, semestr się kończy. W końcu widać koniec, pierwsze wrażenie, że jest to do przejścia. Osobiście jestem pozytywnie zaskoczona, ale to jeszcze nie koniec. Czekają mnie dwa tygodnie, w których na pewno nie będę próżnować ;))

Mam nadzieję, że upragnioną nagrodą, jak to wszystko się skończy będzie w końcu piesza wyprawa w góry :)

Tymczasem czas na "Strefę cyrkową", która niezbyt mi się podoba, ale niestety mam niewiele do gadania.
Na shledanou ;)














Co takiego?
07.01.2011 :: 22:27 | Link | Komentuj (0)
Nie mam nowych zdjęć. Nie mam czasu.
W życiu każdego studenta nadchodzi taki czas, kiedy swoje życie podporządkowuje jednemu zdarzeniu, które zwie się SESJA. Ja na ten czas na szczęście będę musiała jeszcze trochę poczekać. Za to poznałam już gorzki smak wydarzenia, które zwie się ZALICZENIE.

Żadna biblioteka, ani też księgarnia nie spełnia moich oczekiwań, poprzez ja nie mogę spełnić mojego obowiązku. W zamian oferuje mi baardzo ciekawe pozycje, które z racji mojego miejsca na drabinie społecznej nie mogę sobie pozwolić, chociaż tak bardzo bym chciała. Pozostaje mi wystawać z obiektami marzeń w rękach, spisywać tytuły i mieć nadzieję, że w jakiś sposób uda mi się je dostać w bibliotece.

Podczas dzisiejszego pobytu w większym mieście wymyśliłam za to nowy sposób urozmaicenia sobie szarej codzienności. Ile ulotkowiczów codziennie ignorujemy? Nie chcemy makulatury? A gdyby tak odmawiać każdej ulotki w innym języku? ;) Ja na wstępie mam 5 opcji, a jeśli trzeba, będzie ich i więcej.

Mój umysł zanotował najwyższy wzrost zainteresowania kwestią "wszędzie, byle nie tutaj, wszędzie, byle na północ". W sumie, to szkoda, że nie jestem obrzydliwie bogata. Bardzo chciałabym zobaczyć noc polarną i zobaczyć, jak to jest w Nyksund zimą ( a przy okazji - w ogóle ) i usłyszeć szwedzki akcent na żywo. Niestety, będę musiała na to jeszcze poczekać. Ale tylko troszkę!


Tymczasem, powrót na ziemię i gwóźdź dzisiejszego programu - językoznawstwo!


God natt!














Mała Fatra - podejście drugie!
06.02.2011 :: 23:27 | Link | Komentuj (0)
Zaledwie pół roku temu odwiedziliśmy Małą Fatrę po raz pierwszy. Niestety, zła pogoda przegnała nas stamtąd dość szybko. Lecz przez te parę dni miejsce to zdążyło zapaść się w pamięć tak dotkliwie, że postanowiłam wrócić tam jak najszybciej. Mogę z czystym sumieniem nawet powiedzieć, że ukradło fragment mojego serca :) Co się dziwić, skoro jest tam tak pięknie? :)

Pobudka o 4 rano. Pociąg o 5. Zapakowani w kurtki marzniemy i podsypiamy. Naiwna, dałam nam pół godziny na przejście ze Zwardonia do Skalite Serafinov. Zapomniałam niestety, że jest zima, która w końcu od ponad 2 miesięcy co rano zaskakuje PKP. Zima to w końcu bardzo szokująca rzecz. W międzyczasie zdążyło wstać słońce, poprawiając nam humory. Może tym razem z pogodą się uda! Na szczęście, i tak cudem spóźnienie wyniosło tylko 15 minut. Zgodnie z planem, o 7.38 siedzieliśmy już wygodnie w pociągu co Czadcy :)

Szybka przesiadka i dalej zmierzamy do Żiliny. Po drodze niestety rozpętało się coś w rodzaju małej śnieżnej zamieci. Znowu z pogody nici? Nie przesądzaliśmy od początku. Trochę czekania na Żilińskim dworcu i wsiadamy do autobusu do Terchovej. Godzina jazdy, podczas której pokazuje nam się słońce, początkowo niestety za mgłą. Wysiadamy w Terchovej i okazuje się, że to całkiem nie ten przystanek o którym myśleliśmy. Czeka nas więc o wiele dłuższy spacer do Stefanovej, niż oczekiwaliśmy. Niezbyt nam się to uśmiechało. Bo kto lubi spacerować asfaltem z ciężkimi worami? A tu farcik! Autobus do Stefanovej, na który nie chciało nam się czekać w Żilinie. Na jedno wyszło - najważniejsze, że byliśmy w Stefanovej. Zostawiliśmy chmury w oddali i naszym oczom ukazał się doniosły Wielki Rozsutec :) Z dawką pozytywnej energii mogliśmy więc pruć pod górę, do Chaty.



Urocza Stefanova.






Koniec widoków, wchodzimy w las...




Pamiętaliśmy tą drogę z poprzedniej wyprawy. Lecz wtedy mieliśmy okazję nią schodzić, a nie wychodzić. Wychodzenie jest... o wiele gorsze. Wybraliśmy w naszym mniemaniu mniejsze zło, wybierając drogę ze Stefanovej, a nie ze Starego dworu.

Po jakimś czasie dość stromego podejścia ukazał nam się w końcu piękny widok na Rozsutec i Stoh. Niebo bez chmurki!






Stoh.


Po godzinie docieramy do Chaty. Jak miło jest nam podziwiać widoki w słońcu! W ambitnych planach mieliśmy wyjść jeszcze tego dnia na Południowy Gruń. Wybieramy za to bardziej rozrywkowe zakończenie tego dnia - zjazd na dupolotach! W końcu po coś przytaszczyliśmy je ze sobą :>



Widok z okna na wyciąg. Wiele razy podczas tej wyprawy będziemy żałować, że nie mamy nart.





Okolice Chaty i Południowy Gruń.










I ja :)







Chata na Gruni ze Stohem w tle.





Ja w towarzystwie Rozsutca :)








Charakterystyczne skały, zachód słońca znad stoku :)





W przyszłym roku obowiązkowo wracamy na Fatrę, na narty. Co prawda nie mieliśmy tym razem nart na nogach, ale zapewniamy - tam warto jechać.





Czerwony o zachodzie słońca Rozsutec :)


Skoro stoki już puste... Czas na dobrą zabawę :D




Tak kończymy nasz pierwszy dzień. Jeszcze tylko Złoty Bażant, skoro już jesteśmy na Słowacji i spać.



Pobudka o 7. Legalnie dodajemy 10 minut drzemki i nielegalnie ja dodaję jeszcze 5. Przez przymknięte oczy widzę Wielki Krywań w porannym, pomarańczowo-różowym słońcu. W końcu zwlekamy się z łóżek, przygotowujemy prowiant i w drogę!





Na początek podejście na Południowy Gruń. Jak dobrze, że na Słowacji dbają o stoki! Po wyratrakowanym śniegu dobrze się idzie. Mimo wszystko, podejście jest dość męczące. Ta góra aż prosi się o wytyczenie jakiegoś nowego, przyjemniejszego szlaku. Stok narciarski szybko się kończy i zaczyna się cięższa część trasy. Wtedy po raz pierwszy odczuwamy brak raków. Nie przyszło nam zbytnio do głowy, że będą potrzebne.
















Pan, który wychodzi później niż my i w pięknym stylu nas przegania. Z tym, że on idzie tylko do końca wyciągu. Gdy na jego pytanie, czy idziemy na samą górę odpowiadamy tak, chwyta się za głowę ;))









Na dole nie mają pięknych widoków, tylko chmury ;)






Terchova w chmurach.





Wielki Krywań. Nasz dzisiejszy cel.





Dwa Rozsutce. Wielki zdecydowanie przytłacza mały ;))







Mały Rozsutec.



Im wyżej, tym piękniejsze widoki. W dole półprzezroczyste mgły, a dalej - morze chmur i tylko wyłaniające się z niego szczyty. Od słupka do słupka, aż w końcu osiągamy pierwszy zaplanowany na ten dzień szczyt - Południowy Gruń zdobywamy o 9.45. O tym, że podejście jest modręgą może przekonać oprócz nachylenia pokazananego na zdjęciach fakt, że w godzinę i 15 minut osiągamy około 500 m przewyższenia.

Na górze czekają na nas piękne widoki. Dokładnie takie, jakie sobie wymarzyłam! Fatra rekompensuje nam letnie podejścia w chmurach.










Idealny zrealizowany przez Artura mój pomysł - szczyt odbity w okularach :)






Fotografuję bez opamiętania, jakoby ten widok miał za chwilę zniknąć.


Nie czas jednak na odpoczynek, trzeba wyruszać dalej w drogę!

Na pierwszym podejściu próbuję złapać zająca. Znowu brak raków! Z racji, że świeżych opadów śniegu nie było już dawno, lodu jest dosć sporo.



Wędrówka granią bardzo mi się podoba. Cisza, spokój, widoki, dużo przestrzeni. Jesteśmy sami na szlaku.













Już wtedy planuję przysiąść w domu z porządną mapą Słowacji i posprawdzać, co też dokładnie widzieliśmy.





Rozsutec, który powoli się chowa.




Stoh. Góra o niepowtarzalnym kształcie, tym razem szczególnie zdobyła moje serce :)





Strome, oblodzone zbocza.












Jedno z moich ulubionych zdjęć z tej wyprawy.


Widoki, widoki, niestety towarzyszący nam wiatr wzmaga się z każdym metrem. W rezultacie, obawiam się puścić kij trekkingowy z obawą, że odleci.



















W końcu zdobywamy Hromove. Droga na Chleb widoczna jak na dłoni, ale niestety wiatr coraz gorszy! Podczas schodzenia z Hromovego postanawiamy zawrócić. Niestety, Mała Fatra po raz kolejny pokazała charakterek! Wiatr jest tak silny, że podczas ponownego podejścia na Hromovy trzymam się rękami podłoża, żeby wietrzysko nie zrzuciło mne z grani. Nie zawracamy jednak z żalem. Zobaczyliśmy to, co chcieliśmy zobaczyć ( a nawet i więcej ), a za to mamy tutaj po co wrócić znowu :) Obiecuję, że wrócę na pewno! ;))




A to dowód na to, że naprawdę wiało. Gdzie tak naprawdę zaczyna się nawis śnieżny, a gdzie kończy grań?





Podczas odwrotu spotykamy pierwszego i zarazem ostatniego turystę na szlaku tego dnia.





Pięknie widoczne Tatry.








Przebyta przez nas droga.












Dochodzimy do Południowego Grunia. Mam wrażenie, że chmury, które wcześniej były daleko w dole, podnoszą się. Jak się później okaże, wrażenie było prawdziwe.

Podczas schodzenia z Południowego Grunia, wpada nam do głowy pewien pomysł... Po co męczyć się, schodzić i ślizgać tym stromym szlakiem? Postanawiamy przemierzyć go na butach i naszych czterech literach! ;)) W ten sposób pobijamy rekord zejścia z P.G. i jesteśmy w dole za 20 minut! Niżej, zdziwione spojrzenia narciarzy jeszcze bardziej poprawiają nam humor.

Po południu znowu wychodzimy na zewnątrz. Za ten czas niebo zdążyło całkowicie zajść chmurami. A skoro tak to... czas na zabawę ;))












Południowy Gruń w chmurach.





W ramach sympatii dla Słowacji :))


Ostatniego dnia już niestety wyjazd. Z ciężkim sercem, bo najchętniej spędziłabym na Słowacji całe przysługujące mi wolne. Ale za to wracamy z satysfakcją i kartą pełną pięknych zdjęć.
Fatra żegna nas dość silnym wiatrem. Znajdujemy za to całkiem miłą alternatywę dla obu poprzednio nam znanych zejść z Chaty. Wybieramy tym razem szlak żółty, który wiedzie do Vratnej. Idzie się bardzo przyjemnie i po pół godziny jesteśmy na dole i czekamy już na autobus, który zawiezie nas do Żiliny.





Tak kończy się zimowa Słowacka przygoda :) Pomimo, że jestem już w Polsce, jest paskudna pogoda, dla mnie cały czas świeci słońce i przed oczyma mam granatowe szczyty gór skąpane w chmurach, do tego w dalszym ciągu pomimo pełnej lodówki wcinam pasztet... Czyżby to miejsce uzależniało aż tak? ;))



















Swojsko, a fajnie!
10.02.2011 :: 13:01 | Link | Komentuj (0)
Nie cierpię wiosny. A jeśli wiosna przychodzi początkiem lutego... Nie cierpię jej podwójnie. Jeśli ukochanej zimowej pory roku nie widzę za oknem, postanawiam jej więc szukać gdzie indziej... A skoro już tak, to gdzie mam ją znaleźć, jak nie w górach?

Niskobudżetowa wycieczka i blisko, bo dlaczego nie, skoro mamy to szczęście i góry są blisko?

Zaczynamy z Przełęczy Salmopolskiej. Niestety, jesteśmy spóźnione o pół godziny. Słońce, które przywitało nas rano, powoli gubi się w chmurach. Ale mi to nie przeszkadza. W ostatnim czasie dostałam nawet nadmiar słońca w górach ;)

Początkowo pochodzimy dość schodzoną drogą. A przez to śliską. Przeklinam moje buty, które jak już wcześniej zauważyłam, nie są stworzone do chodzenia po lodzie. Dość szybko jednak docieramy do ścieżki, która jest przyjemniejsza i pozwala nam podziwiać pierwsze widoki.






Widoczek na tajemnicze pasmo. Cóż to za jedne? Jeśli w końcu sprawię sobie porządną mapę gór naszych sąsiadów, to się dowiem.




Ścieżka.





W oddali czai się Dziadek. Tak naprawdę to czeski Pradziad, ale takie "jmeno" nadała mu mama ;) Więc się przyjęło.





W okolicach jaskini.




Zachmurzone niebo nie ogranicza póki co widoczności. Pogoda jest bardzo przyjemna, tylko znowu zaczyna męczyć wiatr.





Po ponad godzince jesteśmy na szczycie Malinowskiej Skały. Nie chce nam się szukać skałki, wolimy podczas posilania się oglądać piękne widoki na Babią Górę i na Tatry.












Biedak ma trochę kłopotów z ostrzeniem, ale najważniejsze, że jest dzielny i działa ;) Bez zdjęciowej pamiątki wspomnienia nie byłyby takie fajne :)

Po dość niewygodnym siedzeniu na pniu wyruszamy dalej. Nie było gdzie usiąść, pomimo, że śnieg jest twardy i nie zapada się podczas chodzenia po wydeptanym ( gdzieniegdzie widać tylko głębokie ślady, w których wyraźnie ktoś wpadł ;)) ), nie ma gdzie siedzieć.

Pogoda zaczyna się psuć, wiatr przygania ciemne chmury. Ale my się ich nie boimy, bo co mogą nam zrobić? ;)





Kolejne ponad pół godzinki i nasz kolejny cel tego dnia - Zielony Kopiec. Góra, na której więcej drzew jest uschniętych, niż zdrowych.





Zachodzimy trochę dalej i postanawiamy zawrócić. Na dzień dzisiejszy czujemy się dotlenione :)





Zdjęcie z cyklu ja i góry :)





Widok z Zielonego Kopca.




Dochodzimy do rozwidlenia szlaków. Tym razem wyruszamy na skróty, omijając już raz zdobytą Malinowską Skałkę. Spojrzenie w tył na drogę na Zielony Kopiec ;)



Skrzyczne.


Około 13.30 wycieczka dobiega końca, jesteśmy z powrotem na Białym Krzyżu. Zadowolone, bo pomimo nieprzyjemnej aury przedwczesnej wiosny udało nam się znaleźć zimowe klimaty w górach ;)

Oby jeszcze dosypało!
















Hej, hej!
26.02.2011 :: 22:36 | Link | Komentuj (0)
Hej, hej :)

Mija kolejny tydzień bez mojej obecności tutaj. I to wcale nieprawda, że ja nie mam co dodawać. Ja po prostu jestem zbyt leniwa, żeby się za to wziąć :)

Na dzisiaj więc krótkie przypomnienie o moim istnieniu i krótka zapowiedź, chociażby dla samej siebie, odnośnie tego z czym zalegam.

Łapiąc ostatnie ( stwierdzam to z ciężkim sercem ) oznaki zimy poniekąd nie próżnuję. Jako godne zakończenie bardzo długich w tym roku ferii wybrałam Beskid Żywiecki, który pozwolił nacieszyć się czapami śniegu na choinkach, czyli czymś, co tak bardzo lubię. Zdjęciami oczywiście się podzielę, dzielny Biedak cały czas się trzyma i pomimo trudności stara się jak może i ostrzy :)

Wczoraj za to coś, czego niestety tak mało było w tym roku - narty! Zdjęcia też są, aura była ciekawa, tym razem pomocą posłużył telefon. Na nie też przyjdzie pora, osobiście nie miałam okazji ich oglądać na wyświetlaczu większym niż 2 calowy.

Poza tym, co warte odnotowania, Biedak znalazł swojego zastępcę. Bowiem właśnie dziś zostałam szczęśliwą właścicielką kolejnego Canona :) I powtarzając moje słowa z podczas zakupu, mam nadzieję, że będzie się spisywał równie dobrze i bezusterkowo, jak jego starszy krewny :)

Na zakończenie dość przyjemny akcent muzyczny :
Creed-Away in silence


Dobrej nocy!












Indeed.
06.03.2011 :: 00:00 | Link | Komentuj (0)






:) Let's do this!


Na moje górskie relacje przyjdzie Wam jeszcze poczekać. Obecnie moja głowa zaprzątnięta jest czymś innym. Czym w odpowiednim czasie również nie omieszkam się pochwalić :)


Na shledanou!












Into the void
10.03.2011 :: 17:45 | Link | Komentuj (0)
Te dane od serca cieszą najbardziej zarówno oko jak i duszę... :)

















:)















Lutowe zaległości!
19.03.2011 :: 16:46 | Link | Komentuj (1)
Skoro marzec ma się ku końcowi, a zamiast cieplutkiej wiosny na zewnątrz zalega obrzydliwa wodna ciapa ( śniegiem tego nie nazywajmy ), to czas w końcu dodać tutaj zdjęcia, które czekają w kolejce od ponad miesiąca.

Opis wycieczki już dawno wyleciał mi z głowy. Pamiętam za to doskonale, jak ciężko było mi się zwlec z łóżka o 4, z dodatkową myślą, że na następny dzień czeka mnie brutalna rzeczywistość i pierwsze zajęcia nowego semestru :) Ale oczywiście - warto było się "poświęcić" ;)

A więc : Milówka - paskudny zielony szlak z całą chmarą psów - Hala Boracza z całkiem dobrą pomidorówką i podobno dobrymi jagodziankami, następnym razem spróbuję ;) - szlak homo nie wiadomo, który na szczęście przeszedł w upragniony szlak czarny - Hala Redykalna - prawie Redykalny Wierch - żołty, całkiem przyjemny szlak, który w rezultacie też się później zgubił - witamy w Beskidzie Żywieckim! ;) - Rajcza.


A teraz trochę zdjęć :




Zaczynam od Hali Boraczej. Jakimś cudem asfalt mnie nie zachwycił i wcześniejszych zdjęć nie ma :)


















Chociaż na wysokości 1000 metrów utrzymuje się normalna jak na połowę lutego zimowa aura ;)






Piękny widok na Małą Fatrę :)






Wyruszamy na Redykalny Wierch. Niestety wizja jutrzejszych zajęć jest wyraźniejsza i musimy zawrócić. Ale - jeszcze tam wrócimy ;)




I ja chciałam mieć zdjęcie z Fatrą ;)







A na koniec Taterki. Schodzimy do Rajczy, a często zjeżdżamy na tyłkach po lodowych drogach. Czego zakosztowaliśmy na Fatrze, trzyma się nas kurczowo :P

Potem tylko zatłoczony pociąg pełen "kompetentnych" turystów i koniec jednodniowej przygody :)














Let's skiing!
22.03.2011 :: 16:36 | Link | Komentuj (0)
Kolejne wspominki. Tym razem czas na góry w nieco innym ,,zastosowaniu'', a mianowicie narty ;)

Tegoroczna zima, a raczej jest deficyt nie był przychylny w tym sezonie dla narciarzy... Toteż najzwyczajniej niestety nie wyjeździłam się. W przyszłym roku niestety nie będziemy już polegać głownie na polskich górach... Ale to w przyszłym roku. Tymczasem parę zdjęć z lutowych nart w Szczyrku oczywiście ;)



Widok na trasę czerwoną, Suche.




Wzbijamy się wyżej, Hala Skrzyczeńska.




I Małe Skrzyczne. Z GATem wyżej nie wyjedziemy :)





Suche.




Czerwona trasa z Hali Skrzyczeńskiej do Suchego,a nawet i do Soliska.




I na zwieńczenie dnia - Golgota :) Widoczność jak widać niemalże żadna, ale warunki na szczęście były dobre ;)

A więc... Byle do następnego sezonu!














...
27.03.2011 :: 23:06 | Link | Komentuj (1)



Ciałem tu, a duszą daleko stąd... Dlaczego ja tak bardzo nie lubię poniedziałków? :)















Fidusz :)
03.04.2011 :: 13:21 | Link | Komentuj (0)
Fideusz bardzo cieszy się z kwietniowego słońca :) Nawet zechciał spojrzeć w obiektyw ;)


















Barania... znaczy się Malinowska.
05.04.2011 :: 22:07 | Link | Komentuj (0)
Ambitne plany. Niedzielny poranek, ciężka pobudka. Na zewnątrz egipskie ciemności, a trzeba wstać. Jak to kiedyś pisał Piotrowski :

Nim nastał świt, obudziła nas ze snu wichura. Głosny łopot płacht namiotiwych nie dawał zasnąć. Budzące się leniwie myśli nie były zbyt optymistyczne. O szarym świcie cały świat widzi się w czarnych barwach. Jeszcze chce się spać, jeszcze głowa ciąży, a tu kiełkuje nieśmiała myśl, że trzeba będzie wstać. Na dworze szaleje wichura, jest zimno i źle. Jest też okropna ściana pokryta lodem, stroma, niedostępna. Jeszcze wtulić się głębiej w kurtkę puchową, mocniej zacisnąć powieki, jeszcze ukraść kilka minut drzemki. W te nadranne chwile ulatuje z człowieka cały zapał i entuzjazm wieczorny. Ginie gdzieś dzielność i energia. Wyolbrzymiają się trudności drogi. Na myśl o opuszczeniu przytulnego namiotu wyobraźnia podpowiada dantejskie sceny rozgrywające się na zewnątrz. Spać, tylko spać! Oszukać - kogo? Żeby tylko ktoś się nie zerwał i nie ukradł brutalnym krzykiem ostatnich minut pół jawy, pół snu. Że w blasku dnia będą wyrzuty i strofowanie się, przeklinanie własnej słabości charakteru - w tej chwili to nieważne, liczy się tylko sen!

Ordynarny wrzask - WSTAWAĆ!!! To w sąsiednim namiocie Andrzej. Żeby się zapadł pod ziemię! Harcerz! Przecież jest dopiero - spojrzałem na zegarek - o, do licha! - już piąta!


A więc nasz ambitny plan zakładał dojście z Soliska na Baranią Górę, a następnie może przez Skrzyczne. Pogoda miała być ładna, końcówka zimy, którą trzeba wykorzystać.

A więc, łapiemy autobus do Szczyrku w Bielsku. Już na dworcu zły znak - zaczyna się wiatr. Ale nic nie przesądzamy, automat z kawą tym razem nie opowiada kawałów, milczy, a my wsiadamy do autobusu. Po drodze w porannym słońcu widzimy Babią Górę w całej okazałości i uchachani myślimy, że teraz to już widoczność będzie na pewno super. Taak?

Docieramy na Solisko, pod Golgotę. Narciarze wykorzystują ostatnie dni sezonu, jest ich dość sporo. Wchodzimy na zielony szlak, który ma nas poprowadzić w kierunku Malinowskiej Skały.





Lodospad Khumbu :P






Po raz pierwszy gubimy szlak. Aż dziwne, w końcu to Beskid Śląski?



Humory za to dopisują :)




Brunatno, brzydko, ale nam się i tak podoba :)





Wiatr coraz bardziej daje się nam we znaki. Chociaż w sumie biorąc pod uwagę częstotliwość jego występowania podczas naszych wycieczek powinniśmy być już przyzwyczajeni ;) Jakimś cudem jednak tak nie jest i kolejny raz szlag mnie trafia, kiedy zmuszona jestem połykać i wciągać nosem swoje włosy. To jedna z nielicznych chwil w których naprawdę żałuję, że są długie....







Lodospady? Gdzie tam! To po prostu GAT, który z całych sił próbuje nadrobić sezon, który tym razem nie wyszedł przez zimę, a raczej jej brak... Co za pech, kiedy w końcu coś się ruszyło, efekt cieplarniany dał o sobie znać :)





Wiatr, twardy, ślizgający się śnieg, jeszcze raz wiatr... Pierwszy raz dochodzi do nas myśl, że chyba ciężko będzie wyrobić się z planem, który przygotowaliśmy na dziś... ;) Zakładamy Baranią Górę i odwrót.





Nawet po minach można wywnioskować, że ten dzisiejszy zapał... Jakoś mało górski :)





Akurat w tym czasie kiedy wchodzimy na czerwony szlak na Malinowską, pogoda postanawia się popsuć. Nadciągają chmurki, które co prawda nie zwiastują nic złego, ale za to porządnie zasłaniają nam widok. Możemy nacieszyć się widokiem Czantorii i Stożka, ale wiadomo, chciałoby się więcej. Niestety - nie dziś.




Brudny śnieg, wiatr. Zamiast skręcić w prawo, postanawiamy iść jednak... prosto. Wszechobecny wiatr odbiera nam chęci na walczenie z nim i postanawiamy nieco skrócić sobie drogę. Wychodzimy na Malinowską Skałkę.

Po drodze w ramach rozluźnienia ( nie trzeba pilnować czasu, huraa! ) parę luźnych zdjęć :)





No i skałki Malinowskiej skały :





Nie grzejemy tam długo, wychodzimy z lasu i wchodzimy na szlak, który Artur ocenia na 'jak po wojnie', o ile w lecie/na jesień wygląda znośnie, to w zimie przy wisielczym wietrze jest po prostu troszkę... przygnębiający ;)








Skrzyczne. Tam podobno mamy dojść. Czyżby po raz pierwszy w tym roku? Biorąc pod uwagę mnogość naszych wyjść na TĘ górę, wydaje się to niemożliwe ;)







Babia Góra z uroczą śnieżną czapeczką :)





Wzdychamy spoglądając za siebie w kierunku naszych nieosiągniętych celów. - Następnym razem. Jak nie będzie takiego perfidnego śliskiego śniegu. I wiatru!





Ostatnie warte uwagi zdjęcie z tej wyprawy i szlus. A jak się zakończyła to nie powiem. Może dopiero wtedy, kiedy przejdziemy ją ''all over again'' :)


Ahoj :)












Z górek zdjęć parę...
09.04.2011 :: 14:16 | Link | Komentuj (1)
Gdy za oknem parasole latają, z głośników humor poprawia dobry folk metal, do szczęścia brakuje tylko jednego... Górskich widoków :)

Z racji, że za kopczykami tęskni mi się, postanowiłam odkopać parę ciekawych, pominiętych zdjęć. A, że lubię się dzielić tym, co fajne, umieszczam je tutaj :)



Tutaj na letnio. W drodze na Chrobaczą Łąkę.




A tak, żeby nie było po kolei ;) Z Babiej Góry, w wiosennej nieco kapryśnej pogodzie.




Piękne jesienne kolory pokazują się na Hali Miziowej. Do tego groźne niebo, z którego na szczęście nic się nie wykluło.




Widok z Zielonego Kopca. Zimowy i wietrzny, ale urokliwy :)



Mam nadzieję, że następne zdjęcia przywiozę już jutro. Na shledanou ;)














Celkem dobrý den.
13.04.2011 :: 20:58 | Link | Komentuj (2)
Ahoj! Jak se dnes máte?
Poprawka. Nie będę pisać po czesku. Po pierwsze jeszcze nie umiem, a po drugie nasza niedzielka wyprawa była jednak bardziej polska, niż czeska ;) Więc pozwolę sobie jedynie na czeskie akcenty.

A więc tak : chociażby waliło gradem, piorunami, rozstrzaskało się 10 rządowych samolotów, z Rosji przywędrowałaby mgła, a drogę zagrodził nam krzyż, nie było bata - niedzielę mieliśmy spędzić w górach.
W rezultacie, ze wszelkich kataklizmów objawił nam się wiatr. Był nawet znośny, lecz ja szczerze powoli zapominam, że istnieje coś takiego, jak wycieczka w góry bez włosów w buzi i zimnego powietrza, które wciska się pod kurtkę. Kto wie, może los będzie jeszcze na tyle łaskaw mi przypomnieć za jakiś czas. Może.

Przebieg trasy miał wyglądać ( i dzięki Bogu wyglądał ) następująco : Wisła Dziechcinka ( wtf? ) - Mały Stożek - Soszów - Wielka Czantoria - Ustroń Polana.

Ot, taka trasa. Dla rozgrzania zastałych kości.

Budząc się rano, przez oko, które wcześniej zdążyło się odkleić zobaczyłam promyk słońca. A to już wystarczyło, żeby odkleiło się drugie oko. I tak jakoś udało się wstać.

Coś koło 9 meldujemy się w Dziechcince. Nawet nie zdążyłam wysiąść z pociągu, a już szczerzy się do mnie jakiś pies. Tak na wszelki wypadek, żebym nie zapomniała o tym, że te bestie chodzą bez smyczy i wyjątkowo lubią robić to w pobliżu mnie... Cóż.



Wisła śpi. A my pniemy się powoli w górę i cieszymy się jak zwykle pustym szlakiem i troszkę walczymy z wiatrem.




Początkowo przyświeca nam słońce, jest ciepło i przyjemnie. Optymalna temperatura ;)









Wielki Stożek. Pana tym razem omijamy.





Robimy mały 'myk', sprytnie omijamy Mały Stożek i wychodzimy wprost na Główny Szlak Beskidzki. Te tereny już znamy, mały postój, dostrzegamy majaczące gdzieś na horyzoncie Tatry.







Pierwsze czeskie znaczki :)



Quo vadis?





Kde se díváš?





Wolelibyśmy co prawda szacowany czas przejścia, ale nie można mieć wszystkiego...





Docieramy do schroniska na Soszowie. Posilamy się magicznym złotym napojem i wyruszamy w drogę, która od razu staje się atrakcyjniejsza... ;)





Nagle znikąd zaczynają się pojawiać turyści. Akurat wtedy, kiedy my życzylibyśmy sobie, żeby ich jednak nie było... ;)




A to Ci wesoły lasek...





Katařina je veselá, ale taky moc unavená. Hora je vysoká, a pivo není docela dobré pro horské proházky ;)


Naszemu stosunkowo nowemu towarzyszowi górskich wędrówek też się podoba :)



I nawet drzewo się na nas wypięło...





Ostatnie metry.... I jesteśmy na szczycie.





Ze szczytu pozdrawia mnie tradycyjnie Rozsutec :) Z wieży widokowej nici. Dzisiejsza wyprawa jest całkowicie niskobudżetowa.

Schodzimy w dół. Kolejka nie działa, czemu zawdzięczamy brak tłumów. Schodzimy stokiem i cieszymy się ostatnim śnieżnym zejściem w tym sezonie :)








Ustroń.





Urocze kwiatuszki :)


Jeszcze tylko dwie godziny kiblowania na "dworcu" i jedziemy ciepłym pociągiem do domu. Następnym razem zamawiamy góry bez wiatru :)














Czuplowanie.
19.04.2011 :: 21:08 | Link | Komentuj (1)
Koniec tygodnia, spośród ciężkich chmur deszczowych w końcu wyłania się słońce, a wraz ze słońcem nadzieja, że niedzieli nie spędzimy w domu.
Rodzi się więc pomysł na przyjemną wycieczkę w najbliższe okolice, a za nasz cel obieramy najwyższy szczyt Beskidu Małego - Czupel ( który swoją drogą nie dorobił się nawet tabliczki ), a następnie Magurkę Wilkowicką.

Lenistwo nie zna granic. Od kiedy poznałam etymologię słowa niedziela, jakoś nienaturalnym stało się dla mnie, aby w ten dzień się przeciążać. Toteż o godzinie 10 wyruszamy z Łodygowic.



Pogoda jest bardzo górska. Nie za ciepło, nie za zimno. I - uwaga! Nie ma wiatru! Uznaję to za anomalię pogodową.









Wkraczamy do lasu. Po drodze nie wiem jakim cudem gubimy szlak. Jam jest mistrz od przeoczania farby na drzewach. Wstyd się przyznać, ale kobieca intuicja jednak czasem... zawodzi!







Po dotarciu do kamieniołomu stwierdzamy, że coś jest nie tak. W rezultacie z odrobiną szczęścia powracamy na utracony szlak. Dostrzegamy turystów - odrobinę zdziwieni, że komuś oprócz nas też się chce. Z reguły podobne rzeczy o tej porze roku się nie zdarzają.






Parę razy prawie gubię zatyczkę od obiektywu. Z wspomnieniem o poprzedniej, która zapewne zalega gdzieś w zakurzonych kątach RudeBoya, nie daję tej uciec.





Las staje się moim najwdzięczniejszym modelem. W końcu nie przeszkadza mi o okropne, cieniotwórcze słońce. Idzie pofocić.

















I dohromady. Jaki fajny jest ten pipkający samowyzwalacz!






Błotko. Zawsze lepsze jest błotko, niż śnieg z błotkiem. Albo lód z błotkiem.







Kwietinki. Może one też znajdują zastosowanie w polskim przemyśle alkoholowym?









Ola.







Jeszcze parę kroków i jesteśmy na Czuplu. Widoczki średnie, w końcu widzę ten niesamowicie fascynujący zbiornik wodny na Żarze. Nie spocznę, dopóki go nie zobaczę z bliska.






Czupel nie ma tabliczki, ale ma kopczyk kamieni. Tak bardziej himalajsko.







Pamiątkowe zdjęcie zdobywców ;) Znowu coś wyrasta mi z głowy.







Ruszamy dalej w drogę. Przyjemnym szlakiem, pół na pół w błotku, a trochę w śniegu (sic!), docieramy na Magurkę, która osobiście stanowi dla mnie pewną zagadkę. Nie prowadzi na nią asfaltówka ( chyba? ), o żadnej kolejce nic mi nie wiadomo, to skąd tam tyle miejskich turystów? Może ktoś pomoże mi w rozwiązaniu tej zagadki, hę?





Schronisko. Masa psów, które wychodzą mi na powitanie. Już się cieszę.

W schronisku raczymy się herbatą ze szklanki, podziwiany rozmaitość kwiatków doniczkowych i idziemy dalej. Moje niezaimpregnowane buty dają się we znaki, po wędrówce w śniegu o mało co nie zaczynają chlupać.



Gdzie diabeł nie może... Tam Katarzyna zrobi zdjęcie.


I tak schodząc do Straconki kończymy całkiem przyjemną niedzielną wycieczkę.















Wesołych!
23.04.2011 :: 16:26 | Link | Komentuj (2)



W tym roku nie wcinamy baranka, więc razem z nim życzę wesołych świąt :)

















Wiosenka
03.05.2011 :: 14:53 | Link | Komentuj (0)

Oczywiście Kaniowska.























Fidzieł
15.05.2011 :: 11:53 | Link | Komentuj (1)







Fidżo na niedzielę :)















Trzy schroniska, jedna pomidorowa.
20.05.2011 :: 21:53 | Link | Komentuj (0)
Obrastam w zaległości. A z racji, że rusza mnie sumienie i dużo ciekawych planów górskich na najbliższy czas... Trzeba się wziąć do roboty!

Na pierwszy ogień idzie nasza kwietniowa jeszcze wizyta w Beskidzie Żywieckim.
Trasa była następująca : Glinka -> Krawców Wierch -> Trzy Kopce -> Hala Rysianka -> Hala Lipowska -> Złatna. Taki tam bardzo fajny odcinek. Pod warunkiem, że... Ale o tym później :)

A więc, o godzinie 6 rano z bólem wstawiliśmy się na dworcu kolejowym w Czechowicach. Pocieszeniem jest, że o tej 6 jest już jasno. I trakcja nie zamarza. To samo w sobie powinno stanowić mobilizację, nieprawdaż?







Taki oto widok zastał nas rano. Podobne zdjęcia zrobiłam niecały rok temu, kiedy to o 5 rano czekałam na Drugą Połówkę, która w tym czasie smacznie spała w łóżeczku. Tym razem na szczęście nikt nie zaspał.

Po złapaniu autobusu w Rajczy jedziemy na mały koniec świata, a mianowicie do Glinki. Stamtąd biegnie szlak na nasz pierwszy cel - pomidorową. Tfu! Krawców znaczy się. Los chce, że wysiadamy w nieco złym miejscu i nielegalnie troszkę skracamy sobie szlak. Obserwujemy miejscowe leśne wysypisko śmieci, ale za to oszczędzamy troszkę czasu. Bez problemu docieramy do żółtego szlaku, a tam mimowolnie idziemy wzdłuż drogi krzyżowej.

Mniej więcej w połowie szlak chce uprzykrzyć nam wycieczkę.



Kroczymy czymś takim. A właściwie to staramy się to sprytnie obchodzić bokiem.

Nieco wyżej napotykamy na sprawcę, a mianowicie koparę. Obchodzimy i dalej idzie się już elegancko.

W drodze doznajemy szoku. Spotykamy czterech mniej więcej RÓWIEŚNIKÓW. Jak to możliwe?

Ponad godzina szybko mija. Zza drzew wyłania nam się bacówka na Krawców Wierchu.






Wżeramy pomidorówkę. Jest wyborna. Jesteśmy jedynymi gośćmi i niestety szybko się zwijamy. W oddali majaczy Mała Fatra i jak zwykle Vel'ky Rozsutec. Mniemam, że ta góra mnie chyba po prostu lubi, stąd częstotliwość jej ukazywania się.


Ruszamy szlakiem granicznym. Raz słowacko, raz polsko, błoto w każdym bądź razie to samo.







Osiągamy nowy dach świata. Porzucamy tam nasze maski tlenowe i zatykamy polską i czechowicką flagę. Kolejnego zdobywcę prosimy o zwrot ze względów oszczędnościowych.

Zaczyna padać. Zaczyna się mój pierwszy stres; wmawiam sobie, że dzisiaj dopadnie nas burza.






Taki ładny ten szlak. A taki wyludniony. Ludzie, nie wiecie, co tracicie!





Takie tam z Pilskiem.

Po paru kapuśniaczkach docieramy na Trzy Kopce. Pojawiają się w końcu jakież żywe dusze. Podążamy za nimi, na Halę Rysiankę.






Fotogeniczny las.







Las lasem, kiedyś się kończy i oto czeka nas niespodzianka...






Taki tam wiosenny kapuśniaczek.





Gdzie do cholery te Tatry? Majaczą gdzieś w oddali. Wlepiona w moje pożółkłe już Panoramki Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z największym trudem lokalizuję Gerlach. Czy aby na pewno?





Rozsutec się wkurzył i zakrył.










Rysianka na wyciągnięcie ręki. Nie szkodzi. I tak uciekam przed kapuśniaczkiem w niewyjaśnionym tempie.





Słoneczka Babia. Kwiecień plecień wciąż przeplata....


I czas wywołać wilka z lasu. Docieramy na Lipowską...





I słychać pierwszy grzmot. Koniec z moim spokojem ducha. W końcu Arturowi udaje się mnie przekonać, że to taki wybryk jednorazowy.





Do Złatnej "tylko" dwie godziny.





Pierwsze 45 minut rzeczywiście trwa 45 minut. A następna godzina trwa dla mnie co najmniej trzy. Nie trzeba dwa razy powtarzać, że czarne chmury idą za nami do końca, a mniej więcej od połowy urozmaicają żywot grzmotami... Piękna ta wiosna !





Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam tak szczęśliwa stojąc pod zadaszonym przystankiem autobusowym. Ucieczka nam się udaje, jesteśmy w Złatnej. I tak kończy się nasza wycieczka. Piątkowym farcikiem :)















Raz, dwa, trzy... Pilsko!
22.05.2011 :: 14:26 | Link | Komentuj (0)
Do czego to doszło? A do tego : trzy osoby, ja najmłodsza i co? Robię za przewodnika wycieczki. Całkiem fajnie jest wybierać ulubioną trasę i skazywać pozostałych na moje upodobania, nie ma co.

A więc tym razem przyszedł czas na Pilsko. Po raz trzeci w mojej skromnej karierze górołaza. A skoro końca świata nie było, to na pewno nie po raz ostatni.

Niestety jest to nieambitna wycieczka. Trasa przebiega następująco : Korbielów Kamienna -> Hala Miziowa -> Pilsko -> Hala Miziowa -> Korbielów Kamienna. Ale góry górami, więc nie ma co narzekać.

Jedynym plusem takich wycieczek jest fakt, że nie trzeba się zrywać bladym świtem.

A więc na miejscu stawiamy się baardzo luźno o godzinie 10. Czeka nas szlak zielony.



Postanawiam poćwiczyć kondycję w Niżne Tatry, ku niezadowoleniu moich towarzyszy.

Nie upływa 15 minut, jak wyłania nam się Królowa Beskidów - Babia. Z tej strony ma fajny kształt.





Niestety szlak jest stosunkowo popularny. Przyzwyczaiłam się, że w Beskidach gdzie nie ma kolejki, tam są puchy. Ale idziemy w końcu na Pilsko.









Docieramy na Halę Miziową szybciej, niż powinniśmy. Po raz pierwszy wchodzę do nowego schroniska po pieczątkę i natykam się na... fast food! Pieczątka słabo się odbija, ale nie mam zamiaru wchodzić tam jeszcze raz.

Jeszcze tylko oscypek z grilla na posilenie i w drogę.





Widoczność raczej przeciętna. Ale ja i tak nadal mam nadzieję na ujrzenie dzisiaj Tatr.


Skręcamy na żółty szlak, tradycyjnie.





W górę, w górę... I dochodzimy do magicznego punktu widokowego. I gdzie do cholery są Tatry?! To wyjaśnia, dlaczego wolę góry w zimie.





Po buszowaniu w kosodrzewinie osiągamy punkt pierwszy - Góra Pięciu Kopców. Od Pilska właściwego dzieli nas 10 minut marszu. Teraz będzie już tylko Słowacja.





I witamy na 1557 metrów. Wyżej już dzisiaj niestety nie będzie. Pilsko ma wybitność 752 m. Według mojej mapy dzisiaj pokonaliśmy 890 m. Hę?













Tatry. Podobno.










Wiwat topaz.





I schodzimy. Wybieramy oczywiście czarny szlak. Po raz kolejny obiecuję sobie, że następny raz wyjdę nim w górę.







Stromo i szybko na dole.





I pojawiają się najpiękniejsze widoczki dnia dzisiejszego.



















Piękne, wiosenne krajobrazy. I na tym koniec wycieczki. A szkoda, bo ja jeszcze bym trochę przeszła!















If I ever...
04.06.2011 :: 11:11 | Link | Komentuj (1)








If I ever leave this world alive
I'll thank for all the things you did in my life
If I ever leave this world alive
I'll come back down and sit beside your
feet tonight
Wherever I am you'll always be
More than just a memory
If I ever leave this world alive
If I ever leave this world alive
I'll take on all the sadness
That I left behind
If I ever leave this world alive
The madness that you feel will soon subside
So in a word don't shed a tear
I'll be here when it all gets weird
If I ever leave this world alive
So when in doubt just call my name
Just before you go insane
If I ever leave this world
Hey I may never leave this world
But if I ever leave this world alive
She says I'm okay; I'm alright,
Though you have gone from my life
You said that it would,
Now everything should be all right
She says I'm okay; I'm alright,
Though you have gone from my life
You said that it would,
Now everything should be all right
Yeah should be alright


















Fidż!
08.06.2011 :: 23:32 | Link | Komentuj (2)






W towarzystwie Fideusza :)












Ahoj, koczki!
19.06.2011 :: 12:08 | Link | Komentuj (4)
Dżudek :











I uroczy Wiktuś :




























Niżne Tatry
29.06.2011 :: 18:39 | Link | Komentuj (1)
Czas mija szybciej niż myślałam. Od wyprawy w przepiękne słowackie Niżne Tatry minął już miesiąc. A wspomnienia i obrazy w głowie nadal jak żywe... I z całego tego zamętu zapomniałam się nimi nieco tutaj podzielić. Poprawiam się więc i biorę do roboty.

Pobudka bladym świtem ( jedna z nielicznych rzecz, których w górach szczerze nie lubię ), colt wypchany po sam dach, czas w drogę. W Żywcu zbieramy Bartka i Łukasza i ruszamy prosto do Słowacji.

Przekraczamy Słowacką granicę i zwalniamy. Nie mamy ochoty płacić ogromnych sum za przekroczenie prędkości, jak to u naszych sąsiadów jest.

Droga jest bardzo urokliwa. Pstrykam tatrzańskie widoki przez szybę samochodu.





Auto zostawiamy w Liptovskim Mikulaszu. Podjeżdżamy busem do Czertowicy, gdzie zaczynamy od...



... zakosztowania słowackich specjałów :)

Prognozy nie są łaskawe, wyruszamy więc na szlak.



Pierwszy odpoczynek.



Tymczasem przez nami odkrywają się pierwsze uroki Niżnych Tatr.



Zachmurzony Dumier. Cały czas mamy nadzieje, że się dzisiaj przed nami odkryje.













Mimo ciężkich batohów radość gości na naszych twarzach ;)










I ostatnia prostka do Sztefanika :)











I oto jest nasz upragniony cel. Rzucamy batohy w kąt!





Odciążeni i najedzeni wyruszamy na Dumbier, którego wierzchołek nadal ukrywa się w chmurach.
















Dumbier pokazuje nam swoje skaliste oblicze.







Pierwsze kamziki. Jeden nawet jest na tyle odważny, żeby stanąć nam na drodze. Na szczęście nie wychciewa żarcia : x


Osiągamy wierzchołek. Niestety po widoki będziemy musieli jeszcze wrócić. Przegania nas deszcz.




Mordor? Niee! To Dumbier!




I na koniec dnia taki uroczy widoczek ( kolory są oryginalne ;) ).


Na koniec dnia kosztujemy kotlinkowy gulasz i bylinkowy czaj. I będzie to na pewno coś, po co wrócimy w Niżne.

Poranek nie napawa optymizmem. Jemy śniadanie z nietęgimi minami, bowiem czas wyjścia na zewnątrz bliża się nieubłagalnie. W końcu wyruszamy w drogę. Idziemy w mleku.

Jeszcze pamiątkowe zdjęcie pod Sztefanikiem.


Nasza wędrówka nie trwa długo. W drodze na Chopok łapie nas ulewa, deszcz pada poziomo... Postanawiamy zatrzymać się w Kamiennej Chacie.
Chwilę później dochodzą błyski. Chata coraz bardziej się zapełnia. Postanawiamy zostać na dłużej, aż w rezultacie na ławie spędzamy... 11 godzin!

Czas wykorzystujemy na integrację oraz gry zespołowe. Próbujemy grać w słowackie scrabble




... oraz w kibel, w trakcie którego robimy rzeczy niemożliwe. W rezultacie najwięcej czasu zajmuje nam... chińczyk!





W międzyczasie, kiedy to niebo nieco nam pokazuje, wybiegamy wszyscy przed schronisko i cykamy zdjęcia jak opętani ;)





A tak wyglądają niedźwiedzie w Niżnych Tatrach. Nawet dają się pogłaskać!


Aż w końcu Chopok rekompensuje nam dzielne czekanie na ławie i pozwala przez dłuższą chwilę cieszyć się pięknymi widokami...








Wszyscy pospieszamy na Chopok...












A tam byliśmy dnia poprzedniego.







I na tym zamyka się pokaz wieczorny.



Rano nadal otaczamy się białą mgłą. Przygotowani do wyjścia stoimy na ganku, kiedy to widzimy pierwsze niebieskie prześwity... Zostawiamy batohy i lecimy zdobyć Chopok po raz drugi!













W oddali święta góra Słowaków, Krywań. Mam cichą nadzieję, że odwiedzę go jeszcze w tym roku :)













Pokaz również szybko niestety się kończy. Wyruszamy dalej i znowu widoki musimy kreować w naszej wyobraźni...



Osiągamy trzeci dwutysięcznik w Niżnych, Deresze. Następie przed Pol'aną rozłączamy się. Zostaje nas 5.










Urządzamy sobie mały biwak. Towarzyszy nam niczym nie zlękniony kamzik, który zasiada sobie na skale :)





I dzieje się cud! Chmury zaczynają sie rozchodzić, ukazując nam piękne widoki na Skałkę.











Pojawiasz się i znikasz... Nucę sobie, łapiąc widoczki.



Zdobywamy Chabenec, który wyciska z nas siódme poty. I widzimy nasz dzisiejszy cel - Utulnię.













Prze-sławny kamyk, z którym każdy chciał mieć zdjęcie.

Rozkładamy się w Utulni, zrzucamy batohy i decydujemy się na zachód słońca na Chabencu.




























Ani z Chopoka, ani z Dumbiera nie widać zachodu. Pocieszające :P































Myślę, że szczerze mogę powiedzieć, że były to jedne z najładniejszych widoków, jakie widziałam w życiu :)

Po nocy w utulni zażywamy orzeźwiającej kąpieli w pobliskim strumyku. Pierwszy raz od 4 dni mam okazję tak naprawdę umyć włosy.
Błękitne niebo poprawia nam humory. Wyruszamy w drogę do Liptovskiej Lużni - miejsca, które zakończy naszą Niżną przygodę.











Moja nowa fascynacja - Chocz.








Eh, a ja ciągle spoglądam w stronę tych wyższych...








Żeby nie było nudno, na koniec gubimy szlak i schodzimy żlebem. Wystrzegamy się żmij i niedźwiedzi, aż w końcu docieramy do słowackiej wioski.





Wyprawę kończymy słowackim piwem. Od piwa zaczęliśmy, na piwie kończymy - i tak kończy się biba GŚ :)














Pójdę boso
07.07.2011 :: 13:35 | Link | Komentuj (1)
... zdecydowanie wolę nie przemierzać szlaków tatrzańskich boso. Jednak Zakopower doskonale skomponował się z ostatnim wypadem w polskie dwutysięczniki... Więc niech będzie boso :)

Dwa tygodnie temu, kiedy widniały jeszcze jakieś nadzieje na przyzwoitą pogodę przyszedł na myśl pomysł, aby wybrać się w Tatry.

Relacji nie będzie, będą za to tylko zdjęcia, które dzięki niebanalnej aurze wyszły... całkiem w porządku :) Z resztą, nie mnie oceniać.




Beskid Mały w drodze do Zakopanego o świcie.






Kościelec.



Hala Gąsienicowa i dymiący Murowaniec.






Czarny Staw Gąsienicowy.






I reszta Stawów Gąsienicowych.





Pół-Kościelec ;)







Mały Kościelec.










Na szczycie Kościelca.
















Polana Kalatówki.










Ścieżka nad Reglami.





Sarnia Skała.









Giewont w chmurnej szacie.





Widoczek z Sarniej Skały.








To tyle. Čau ;)












Beskidzkim szlakiem
12.07.2011 :: 17:52 | Link | Komentuj (0)
A takie hrobacze fotografie można ufocić w Beskidzie Małym ;)





























I jeszcze trasa : Przełęcz Przegibek -> Gaiki -> Hrobacza Łąka i zpakty ;)
Idealna żeby się wyspać i nieco poruszać :)















I Love Topaz!
16.07.2011 :: 17:14 | Link | Komentuj (0)
 

 Z serii Photoshop czyni cuda... Czyli jak odratować zdjęcie :)


P.S. Kolejność powinna być odwrotna ;))













Klimczok popołdniową porą
24.07.2011 :: 13:15 | Link | Komentuj (0)
Zdarza się, że puszczają nas wcześniej z pracy. Zdarza się, że wtedy jest pogoda. I zdarza się, że jadąc powrotnym autobusem do domu wpada do głowy pomysł... ażeby pójść w góry.

Tak było w moim przypadku. W tempie ekspresowym wpadłam do domu, przebrałam się, ubrałam buty górskie, spakowałam parę rzeczy do plecaka i wsiadłam ponownie w autobus. Zaczął się więc dzień naginania czasoprzestrzeni.

Z racji, że ostatnio jestem w szale zbierania pieczątek, postanawiam odwiedzić schronisko na Dębowcu. Pomimo częstej obecności kebabów schronisko po pierwsze wygląda, a po drugie... podobno ma miejsca noclegowe!

Okazuje się, że pieczątkę też mają.

Do tego jest nawet termometr, który trochę mnie przeraża.




Dla zimnoluba to zdecydowanie za dużo. Trudno, wyciągam aparat i idę dalej. Na zegarku godzina 13.30.



Stamtąd się wyrwałam, o!

Tabliczki pokazują, że na Szyndzielnię wędrować będę dwie godziny. To oznaczałoby, że nigdzie dalej dziś nie zajdę. Ale zastanawiać nad tym będę się na szczycie.

Upał daje mi się we znaki. Do tego bezskutecznie mocuję się z moimi zapasami płynów - 0,5 litrowa buteleczka! W końcu napotkana para kolejkowiczów, którzy pytają się mnie jak daleko jeszcze pomaga mi otworzyć upragnioną wodę. Wtedy już wiem, że na dzisiejsze realia taka ilość to zdecydowanie za mało.

W niezbyt pięknym, ''sapiącym'' stylu dochodzę do rozwidlenia szlaków. Ten informuje mnie, że do celu jeszcze 1,5 h. Czyli póki co, wszystko się zgadza.



Drogę na Szyndzielnię znam dobrze. Nie potrafię jednak dobrze skojarzyć ją czasowo.



Po drodze mija mnie sympatyczny pan na rowerze, który pomimo wieku ma o wiele lepszą kondycję ode mnie. Wstyd! Muszę wyglądać nieco żałośnie, gdyż mija mnie z pytaniem ' Aż tak ciężko?'

W rezultacie walcząc z upałem, szukając cienia docieram na szczyt... W godzinę. Klapkowiczów jest mało, prawdziwy wysyp góra przeżywa w tygodniu.

Lecę do schroniska po wodę ( z pewnością najdroższą w tym miesiącu, ale w tej chwili jest mi wszystko jedno! ) i ledwo co opieram się przed zakupem beskidzkich panoramek. Moje są już trochę sfatygowane, a poza tym... nie najmłodsze. Obiecuję sobie wstąpić w tym tygodniu do Podróżnika i zakupić je bez schroniskowej marży.

Godzina 14.30. A więc co? Czas na Klimczok!

Wędruję już nie-pustym szlakiem, jest całkiem przyjemnie. W drodze rozmyślam i myślę, że pokusiłabym się o stwierdzenie, że szlak Szyndzielnia-Klimczok jest najpopularniejszym szlakiem w Beskidzie Śląskim. Ale i tak go lubię.

Przy rozwidleniu skręcam w prawo, na szczyt Klimczoka. Po drodze podnoszę małą, dziecinną czapeczkę, którą ku uciesze rodziców oddaję niedaleko przed szczytem.

A skoro dzisiaj wyżej już nie będzie, robię sobie dłuższy odpoczynek.





Wyciągam panoramki i chociaż letnie niebo zazwyczaj nie grzeszy widocznością, oglądam okoliczne szczyty.





Wypoczęta, lecę po pieczątkę! Po drodze zajadam się lipcowymi smakołykami - borówkami!





Niby mam już zawracać, ale kusi mnie jeszcze szczyt, z którego są ponoć piękne widoki - Magura. Podchodzę kawałek, ale wycofuję się - jakoś nie lubię samotnie przecierać nieznanych mi szlaków.

Przy powrocie na szlaku robi się luźniej. Długi czas idę sama. Przynajmniej mogę sobie podśpiewywać :)








Dochodzę z powrotem na Szyndzielnię. I co odnajduję? Tabliczkę szczytową! Niezbyt dumna, ale zawsze jest.





Cały czas w pamięci mam, jak te okolice wyglądają na jesień. Jest tu naprawdę malowniczo. Z chęcią i tej jesieni poświęcę jeden dzień, żeby się tu zjawić, ale tym razem za Szyndzielnią skręcę w prawo, na Błatnią :)





Zejście jest spokojne. Poza tym, że co chwilę coś szuszczy w krzakach.

Pomimo tego, że wypad był udany, jakoś nie przekonałam się do samotnego chodzenia po kopczykach. W towarzystwie zawsze raźniej. Pomijając fakt - na Szyndzielni/Klimczoku i tak nie da się czuć samotnie :P












Wonderland?
03.08.2011 :: 23:09 | Link | Komentuj (5)










Są miejsca, dla których miano niesamowite to za mało...








Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu