Welcome Ciechowicie
30.10.2010 :: 13:28 | Link | Komentuj (0)
Dlouhy weekend, yeah. Bo pierwszym kolosie, który poszedł gładko, odreagowywując z kawą na Koszutce przegapiłam chyba z dwa albo trzy autobusy, które miały dostarczyć mnie na dworzec tymczasowy. W końcu, wznosząc swoje cztery litery nie wiedziałam, że zamierzam przegapić również czwarty.

W Katowicach wieje-jak-chuj. Nie wiem dlaczego. Jest nawet jedno takie miejsce ( koło spodka, konkretnie podążając w stronę ronda z przystanku na Uniwersyteckiej ), z którego wywiewa jak na Babiej Górze, bez kitu. Kto mi nie wierzy, polecam pojawić się tam koło 16.

A więc. Pozbierawszy się, przytoczyłam się na przystanek w oczekiwaniu na autobus 0, który rzekomo miał mnie dowieźć pod sam dworzec. Olałam sprawdzoną 600-tkę, bo nie chciało mi się pruć przez światła.

Co z tego wyszło? Autobusu oczywiście, nie było ( może nad tymi zawierającymi zero w swoim numerze ciąży jakies fatum?! ). Spojrzałam na rozkład, żeby dowiedzieć się, że gdyby jednak przyjechał, wywiózłby mnie w podejrzane tereny. Chcąc czy nie chcąc, poszłam więc na tramwaj.

Przystanku nieopodal dworca tymczasowego oczywiście nie ma. Miałam do wyboru wysiąść na Rynku i zabłądzić, albo na Placu Miarki i toczyć się w dół. Oczywiście, wybrałam opcję drugą.

Tymże oto sposobem dotoczyłam się na dworzec, odziwo nie stojąc w kolejce po bilet i w końcu, z 15-minutowym opóźnieniem grzałam się w pociągu do Żywca. Warto dodać, że przez cały ten dzień nie odrywałam się od 'Wszystko za Everest'. Połknięta w dwa dni, wszem i wobec polecam.


Czechowice. Cisza. Dużo ciszy. A Kaniów? Tam to dopiero!

Kaniowski cmentarz stał się głównym ośrodkiem towarzyskim, na te parę dni. Te same babinki, które do siedzenia w autobusie dobiegają w pięć sekund kursowały po wodę częściej niż ja. Jedna nawet rozpoczęła ze mną rozmowę 'Tyle roboty, że co chwile muszę jeździć i poprawiać. Jakby to było na jutro, to by było o wiele łatwiej.' Uśmiechnęłam się tylko blado i pomyślałam ' To dlaczego nie zacząć w niedzielę?'

Problem w tym, że w Kaniowie co roku nieoficjalnie organizowany jest konkurs na 'najpiękniejszy, najbardziej lśniący i pachnący grób'. Jak osiągnąć efekt pachnący, nie mam szczerze pojęcia. Podobno wyniki takiego konkursu przydzielają daną ławkę w kościele i załatwiają miejsce w kolejce po 'opłatek'. 


Były wesołe Czechowice, poruszony Kaniów, niech będzie teraz Bielsko. Zakorkowane Bielsko.

Na tzw. Pigalu palą się znicze. Wnikliwie poszukując krzyża znalazłam tylko zdjęcia kurczaków. Dosłownie. Zapalać znicze kurom? Dlaczego nie!


Tak poza tym, zaplusowała u mnie Grawitacja. Brawo za fajny wystrój - szczególnie podłoga przykryta liśćmi ;) Od wczoraj tylko myślę - jak oni to zamierzają posprzątać? ^^


A na koniec coś w ramach porannego pstrykania :






Wesołe jajko.







Uhm...






No i Uhm... wersja alternatywna ;)
















Autumn.
16.09.2010 :: 22:04 | Link | Komentuj (0)











Jesień, moja ulubiona.
Wszystko na swoim miejscu, słońce zachodzi o właściwej porze. Popołudniowe ma właściwą temperaturę.
Góry się nie kończą. Stają się piękniejsze.



















Pięknie.
30.08.2010 :: 23:45 | Link | Komentuj (1)
Dziś nie będzie gadania - dzisiaj będziecie oglądać. 




























Podziwialiście nic innego, jak Kaniów o świcie.


















Kaniówek
03.06.2010 :: 11:46 | Link | Komentuj (0)
A więc. Można powiedzieć, że po wielu, wielu miesiącach ślęczenia nad książkami i pożytkowania czasu w inny sposób wróciłam do pstrykania. Jak na razie tylko tak troszkę, trzeba się oswoić na nowo z kształtem aparatu :)
Zaczęłam nadzwyczaj nieoryginalnie - od... Kaniowa! Taak, taak, niemalże cała wiosna uciekła mi przez te litry wody lecące z nieba. Udało mi się na szczęście uchwycić parę chwil, w których nawet zawitało słońce ( podobno jeszcze gdzieś tam jest ;) ). Oto one więc :


Na początek : stara chaupa. Niepoprawnie, ale jakoś nie mam serca pisać przez ł. W Kaniówku mówi się chaupa, tyle ;)










Najefektowniejsza część chaupy - czerwone drzwi. Na rozlatujące się schody nie ma co zwracać uwagi. A to jasnozielone, które również przykuło moją uwagę zwie się bodajże chmiel. Nie jestem pewna, wiem tylko, że nazwa kojarzyła mi się z piwem ;)



A teraz czas na nieco... zieleninki z bliska. Urodzaju w tym roku niestety nie ma i chyba już nie będzie ( chyba, że wśród komarów ;) ). 


Najstarsze z możliwych : bo wiśnia piłkowana, czy coś już dawno przekwitła. Znalazłam to zdjęcie na mojej karcie i jakoś takoś mi się spodobało :)








Lecąc z kwiatkami dalej : konwalie. Brzydkie, bo brzydkie, ładnych nie było mi dane w tym roku zobaczyć. I czy w ogóle miały okazję być ładne?









A oto berberys. Ku mojemu farcikowi/niefarcikowi wybrałam ten, w miejscu zacienionym. A szkoda, bo o ile w cieniu jest zielonkawy, to pod wpływem promieni słonecznych listki robią się purpurowe :) 









Nie zabrakło również klasycznego zdjęcia stodoły. Mam słabość do tego ujęcia :>








A skoro już byłam przy stodole, zaczepiły mnie klamerki ( dosłownie! ). Musiałam im też zrobić zdjęcie tymbardziej, że znalazłam zieloną :)







No i na koniec : przeurocze margaretki ;) Niestety, ich też jest nadzwyczaj mało w tym roku.








No, i to by było Kaniowskich na tyle :) Jak znowu pojawi się słońce, a Wisła się uspokoi, dorzucę jakieś nowe :)
















Aż zawiało...
17.06.2009 :: 15:29 | Link | Komentuj (0)
Wolnością ?
Coś w tym jest, ale wyczuć nie idzie, tak jakby nie docierało. I jak na złość kiedy już porządnie dotrze, to przyjdzie jej kres. Cholera ?

Jak na razie mając w perspektywie 12-godzinną jazdę twardym i niewygodnym pociągiem już pojutrze, próbuję się odstresować fińskim punkiem, hah. Niepodobne ? ^^





Zdjęcie wykonane przed dwoma laty. Miejsca nie jestem w stanie precyzyjnie opisać :)

Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu