Sweterkowo
24.02.2010 :: 19:20 | Link | Komentuj (0)
Zdecydowanie odzwyczaiłam się do pisania czegokolwiek do zdjęć. 
W końcu zapomnę też, jak się trzyma aparat :)
Tymczasem dzisiaj za mnie trzymał go statyw. Oto efekty :













































Już wkrótce
01.03.2010 :: 22:33 | Link | Komentuj (0)
Za wcześnie, zdecydowanie. Według planu miałam nieco inaczej rozluźniać się przed nadchodzącą maturą, a tu niespodzianka : gdzie podział się śnieg? Umiejętności same się niestety nie nabędą :) Chyba trzeba będzie jednak uzbierać na szusowanie gdzieś, gdzie jest śnieg ;)

A tymczasem w ramach poniedziałkowego odprężenia, trochę pogrzebałam po szufladkach i znalazłam też coś, co mogłabym pokazać tutaj. Zapowiedź czegoś, co co prawda nie jest tak przyjemne jak szusowanie, ale w okresie wiosenno-letnio-jesiennym ( zdecydowanie za długo ) całkiem nieźle to zastępuje :)

Z październikowej wycieczki na Wielki Stożek - poranne światło zdecydowanie było godne uwagi. A, że czasu nie było, łapałam co się dało i leciałam dalej, z aparatem w ręce :)

Tak się miała sprawa rano :












A tak z kolei po południu :









Dlatego też lubię jesień :)




















Narty!
06.03.2010 :: 17:09 | Link | Komentuj (0)
Po dzisiejszej wyprawie naszła mnie myśl, ażeby coś tu naskrobać. A co więcej - podzielić się dobrymi wrażeniami, których nigdy za wiele :)
Dzisiaj będzie więc na temat narciarski, a konkretnie krótkie omówienie sezonu '10 ( który się oczywiście jeszcze nie skończył ^^ ).

A więc :
Sezon w tym roku niestety nie należy do najobfitszych w śnieg oraz do najdłuższych. Do rozkręcenia większości wyciągów w Szczyrku trzeba było czekać aż do połowy stycznia! Inwestycja w armatki wskazana - właściciele najprawdopodobniej udają, że tego nie widzą :)

Więc, poza sylwestrową Golgotą wyposażoną w mokry śnieg ( nie narzekam, jeździło się przyzwoicie ), szusowanie zaczęło się od Hali Pośredniej. Nie wystraszyły nas wtedy okropne mrozy - w słońcu było całkiem przyjemnie :)






No, to zaczynamy :) Trasa namber 9, początek.






Również trasa numer 9 - ten najlepszy fragment ^^






Te najładniejsze zakątki :) Tutaj - "tajemnicze przejście" pomiędzy trasami ;)






No, to jedziemy dalej : kontynuacja trasy numer 9, dodatkowo z widoczkiem :)






A oto mała zabawa w chowanego ;P Nie do końca udana ^^











Dla odmiany 8 - trasa wjeżdżania w dzieciaki i świeżych narciarzy ;P Niestety - jedyna droga na Golgotę z Pośredniego :)


To by było na tyle z tamtego dnia. Czas więc na zmierzenie się z dniem dzisiejszym. Wyprawa była z nadzieją na ujrzenie w miarę dobrych warunków - podobno jeszcze dało się jeździć, słyszeliśmy, a nie chcieliśmy kończyć sezonu tak wcześnie!:)
W drodze towarzyszył nam tylko niewinny śnieg - w znikomych ilościach. Prawdziwym zaskoczeniem był wjazd do Szczyrku - ośnieżonego Szczyrku :)
Co więcej, ludzi nie było za wiele, a warunki zaskakujące :) I w końcu w tym roku udało się wyjechać na Małe Skrzyczne - co prawda nie było za dużo widać ( skromnie liczyliśmy na powtórkę z zeszłego roku, a mianowicie Tatry ), ale zjeżdżało się przyjemnie, poza tym mam sentyment do tej trasy :)

Oto parę zdjęć ze szczytu :





Tam właśnie miały nam się ukazać Tatry ;) Za parę lat choinki całkowicie zarosną i punkt widokowy zamieni się w lasek :)





A oto droga, którą przemierzaliśmy parę miesięcy wcześniej. No, może więcej niż parę ;), w drodze na Malinowską Skałkę. Miło było zobaczyć ją i zimą ;)


A teraz nieco niżej :





Trasa czerwona, numer 7 do Suchego. A konkretnie chwila, w której przez chmury przebiło się słońce ;)



To na tyle z narciarskich zdjęć. Mam nadzieję, że jeszcze w tym sezonie będzie mi dane ich trochę porobić ;)













Rogucki show - Coma
31.03.2010 :: 17:17 | Link | Komentuj (0)
30 marca.
Chyba nawet podświadomie cały ten dzień i poprzedni nuciło mi się ,,Trujące Rośliny" - jedną z lepszych moim zdaniem pozycji na Hipertrofii. Czekał mnie bowiem koncert Comy w nietypowym miejscu - klubie Klimat.
Koncert rockowy w klimacie? Niedorzeczne? Nieco takie mi się to wydawało. Miejsce za to jak najbardziej spełniło moje oczekiwania. Tuż po nieco problematycznym wejściu na teren klubu nie było męczącego ścisku.


 Jak to zwykle bywa, po około półgodzinnym opóźnieniu zaczęli. Niemalże tradycyjnie żadnego supportu - tym lepiej :)

 









Na wstęp zabrzmiała ,,Wola istnienia''. Kolejna ciekawa pozycja z najnowszej płyty? Do teraz nie rozumiem, dlaczego ludzie tak na nią narzekają.

Niestety, ku rozczarowaniu fotografujących - światła były dość słabe. Hm, zapewne byłyby lepsze, gdyby były w większej części skierowane na muzyków :) Ale czegóż się spodziewać - scena stoi tam tylko okazyjnie.












Grali całkiem przyzwoicie. Nie zabrakło oczywiście wygibasów Roguckiego, które spotkały się z aprobatą widowni. Lecz co by nie zrobił, oni i tak by się cieszyli :)












Co mnie nieco zaskoczyło - miałam wrażenie, jakby średnia wieku słuchaczy przybyłych na koncert znacznie się podniosła. Czemu to zawdzięczyć?

Po paru kawałkach z najnowszego dorobku przyszła i pora na te stare, dobrze znane. Zabrzmiały ,,Pierwsze wyjście z mroku'', ku uciesze publiki ( i mojej także przy okazji ) ,,Nie ma Joozka'', ,,Tonacja (sygnał z piekła)'', podczas której najgłośniej zabrzmiało "dla skurwysynów nie mamy litości" ;)














I to, co mi oraz publiczności zapewne podobało się szczególnie - wstęp do ,,Transfuzji'' :) Brzmi znajomie? :)













Po wybrzmianym ,,Spadam'', niestety na nic zdały się prośby o zawsze mile słyszane ,,100 tysięcy jednakowych miast''. Jeszcze tylko ,,Święta'', które ożywiło publikę i koniec. Ale jakto? 
No, oczywiście. Zabrzmiały jeszcze ,,Popołudnia bezkarnie cytrynowe'' i ku uciesze ,,Cisza i ogień''. Szczególnie cisza była idealna na podsumowanie tego wieczoru.


A teraz coś, na co czekałam, aż przyjdę do domu i sprawdzę, czy wyszło. Niestety mój ekranik wielkością nie grzeszy i ma w zwyczaju brutalnie mnie oszukiwać co do ostrości i jakości zdjęcia.

Opublikuję dwie wersje :







Ta bardziej 'poprawna',









Oraz brutalnie 'ruszona' :) Osobiście wolę tą. Pomimo niedoskonałości pokazuje dynamikę.






Na podsumowanie... ?

Z pewnością jeżeli trafi się jeszcze jakiś koncert w Klimacie, z chęcią się wybiorę.
A co do Comy? Po poprzednim koncercie, na którym byłam odzyskałam dobre wrażenie odnośnie koncertów tego zespołu. Zapraszamy ponownie więc :)






























Monikowo-wiosennie
06.04.2010 :: 20:11 | Link | Komentuj (0)
,,Pierwszy podmuch wiosny budzi lęk..."  w moim przypadku jednak wzbudził odrobinę chęć do fotnięcia kogoś, nie czegoś, uchwycenia popołudniowego wiosennego słońca i trochę kolorów. 

Doskonałą modelką do uchwycenia kolorów z pewnością jest Monika, która też pojawi się na poniższych zdjęciach ze względu na oryginalny ( i trzeba dodać, że naturalny ) kolor włosów :)
Makijażem zajął się nie kto inny, jak Danka ( orchids.maxmodels.pl ). Zawarła w nim mnóstwo żywych kolorów ;)


A więc. Na początek usunęłyśmy się w cień, ponieważ chciałam pokazać nieco zielonej trawki w tle. Za rekwizyt posłużył nam równie wiosenny bukiet czerwonych tulipanów, które w ten sposób dość trwale udało mi się uwiecznić ;)



Oto efekty :










Osobiście moje ulubione :
















Zdjęcie poniżej miało być w odcieniu brązu. Niestety, podczas przeistaczania nieco się pogubiłam :P










No i w końcu te słoneczne. Oczywiście pod słońce ( szczerze nie cierpię i nigdy nie robię zdjęć ze słońcem. Kojarzą mi się z lampą błyskową walącą prosto " w mordę" ;)).








I oto do wyboru, do koloru. Moje niezdecydowanie wzięło górę ;)














 To by było na tyle. Mam cichą nadzieję, że wraz z ociepleniem i zakończeniem edukacji średniej pomysłów i chęci będzie nie mniej, lecz więcej ;)













Kaniówek
03.06.2010 :: 11:46 | Link | Komentuj (0)
A więc. Można powiedzieć, że po wielu, wielu miesiącach ślęczenia nad książkami i pożytkowania czasu w inny sposób wróciłam do pstrykania. Jak na razie tylko tak troszkę, trzeba się oswoić na nowo z kształtem aparatu :)
Zaczęłam nadzwyczaj nieoryginalnie - od... Kaniowa! Taak, taak, niemalże cała wiosna uciekła mi przez te litry wody lecące z nieba. Udało mi się na szczęście uchwycić parę chwil, w których nawet zawitało słońce ( podobno jeszcze gdzieś tam jest ;) ). Oto one więc :


Na początek : stara chaupa. Niepoprawnie, ale jakoś nie mam serca pisać przez ł. W Kaniówku mówi się chaupa, tyle ;)










Najefektowniejsza część chaupy - czerwone drzwi. Na rozlatujące się schody nie ma co zwracać uwagi. A to jasnozielone, które również przykuło moją uwagę zwie się bodajże chmiel. Nie jestem pewna, wiem tylko, że nazwa kojarzyła mi się z piwem ;)



A teraz czas na nieco... zieleninki z bliska. Urodzaju w tym roku niestety nie ma i chyba już nie będzie ( chyba, że wśród komarów ;) ). 


Najstarsze z możliwych : bo wiśnia piłkowana, czy coś już dawno przekwitła. Znalazłam to zdjęcie na mojej karcie i jakoś takoś mi się spodobało :)








Lecąc z kwiatkami dalej : konwalie. Brzydkie, bo brzydkie, ładnych nie było mi dane w tym roku zobaczyć. I czy w ogóle miały okazję być ładne?









A oto berberys. Ku mojemu farcikowi/niefarcikowi wybrałam ten, w miejscu zacienionym. A szkoda, bo o ile w cieniu jest zielonkawy, to pod wpływem promieni słonecznych listki robią się purpurowe :) 









Nie zabrakło również klasycznego zdjęcia stodoły. Mam słabość do tego ujęcia :>








A skoro już byłam przy stodole, zaczepiły mnie klamerki ( dosłownie! ). Musiałam im też zrobić zdjęcie tymbardziej, że znalazłam zieloną :)







No i na koniec : przeurocze margaretki ;) Niestety, ich też jest nadzwyczaj mało w tym roku.








No, i to by było Kaniowskich na tyle :) Jak znowu pojawi się słońce, a Wisła się uspokoi, dorzucę jakieś nowe :)
















What it takes?
22.06.2010 :: 11:25 | Link | Komentuj (0)
There goes my old girlfriend, there's another diamond ring 
And, uh, all those late night promises I guess they don't mean a thing 
So baby, what's the story? Did you find another man? 
Is it easy to sleep in the bed that we made? 
When you don't look back I guess the feelings start to fade away. 
I used to feel your fire 
But now it's cold inside 
And you're back on the street like you didn't miss a beat, yeah 

Chorus: 
Tell me what it takes to let you go 
Tell me how the pain's supposed to go 
Tell me how it is that you can sleep in the night 
Without thinking you lost everything that was 
good in your life to the toss of the dice? 
Tell me what it takes to let you go. 

Yeah 
Girl, before I met you I was F.I.N.E. Fine 
but your love made me a prisoner, yeah my heart's been doing time 
You spent me up like money, then you hung me out to dry 
It was easy to keep all your lies in disguise 
'Cause you had me in deep with the devil in your eyes 
 

Tell me that you're happy that you're on your own Yeah, yeah, yeah 
Tell me that it's better when you're all alone 
Tell me that your body doesn't miss my touch 
Tell me that my lovin' didn't mean that much 
Tell me you ain't dyin' when you're cryin' for me 
 

Tell me what it takes to let you go 
Tell me how the pain's supposed to go 
Tell me how it is that you can sleep in the night 
Without thinking you lost everything that was 
good in your life to the toss of the dice? 
Tell me who's to blame for thinkin' twice 
No no no no 'cause I don't wanna burn in paradise 
Ooo Let go, let go, let go, 
let it go, let it go, let it go, let it go, let it go, 
let it go, let it go, let it go, 
let it go, let it go, let it go, let it go, let it go 
I don't wanna burn, I don't wanna burn













Uff, jak gorąco!
15.07.2010 :: 23:28 | Link | Komentuj (0)
ImageBanana - IMG_8296.jpg





Ble. Mówiłam, żeby jechać do Finlandii! 
Zaraz, zaraz... To tam też upał...?














Dziekanat - starcie pierwsze.
16.07.2010 :: 22:57 | Link | Komentuj (0)
No cóż.
Notki z reguły, powinny być niezanudzające. Do tego bez byków. Jak jednak stworzyć notkę idealną, nie mając wpływu na kolej rzeczy? Niezwykły więc,  niech będzie stan pisania notki. Ktokolwiek miałby się do niej dorwać.

A więc : w dniu dzisiejszym odbyła się wyprawa pierwsza. Wyprawa, której celem było podbicie i przekabacenie na swoją stronę ( zrobienie dobrego wrażenia, jak kto woli ) obcego wojska, zwanego powszechnie Dziekanatem.

Wyposażyłam się w przeróżne środki, które miały doprowadzić do sukcesu, gromadząc je w białej teczce ( białych rękawiczek niestety nie było ). Zabrałam też pomarańczowe draże. Nadmiar broni, szczególnie słodkiej jeszcze nigdy nikomu na złe nie wyszedł. Prawda? 
Czekała mnie też ciężka fala przygotowań, z samego rana, przyprawiona brakiem czasu. Którego w rezultacie znalazł się nadmiar.

Pojazdy " z półki przewozy regionalne" ( swoją drogą, zawsze intrygowała mnie ta półka ), poprzez powyginane tory, psy z kulawą nogą i rumuńskie afery, dokonywały wiecznych utrudnień. Rekordem było 80 minut. 80 minut w temperaturze 40 stopni w cieniu. Lecz czymże jest 80 minut wobec wieczności?

Po przybyciu, nastąpiła nawigacja mechaniczna. Poprowadziła mnie na bezdroża, gdzie głodne rozrywki dzieciaki wybijały szyby w paskudnych ruderach ( high-educated ) oraz w miejsca spożycia skażonych ryb, które okazały się nawet podobnie pachnieć. Jednym słowem - nic ciekawego.

W rezultacie, cel został osiągnięty. Jedyna rzecz, jaka mi nie wyszła, to pomyłka siedziby dziekanów z dziekanatem. Ale co to za różnica? :)

Po podbiciu celu, udałam się w podróż powrotną, zmagając się ze stopami na siedzeniach, SŁOŃCEM i językiem fińskim. A śląskie "metropolie" poza tęczowymi blokami w sumie nie są takie złe.


Gratuluję cierpliwym dobrnięcia do tego momentu. A fotologowi za możliwość ponownego korzystania z fotosika. 
Dobranoc.














Kissa w liczbie mnogiej
17.07.2010 :: 23:09 | Link | Komentuj (0)
Koty. Cóż za wdzięczne stworzonka. Wdzięczne, jeśli tylko chcą pozować i ustawiać się przed obiektywem ;) 
Tak się składa, że w wyniku ostatnich upałów postanowiłam uwiecznić parę ich minek, które moim zdaniem, wyszły dość interesująco :)


Zaczynamy więc od najmłodszej modelki : Krysia, która cudem dała mi się złapać w kadr przed czmychnięciem w krzaczyska :)
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
.
Kolejną, bardzo chętną kocią modelką była Dżudi :) To ujęcie satysfakcjonuje mnie najbardziej :)
.
.
.
.
.
.
A na koniec : mój uroczy Fido i jego sposoby na upał ;)
.
.
.
.
.
.
.
.
Tyle :) Następnym razem OBIECUJĘ, wezmę się na górki. Nazbierało się trochę zaległości ;)
.
.
.
.













Pięknie.
30.08.2010 :: 23:45 | Link | Komentuj (1)
Dziś nie będzie gadania - dzisiaj będziecie oglądać. 




























Podziwialiście nic innego, jak Kaniów o świcie.


















Na żywo
31.08.2010 :: 22:25 | Link | Komentuj (0)
Doba komputerów. Internetu. Nasze życie coraz częściej sprowadza się do jednego warunku - nie bywasz na necie, nie ma Cię wcale.
Chcesz być zauważony - pojaw się w internecie. Napisz jakąś okropnie kontrowersyjną głupotę na publicznym portalu. Wkurw paru ludzi niedorzecznym stwierdzeniem. Co z tego, że to jest bez sensu? Przynajmniej zostaniesz zauważony!

Pamiętam te czasy, kiedy internet był dla mnie czymś tak odległym i drogim. Za każdym razem kiedy słuchałam opowieści rówieśników o siedzeniu 'na necie', myślałam sobie : cholera, jakie to gadanie na gadu musi być zajebiste!

Czy było? Tak! W końcu mogłam się podzielić ze wszystkimi tym, co myślę, czego słucham i co aktualnie robię! To było super! Tylko... Czy to kogokolwiek obchodziło?

Najwidoczniej, nie tylko ja tak myślałam. Przez parę ostatnich lat namnożyło się wśród nas mnóstwo portali, które rejestrują każdy Twój ruch, każdą Twoją myśl. Możesz informować znajomych o miejscu w krótym aktualnie się znajdujesz, wzbogacając to z pewnością-dobrej-jakości zdjęciem w rozmiarze VGA. Patrząc w przyszłość widzę wiadomości 'Mam poranne zatwardzenie, spóźnię się do pracy'. Przejdzie?

Nieszczęsnym trafem i ja jestem elementem tej tragicznej układanki olbrzymiego życia społecznego. Widzę, co słychać u znajomych, którzy mnie nie obchodzą i muszę patrzeć na tych, którzy pomimo tego, że w zeszłym tygodniu sprytnie udawali, że nie widzą mnie w kolejce w sklepie, nagle bardzo chcą się ze mną kolegować. A mnie za żadne skarby nie obchodzi, co u nich słychać i gdzie byli na wakacjach. I nie obchodzi mnie ich 'porada na dziś'!

Zastanawiają mnie też ludziki, które swoje drugie życie przeżywają właśnie tutaj. Nagle, z nędznego pracownika myjni samochodowej możesz stać się cenionym architektem. Fajnie, nie? Nawet wyglądać możesz lepiej. Nie widać Twojego krzywego nosa, zbyt krótkich nóg, nie słychać Twojego śmiesznego śmiechu. W końcu możesz być kim chcesz! I co z tego, że na krześle razem z Tobą ciągle siedzą kompleksy? Przecież w internecie ich nie widać.

Czy tylko ja mam ochotę na prawdziwe życie? Ciekawam niesamowicie, czy gdybyście któregoś dnia ze znudzenia zeżarli tą diabelską wtyczkę łączącą z tą całą bandą witrualnych ludzików, ilu tak naprawdę zostałoby Wam znajomych? Ilu ruszyłoby tyłek sprzed komputera i zamieniłoby wirtualne piwo na coś, co faktycznie da się pić? 

Internet to dobrodziejstwo, oczywiście. Ale oprócz tego, szczerze chce mi się rzygać częściej, niż wyciągać z niego korzyści.

A może za niedługo idealni internetowi ludzie sukcesu zostaną wyparci przez życie w 'realu' i bycie robolem zacznie znowu być fajne? Bo wszystko się kiedyś kończy, prawda?



















The Tatras
05.09.2010 :: 22:42 | Link | Komentuj (0)
Zaraz zaraz... A właściwie to że co? Jedziemy w Tatry?
Tak! To była jedna z najszybszych decyzji w moim życiu. Zakupy w Tesco, pakujemy manatki, odrywamy z plecaków i z kurtki miesięczne błoto z Małej Fatry i.. no po prostu, jedziemy w Tatry!

Autobus 4:35. Taa... Chociaż zastosowałam się do mojej zasady : jak masz wstawać jak wcześnie, to nie idź w ogóle spać! A właściwie to spać poszłam, ale sen nie przyszedł...

Przemierzając kilometry w pięknym górskim otoczeniu delektowaliśmy się zapachem paliwa z oleju rzepakowego, czy czegoś w tym stylu... W każdym bądź razie, dość porządnie było 'czuć', nie pisząc brzydko ;)

Po drodze zdążyłam obrazić Warszawiaków przyklejając im tytuł baranów roku i stwierdzając, że dla nich Beskid Żywiecki to pewnie Małe Tatry. Tak tak!

Kiedy naszym spragnionym oczom ukazały się Tatry, wiedziałam, że już po prostu musi być niedaleko. Dlaczego tylko ja do cholery o najgorszych porach cierpię na takie głupie przypadłości?!!! I dlaczego do diabła bułki z serkiem paprykowym są moczopędne???! n/c.


Mniejsza z tym. Przybyliśmy, dotarliśmy na tak zwaną Jaszczurówkę, do jakiegoś śmierdzącego drewnianego domku. Nie, nie przeszkadzało mi to. Naprawdę. Nie było psów, było dobrze. Trochę tylko skrzywiłam się, kiedy okazało się, że właśnie zjedliśmy talerz jajecznicy za 40 zł. 

Doszło do tego latanie po Krupówkach i marnowanie czasu w obrzydliwie zatłoczonym centrum Zakopanego. I pomyśleć, że to wszystko przez moje gapiostwo!


Ale, ale! Przyszedł czas relaksu. Mieliśmy dzisiaj do zdobycia Kasprowy Wierch!

Odmachaliśmy wszystkim kebabom czekającym w kolejce. Licząc czas wejścia i ich gnicie i czekanie na swoją kolej... Możliwe, że byliśmy na górze w tym samym czasie?





Strumyczek. Kamyczki. Mniejsza z tym, ale światło!


Oczywiście żałowałam, że wzięłam kije. Nauczę się w końcu, że w inne góry niż Beskidy i Bieszczady się nie nadają! Do końca drogi straszyły wszystkich, którzy chcieli mnie dogonić i nazbyt się zbliżyli.






Pamiątkowe zdjęcie z głupią miną, oczywiście.








Turyści podziwiający dość rzadki okaz 'turysty, który ciśnie pod górę o własnych siłach'. Swoją drogą nie wiem dlaczego się tak na mnie gapili.







No, to w drogę!





Wrzosiki.







Pan Giewont. Szkoda, że nie widać kolejki na szczyt...








Mmm :) Obowiązkowo muszę odwiedzić Kasprowy w zimie, z nartami i kijami :D





Czerwone Wierchy :)








Krzywe kolana. Ja sama nie wiem jak to robię!!







Tatery Zachodnie









Wyłoniły się... ;)


Zdobyliśmy w końcu szczyt. A tam co? Najprawdopodobniej ludzie z kolejki, do których'uśmiechałam się' na dole i... herbata za 7,50 zł. Ciekawe jest to, że wcięłam frytki, które kosztowały 7 zł. Z keczupem. Może mi to ktoś wytłumaczyć?



Widoki były... Hem. A jakie miały być? W końcu to Tatry!





Mój nowy cel konieczny : Świnica :D

















No tak. Ale ileż można siedzieć na górze? Z racji na późną porę i niecierpliwiącą się Katarzynę ( zdawałam się jako jedyna mieć poczucie czasu ), zaczęliśmy schodzić do Doliny Gąsienicowej.






Murowaniec. I myślę, że dość ciekawe światło.






Ostatnie zdjęcie tego dnia. Śpiący rycerz przy zachodzie słońca. Tak właśnie chciałam zrobić ;)



Następnego dnia czekała nas trasa, którą już niestety częściowo miałam okazję przejść.
Jako pierwszy cel obraliśmy Dolinę Pięciu Stawów. Do Wodogrzmotów Mickiewicza towarzyszyło nam oczywiście... kebabostwo i kolaski. Było też dużo kup. Urokliwie!

Na szczęście, widok ich wykrzywionych twarzy patrzących na drogę do Doliny Pięciu Stawów działał ku pokrzepieniu naszych serc. Zgubiliśmy ich!




A oto chyba jedyne zdjęcie z Tatr, na którym wyszłam w miarę... korzystnie. Tak. Przy strumyku. Bo przecież w Beskidach nie ma takich strumyków! Kamienie w Tatrach mają W końcu inny kształt! 


Bez komplikacji dotarliśmy. Nie mam zdjęć z drogi, bo kiedyś juz zrobiłam ich aż za dużo. A poza tym, światło było nudne.


Dolinka oczywiście zrobiła na mnie wrażenie. I bigos w schronisku też ;)





Oczywiście zdjęcie na kamorze. Podczas ostatniej wyprawy na podobnym zdjęciu wyszłam jak ośmiornica. W tym roku związałam włosy i uniknęłam wtopy ;)







Z racji, na oczywiście późną porę wyruszyliśmy do Morskiego Oka.














Powdzięczyły się... Aż w końcu znikły.



Szliśmy, szliśmy... I w końcu, wyłoniło się. Morskie Oko!

Niesamowitym było, że nie było oblegane przez turystów. To dobrze. Szkoda tylko, że było... dość późno. 








I ostatnie promyki słońca oświetlające Rysy... Niesamowity widok.














A potem nastąpił powrót i marsz po okropnym asfalcie w ciemnicy. Przynajmniej wyćwiczyłam sobie łydki :P 



Ku naszej uciesze, następnego poranka obudził mnie dźwięk kropel uderzających o szybę. Było to o tyle dobre, że nasz czas w Tatrach na ten wyjazd się skończył. Przynajmniej nie było aż tak żal :)







I na koniec, piwo w moim ulubionym kolorze rodem z deszczowych Krupówek :)

















Smile!
07.09.2010 :: 15:10 | Link | Komentuj (0)







Uśmiech + zieleninka. Dorwałam się do tego zdjęcia jakoś niby przypadkiem i nawet wiem, dlaczego! Bo ja niesamowicie rzadko suszę zęby na zdjęciach.
No ta, góry. Kto w górach się nie uśmiecha? Do tego, kiedy niemalże osiągnął szczyt i w końcu drzewa nie zasłaniają mu pięknych widoczków?

Skrzyczne. Coś mi się wydaje, że wiszę jeszcze relację z tego sierpniowego wypadu. Trzeba się sprężyć, bowiem jutro najprawdopodobniej szykuje się następna, już dawno planowana. 


Jesień! ;-)













Perhe matkaa!
09.09.2010 :: 14:21 | Link | Komentuj (0)
Hyvää huomenta!

Wczoraj było Skrzyczne. Tak, znowu! Skrzyczne - Małe Skrzyczne dokładnie. Z drobnym przestępstwem - celowo zgubiliśmy szlak. 



Niestety do podchodzenia wybraliśmy szlak niebieski. Zdradziłam mój niejednokrotnie uczęszczany zielony i... Tak, żałuję! 

O ile do schodzenia jest dobry i dość szybki, wychodzenie nim nie dostarcza super przyjemności. Nie licząc oczywiście przepysznych Ostrężyn... ;) Olałam wiadomości z wp i postanowiłam się nimi zajadać... Jak widać, jeszcze żyję ;)

Po 'jakimśtam' czasie doszliśmy do połączenia szlaku zielonego z niebieskim. A co to oznacza? Widoczki!







Nie-wiem-ile-razy obfocony widok na Magurkę itepe i drogę do Żywca. 







Widok na Babią Górę. Musiałam się trochę nastarać, żeby ją "uwidocznić" na tym zdjęciu.




 



"O, jaki śliczny muchomorek!" Nawet wygląda smakowicie, nieprawdaż? Podobno jak się takiego skonsumuje, to  nie kopie się w kalendarz... Ktoś wpada na jajecznicę z grzybami? ;)






Lasek. Dość mocno przerzedzony.



Z racji, że szczyt Skrzycznego nie jest miejscem, w którym wyciągam aparat, pożywiłam się pyszną zupką pomidorową i zdążyłam popodziwiać nieco galerię zdjęc wewnątrz schroniska - jeżeli kiedykolwiek tam będziecie, przyjrzyjcie się zdjęciom przedstawiającym poprzednie schroniska na Skrzycznym - koszmar !

Ruszyliśmy dalej.





Wychodzimy z lasu i zaczynają się chyba najlepsze widoki tej wyprawy.


















Po minięciu drewnianej chatki-schronu zobaczyliśmy znajomą zardzewiałą wieżyczkę - Małe Skrzyczne. Tam zapadła nasza decyzja, żeby brzydko mówiąc tym razem "olać" Malinowską Skałę i udać się z powrotem do Szczyrku trasami, które dość dobrze znamy - stokami narciarskimi. Do tego, dość ciekawie było zobaczyć jak to wszystko wygląda w lecie ;)





Trasa Małe Skrzyczne - Hala Pośrednia. Zarówno w lecie, jak i w zimie widokowa ;)







Chyba jedno z moich ulubionych zdjęć z wczorajszego wypadu :)







Drewienko. Co dziwne, schodząc niżej i dochodząc do domostw widzieliśmy, jak mieszkańcy przywłaszczają sobie dość sporą porcję drewna - niemalże każdy miał widoczny zapas drewna na zimę pod domem ;)







Ha ha ha! :D Niestety, ruszyłam zdjęcie, ale mimo wszystko jest ono widoczne - widać, jakie skarby można znaleźć na stoku w lecie - ten pochodzi chyba z lat 60 i zamieszkał w kieszeni brata ;)




 



Trzeba przyznać, że w zimie to wygląda lepiej ;) Nie licząc oczywiście tamtego obrzydliwego, komunistycznego budynku. On zawsze jest paskudny ;)












W dalszym ciągu trasy narciarskie... Na jednej musieliśmy omijać zwalone drzewo. Nie zdziwiłabym się, gdybym w zimie musiała się pod nim schylać ;P






Ostatnie słońce tego dnia i zejście do ośrodka narciarskiego 'Czyrna'. Pustego i potwornie zarośniętego.






Proszę Państwa, czy ja mam zwidy? Dlatego tych armatek stało tam 17?!! Czyżby stał się cud i.... Nie. Armatki nie były nowe. Zdradziła je rdza. A może chociaż używane?


Miejmy nadzieję, że GAT zamierza zrobić narciarzom niespodziankę. Chociaż... ja tam w to nie wierzę ;)



Na dzisiaj tyle. Nakemiin! :)














Ostatnie naście.
12.09.2010 :: 22:20 | Link | Komentuj (0)










:)













Autumn.
16.09.2010 :: 22:04 | Link | Komentuj (0)











Jesień, moja ulubiona.
Wszystko na swoim miejscu, słońce zachodzi o właściwej porze. Popołudniowe ma właściwą temperaturę.
Góry się nie kończą. Stają się piękniejsze.



















I'm fine
09.10.2010 :: 22:48 | Link | Komentuj (1)


Zamieszanie z poplątaniem. Mimo tego, nie jest negatywnie, absolutnie nie jest. Nie może być, kiedy się ma to, co się chciało. Lepiej nawet nie próbować narzekać.


Generalnie, to nawet nie ma na co. Nie jest gorąco. Autobusy nie są zatłoczone. Nie spóźniają się. Nikt się nie czepia. I dlaczego ludzie tak narzekają na Katowice? :)


Aparat śpi w domu. Niestety :)


A ja bawię się starymi zdjęciami. O, tym na przykład.








Mam ochotę na szalone kolory. 

















Vyborné
14.10.2010 :: 21:50 | Link | Komentuj (0)

Hmm?


Kto by pomyślał, że codziennie dojeżdżając przeciętnie 4 środkami transportu i siedząc na tyłku bez przerwy 1,5 godziny można zaznać więcej spokoju i radochy niż w spokojnym miasteczku z widoczkiem na góry z okna? Na pewno nie ja, jeszcze jakiś miesiąc temu.
Nawet, jak nawiewa Ci autobus po tym, jak z dość sporą intensywnością go ścigasz i przebiegasz czerwone światło ( kolejną niebywałą rzeczą jest, że puszczają Cię kierowcy! ) i kolokwialnie mówiąc Ci 'spierdala', możesz sobie iść i kupić precelka. Do tego posłuchać opowieści o tym, jak to piekarze zjebali robotę i dlaczego właśnie Twój jest spłaszczony. Do tego czytasz w swoich notatkach wyrażenie 'centralny hajcung'. Czy czekając na następny autobus wypełniała Cię złość? Już dawno nie ma po niej śladu! ;)



Tylko filozofia jest do dupy. Cóż :)











A to jsem já.





Na shledanou! :)
















Takie mają nurki
19.10.2010 :: 22:23 | Link | Komentuj (0)
Day by day... płynie sobie moje nowe, życie studenta.

Korzystając z okazji i przerwy pomiędzy codziennym niemalże rytuałem komentowania fryzur w m jak miłość, a spoczynkiem pod postacią snu, w który zapadam zadziwiająco szybko, postanowiłam podzielić się doświadczeniem zdobytym podczas tego niewielkiego okresu czasu.

Chociaż mamy wtorek, ten tydzień odznacza się jako pełen wrażeń. Nie czekałam co prawda 1,5 na otwarcie  dziekanatu, ale za to udało mi się być na ćwiczeniach z języka staro-cerkiewno-słowiańskiego.

Tym razem nikt nas nie pytał, czy zajarzyliśmy rosyjskie literki. Nikogo nie obchodziło, że nasze kserówki nadają się tylko do interpretacji "co poeta miał na myśli", bez rozumienia dokładnej treści. Padały za to bardziej zaskakujące pytania.

Zazwyczaj dość łatwo i chętnie przyjmujemy komplementy, które świadczyć mogą o naszej kompetencji wyższej, niż przeciętna. Ale... dlaczego studentów pierwszego roku traktuje się, jakoby byli co najmniej na trzecim?! Jeśli chodzi o gramatykę, proszę o gimnazjalne traktowanie.

Nasz cudowny system edukacji nie przewidział tego, że gramatyka może się jeszcze komuś na cokolwiek przydać. że zapomnimy, że istnieje coś takiego jak rodzaj przymiotnika i rozewrzemy szeroko gęby, kiedy ktoś nas o coś takiego spyta. Tym bardziej, na ćwiczeniach z ućitelem, który jednym okiem patrzy na drugą, a drugim błądzi gdzieś po szóstej i wydaje się, jakoby nadal żył w przekonaniu, że calą podstawówkę uczyliśmy się rosyjskiego.

Cóż poza tym? 

Odprężenie. Może to dziwne, ale dokonuje się ono na przedmiocie kierunkowym - czeskim. Dzisiaj np. zostaliśmy wyznaczeni, do namalowania naszego pokoju. Miło wiedzieć, że Minister Edukacji przewidział zajęcia rozwojowe też pod takim kątem, aczkolwiek szczerze - wolałabym malowaniem zająć się na ulubionym scs. Nawet, jeśli miałyby to być bryły cyrylickiego alfabetu.

Odchodząc nieco od tematyki zajęć, po dwóch tygodniach porządnej walki z własną silną wolą, przestałam opierać się urokom IKEI, przejeżdżając dwa razy dziennie obok. Wczoraj, spojrzały na mnie pierniczkowe świeczki. Dzisiaj, zielony świecznik ( bo kto to widział świeczki bez świecznika?! ). Zatem, boję się jutra.


W naszym studenckim mieszkaniu, panują raczej naukowe klimaty. Wyzwany został już Sokrates i to niejednokrotnie, zarzucano mu brak doświadczenia w macierzyństwie. A żeby tego było mało, my, studenci zmuszeni jesteśmy do słuchania symfonii. W poniedziałek, co do zegarka o 7.29 rano. 


Naukowym nastrojom nie sprzyja niestety często poprawność merytoryczna. Ja, Katarzyna wypowiedziałam dzisiaj w celu dokładnego opisania co to jest skafander, że 'taki mają nurki'. Jak na studentkę filologii zostało, nieprawdaż?


Pragnę opisać jeszcze krótko nowości kulinarne. 
Hit 1# handmade hamburgerki z nadzieniem mexicana z kerfura i bułką za 15 gr 
Hit 2# zupa dnia z wszystkiego ( pomidorowa, znaczy się ) z ikei + bułka za 1,50 zł ( zestaw głodny student )
Hit 3# hot dog ikea z pożywnymi dodatkami, który jest wielki duchem


Myślę, że to nie wymaga komentarza. Auwiedersehn!
















Ale o co chodzi?
27.10.2010 :: 18:29 | Link | Komentuj (3)
No właśnie?



Tak. Od około miesiąca mieszkam bez aparatu. No, bez MOJEGO aparatu. Jedynym pstrykającym kompanem jest mój eks, a konkretnie pierwszy aparacik - kompakcik HP. A, że w przeciwieństwie do właściwego jest malutki i poręczny, jeździ sobie ze mną codziennie do Sosnowca. W związku z tym, podzielę się dzisiaj z Wami efektami moich wędrówek po Katowicach, które jak już wcześniej wspominałam - wcale nie są brzydkie :)


























Ostatnie, liściaste pochodzi z Sosnowca.




Na schledanou :)
















Welcome Ciechowicie
30.10.2010 :: 13:28 | Link | Komentuj (0)
Dlouhy weekend, yeah. Bo pierwszym kolosie, który poszedł gładko, odreagowywując z kawą na Koszutce przegapiłam chyba z dwa albo trzy autobusy, które miały dostarczyć mnie na dworzec tymczasowy. W końcu, wznosząc swoje cztery litery nie wiedziałam, że zamierzam przegapić również czwarty.

W Katowicach wieje-jak-chuj. Nie wiem dlaczego. Jest nawet jedno takie miejsce ( koło spodka, konkretnie podążając w stronę ronda z przystanku na Uniwersyteckiej ), z którego wywiewa jak na Babiej Górze, bez kitu. Kto mi nie wierzy, polecam pojawić się tam koło 16.

A więc. Pozbierawszy się, przytoczyłam się na przystanek w oczekiwaniu na autobus 0, który rzekomo miał mnie dowieźć pod sam dworzec. Olałam sprawdzoną 600-tkę, bo nie chciało mi się pruć przez światła.

Co z tego wyszło? Autobusu oczywiście, nie było ( może nad tymi zawierającymi zero w swoim numerze ciąży jakies fatum?! ). Spojrzałam na rozkład, żeby dowiedzieć się, że gdyby jednak przyjechał, wywiózłby mnie w podejrzane tereny. Chcąc czy nie chcąc, poszłam więc na tramwaj.

Przystanku nieopodal dworca tymczasowego oczywiście nie ma. Miałam do wyboru wysiąść na Rynku i zabłądzić, albo na Placu Miarki i toczyć się w dół. Oczywiście, wybrałam opcję drugą.

Tymże oto sposobem dotoczyłam się na dworzec, odziwo nie stojąc w kolejce po bilet i w końcu, z 15-minutowym opóźnieniem grzałam się w pociągu do Żywca. Warto dodać, że przez cały ten dzień nie odrywałam się od 'Wszystko za Everest'. Połknięta w dwa dni, wszem i wobec polecam.


Czechowice. Cisza. Dużo ciszy. A Kaniów? Tam to dopiero!

Kaniowski cmentarz stał się głównym ośrodkiem towarzyskim, na te parę dni. Te same babinki, które do siedzenia w autobusie dobiegają w pięć sekund kursowały po wodę częściej niż ja. Jedna nawet rozpoczęła ze mną rozmowę 'Tyle roboty, że co chwile muszę jeździć i poprawiać. Jakby to było na jutro, to by było o wiele łatwiej.' Uśmiechnęłam się tylko blado i pomyślałam ' To dlaczego nie zacząć w niedzielę?'

Problem w tym, że w Kaniowie co roku nieoficjalnie organizowany jest konkurs na 'najpiękniejszy, najbardziej lśniący i pachnący grób'. Jak osiągnąć efekt pachnący, nie mam szczerze pojęcia. Podobno wyniki takiego konkursu przydzielają daną ławkę w kościele i załatwiają miejsce w kolejce po 'opłatek'. 


Były wesołe Czechowice, poruszony Kaniów, niech będzie teraz Bielsko. Zakorkowane Bielsko.

Na tzw. Pigalu palą się znicze. Wnikliwie poszukując krzyża znalazłam tylko zdjęcia kurczaków. Dosłownie. Zapalać znicze kurom? Dlaczego nie!


Tak poza tym, zaplusowała u mnie Grawitacja. Brawo za fajny wystrój - szczególnie podłoga przykryta liśćmi ;) Od wczoraj tylko myślę - jak oni to zamierzają posprzątać? ^^


A na koniec coś w ramach porannego pstrykania :






Wesołe jajko.







Uhm...






No i Uhm... wersja alternatywna ;)
















Góra publiczna
02.11.2010 :: 20:59 | Link | Komentuj (0)
Nie wiem który raz biorę się za napisanie tej notki. Ile to Koszutkowych wieczorów wspominałam, że właśnie w tym momencie, chciałabym znaleźć się w górach. Wspominam więc raz jeszcze i z chęcią powracam do ostatniej wyprawy górskej, którą możliwe, że odbyłam w tym roku ( aczkolwiek bardzo bym tego nie chciała ;)) ). Wyprawa była bardziej sprawą rekreacyjną - a mianowicie celem był Klimczok.


Dużo gadania nie będzie. Jesień, ładne światełko, ładne kolorki - lepiej podziwiać, nie trzeba nadrabiać tekstem ;)







Dębowiec. Dla wielu spacerowiczów tamtejszego dnia najwyższy cel, jaki mieli w zamiarach. Łyk herbatki, małą kanapeczkę i czas wyruszać dalej. 







A fe. Co to za obrzydliwy smog? Dobrze, że Bielsko jest ładne. Wracając na ulicę 3-go maja już nikt nie będzie pamiętał, co widział z Dębowca. No chyba, że wcześniej uwiecznił to na zdjęciu ;)

W dole 'sztucznie oświetlany' stok narciarski. Aż mam ochotę się kiedyś wybrać i zmierzyć czas zjazdu ;)












Kolorki, ach! Z nutą mojej sztucznej ingerencji. No co?! W końcu to moje zdjęcie! ;)








Kolorki, drzewka. I czas się pochwalić - idealna pogoda!







Na szlaku przewijały się pojedyńcze jednostki, co było dla nas poniekąd zaskoczeniem - w końcu była niedziela. Nie wiedzieliśmy, że spore zaskoczenie czeka nas dopiero na szczycie ;)













Całkiem uroczo. I całkiem płasko.







Ja-szczęśliwość z jak-zwykle-dziwacznie-zawiązaną chustką górską. 








Światło iście jesienne :)

















I po jesiennemu, bez liścia :)








A teraz polecą najładniejsze fragmenty tamtego dnia. Mniam :)











Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno stwierdzenie : ISO 400 w lesie nie wystarcza. A powinno?









Ta pani wiecznie wchodziła mi w kadr. Tu akurat uchwycona celowo ;)








Wynurzenie z lasu i widoczek :) Troszkę niestety oszpecony przez kolejkę.







No i znowu! Motyw liścia wśród górskich wędrowców.









I zbliżaliśmy się w ten sposób do pierwszego celu naszej wycieczki, a mianowicie Szyndzielni...


I co ujrzeliśmy?








STONKĘ. Myślę, że nic więcej nie trzeba dodawać?








Chyba moje ulubione zdjęcie tamtego dnia :) W drodze na Klimczok.










Jakimś cudem, droga prawie bez ludzi.




:)

















Droga na szczyt :)








Jeest Klimczok! Moja mapa panoramek Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z którą wszędzie jeżdżę narobiła nam smaku na widoki i możliwe Tatry. Ha, ha, ha ;) Za to postanowiliśmy sobie trzasnąć zdjęcie razem :) I znowu stoję wyżej! Jesteśmy bowiem bardzo praktyczną parą. Nikt nie musi się męczyć, schylać, nadwyrężać szyi - jestem bowiem dwa centymetry niższa :)







I droga z powrotem :)














Zderzenie ze stonką ponownie. Na szczęście, zdążyliśmy się nacieszyć odrobiną spokoju na Klimczoku przez tłumami. A może wszyscy zgromadzili się w schronisku?






Ostatnie spojrzenia za siebie, w poszukiwaniach ciekawego światła przebijającego się przez kolorowe liście :)






I znowu zderzenie z kolejką. Patrząc w górę szydziliśmy przez szyby z ludzi stojących w kolejce, która zdała się nie mieć końca. I tu nagle kolejne zdziwienie... Kolejka wytaczała się dość sporo poza budynek. 

Czerwona trasa na Szyndzielnię jest chyba jedną z najłagodniejszych, którą widziałam. Nigdy nie zrozumiem więc młodych, zdrowych ludzi tkwiących w kolejce czas, który zapewne wystarczyłby im na wyjście na górę. 
Ale - kto co lubi.



I to koniec wspomnień na dziś - wszem i wobec, zawsze polecam góry jesienią :) Najpiękniejszą porą roku :)




















Kočka
07.11.2010 :: 19:16 | Link | Komentuj (1)
Znów oddycham katowickim powietrzem. 
Wcale mi nie jest żal. Po następujących trzech dniach znowu czeka mnie zielonooka nagroda :)


Tymczasem, na dzisiaj mój Fido, którego niestety nie było mi dane w ten weekend zobaczyć i toteż nie miał okazji mnie oślinić :)




























I dla odmiany, kaniowski Dżudek :











Na schledanou :)

















Ta piekielna niedziela!
14.11.2010 :: 18:51 | Link | Komentuj (0)
Niemoc. Uczucie dziwności. Dzień, w którym zasypiam w tramwaju i przypadkowo nadeptuję ciężkim buciorem jakąś panią ( ubieram glany, żeby mocniej trzymać się podłoża ). O czym to świadczy? Że dziś kolejna piekielna niedziela!


Ta w sumie zaczęła się dość miło. Późno, ale w miarę przytomnie. Nie zmienia to faktu, że nadal była dziwna. Roztopiłam kawałek patelni. Nie potrafię wyjaśnić tego zjawiska, ale olej zrobił się... brązowy! I śmierdzący. Takie rzeczy tylko w niedzielę.

Jest godzina 18.43. Dopadł mnie już egzystencjalny bezsens i myśli o tygodniu nie do przebrnięcia. Bite 4 dni! W ramach poprawy humoru biorę się z stertę zdjęć i kontynuuję moją misję 'układania i wywoływania'. Jutro odbieram kolejną porcję. Tym razem szaleję - jest ich nie 8, lecz 17. Kupka zdjęć rośnie, a ja popadam w uzależnienie - to wyjaśnia właśnie ilość zdjęć, które wywołuję za jednym razem. Zastanawiam się jedynie, kiedy ludzie z saturna zaczną wywracać oczami na mój widok i pytać - dlaczego akurat 8?!


Zdjęcie na dzisiaj nie jest ambitne - powszechnie mówi się bowiem, że w niedziele się nie pracuje. Toteż, koszutkowskie gołębie, które również wyznają tą zasadę.






Poza tym, nawał sprzętu narciarskiego i akcesorii wywołują u mnie wypieki. Wypatrzyłam nawet znowu czapkę z czerwonymi rogami, którą muszę mieć przez rozpoczęciem sezonu! Muuuszę!!!111oneoneone



Miłego poniedziałku więc :)



















Wschód...
15.11.2010 :: 21:09 | Link | Komentuj (1)

Wspomnienia. Akcja 'wywoływanie zdjęć' odkrywa przede mną coraz to głębiej zakopane zdjęcia. Tym razem jesienne Bieszczady, sprzed dwóch lat.































Kolejny, zwyczajny dzień. Chodzę z głową w chmurach. Zdecydowanie warto być w dwóch miejscach jednocześnie.


















Magnificient!
17.11.2010 :: 21:28 | Link | Komentuj (1)








Ludzi uprawiających sport wysokogórski w Andach nazywają andystami, w Alpach - alipinistami, my nazywaliśmy się - taternikami, w Tatrach bowiem stawialiśmy nasze pierwsze kroki w ścianach i graniach skalnych, zdobywaliśmy turnie i szczyty, a przede wszystkim... nabawiliśmy się choroby, na którą medycyna nie zna lekarstwa i bynajmniej nie mamy zamiaru się z niej wyleczyć. Choroba owa nazywa się m i ł o ś c i ą  g ó r, jest potężnym magnesem kierującym w stronę gór nasze najwyższe zainteresowania i nasze kroki we wszystkich wolnych chwilach.
W Tatrach odkryliśmy czar przyrody górskiej, poznaliśmy, jaką radość życia daje możność obcowania z majestatem przyrody górskiej, zaznaliśmy smaku walki z tą surową potęgą. Pokonać ścianę skalną, uciekającą stromizną setek metrów aż hen! - wysoko w niebo, przejść niezdobyte dotąd zerwy granitowe, urzekające swym pięknem, a jednocześnie odpychające grozą niedostępności i sączące w serce człowieka, maleńkiego robaczka u ich stóp, uczucie strachu, zwyciężyć trudności i zwyciężyć właśnie ten strach, stanąć potem na szczycie nietkniętym dotąd ludzką stopą - to są sprawy i uczucia trudne do wytłumaczenia. Trzeba samemu spróbować, trzeba połknąć bakcyla gór.

Wiktor Ostrowski, ,,Wyżej niż kondory''.


















Viel Gluck
19.11.2010 :: 20:40 | Link | Komentuj (2)

Mój przekawowany umysł woła o pomoc. Powoli odzyskuję jasność umysłu, dlatego postanowiłam pochwalić się swoim awansem.

Mianowicie : awansowałam na wprawdzie diabelskiego narciarza!






Epicko. Poproszę o kupę śniegu!
















Noł lajf
28.11.2010 :: 20:57 | Link | Komentuj (3)
Kolejna niedziela. Byłaby całkiem zwyczajna, gdyby nie fakt, że zdążyłam już przeczytać sporą część trzech całkowicie odmiennych pozycji ( dwie z nich łączy czeskie pochodzenie ), oraz poduczyć się nieco języka szwedzkiego. Dobrym znakiem jest fakt, że umiem liczyć do stu ( z drobnym przypomnieniem liczby trzydzieści, która nijak nie potrafi wbić mi się w pamięć ), oraz przerabiam zaimki. Tak, wiele zaimków. Nie jeden. Przykrym faktem jest, że do przerobienia mam kolejny tekst z jakże cennego języka staro-cerkiewno-słowiańskiego i nijak nie potrafię go rozszyfrować. po prostu... fail?

Zaczynam chodzić podirytowana. Nie pomaga mi czytanie o andyjskich huraganach w książce Ostrowskiego. Trzymam na czarną godzinę grudniowy numer npm, bo cholera - ja chcę w góry!
Dawno nie uraczyłam Was żadnymi górskimi zdjęciami. A - warto zauważyć - spadł śnieg. Należy wobec tego niezwłocznie udać się nawet na znany górski szczyt i uwiecznić go, w tej jakże pięknej porze roku. A poza tym, podobno najlepsze dalekie obserwacje obserwowane są właśnie - w grudniu!

Nic moc - tym razem niestety tylko ja i jakiś tam mój zamysł, o ile można go tak nazwać - twórczy.

Nashleda! ;)










Psst! Zbliża się mój wielki dzień ;)

















Mikołaj z jajami
05.12.2010 :: 19:57 | Link | Komentuj (1)
Katarzynka była w tym roku taka grzeczna, że mikołaj odwiedził ją w tym roku dzień wcześniej...

I co więcej, zostawił mi mikołaja z jajami... :)






Dziękuję Mikołaju! :*:* ;))







Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu