Góra publiczna
02.11.2010 :: 20:59 | Link | Komentuj (0)
Nie wiem który raz biorę się za napisanie tej notki. Ile to Koszutkowych wieczorów wspominałam, że właśnie w tym momencie, chciałabym znaleźć się w górach. Wspominam więc raz jeszcze i z chęcią powracam do ostatniej wyprawy górskej, którą możliwe, że odbyłam w tym roku ( aczkolwiek bardzo bym tego nie chciała ;)) ). Wyprawa była bardziej sprawą rekreacyjną - a mianowicie celem był Klimczok.


Dużo gadania nie będzie. Jesień, ładne światełko, ładne kolorki - lepiej podziwiać, nie trzeba nadrabiać tekstem ;)







Dębowiec. Dla wielu spacerowiczów tamtejszego dnia najwyższy cel, jaki mieli w zamiarach. Łyk herbatki, małą kanapeczkę i czas wyruszać dalej. 







A fe. Co to za obrzydliwy smog? Dobrze, że Bielsko jest ładne. Wracając na ulicę 3-go maja już nikt nie będzie pamiętał, co widział z Dębowca. No chyba, że wcześniej uwiecznił to na zdjęciu ;)

W dole 'sztucznie oświetlany' stok narciarski. Aż mam ochotę się kiedyś wybrać i zmierzyć czas zjazdu ;)












Kolorki, ach! Z nutą mojej sztucznej ingerencji. No co?! W końcu to moje zdjęcie! ;)








Kolorki, drzewka. I czas się pochwalić - idealna pogoda!







Na szlaku przewijały się pojedyńcze jednostki, co było dla nas poniekąd zaskoczeniem - w końcu była niedziela. Nie wiedzieliśmy, że spore zaskoczenie czeka nas dopiero na szczycie ;)













Całkiem uroczo. I całkiem płasko.







Ja-szczęśliwość z jak-zwykle-dziwacznie-zawiązaną chustką górską. 








Światło iście jesienne :)

















I po jesiennemu, bez liścia :)








A teraz polecą najładniejsze fragmenty tamtego dnia. Mniam :)











Na swoje usprawiedliwienie mam tylko jedno stwierdzenie : ISO 400 w lesie nie wystarcza. A powinno?









Ta pani wiecznie wchodziła mi w kadr. Tu akurat uchwycona celowo ;)








Wynurzenie z lasu i widoczek :) Troszkę niestety oszpecony przez kolejkę.







No i znowu! Motyw liścia wśród górskich wędrowców.









I zbliżaliśmy się w ten sposób do pierwszego celu naszej wycieczki, a mianowicie Szyndzielni...


I co ujrzeliśmy?








STONKĘ. Myślę, że nic więcej nie trzeba dodawać?








Chyba moje ulubione zdjęcie tamtego dnia :) W drodze na Klimczok.










Jakimś cudem, droga prawie bez ludzi.




:)

















Droga na szczyt :)








Jeest Klimczok! Moja mapa panoramek Beskidu Śląskiego i Żywieckiego z którą wszędzie jeżdżę narobiła nam smaku na widoki i możliwe Tatry. Ha, ha, ha ;) Za to postanowiliśmy sobie trzasnąć zdjęcie razem :) I znowu stoję wyżej! Jesteśmy bowiem bardzo praktyczną parą. Nikt nie musi się męczyć, schylać, nadwyrężać szyi - jestem bowiem dwa centymetry niższa :)







I droga z powrotem :)














Zderzenie ze stonką ponownie. Na szczęście, zdążyliśmy się nacieszyć odrobiną spokoju na Klimczoku przez tłumami. A może wszyscy zgromadzili się w schronisku?






Ostatnie spojrzenia za siebie, w poszukiwaniach ciekawego światła przebijającego się przez kolorowe liście :)






I znowu zderzenie z kolejką. Patrząc w górę szydziliśmy przez szyby z ludzi stojących w kolejce, która zdała się nie mieć końca. I tu nagle kolejne zdziwienie... Kolejka wytaczała się dość sporo poza budynek. 

Czerwona trasa na Szyndzielnię jest chyba jedną z najłagodniejszych, którą widziałam. Nigdy nie zrozumiem więc młodych, zdrowych ludzi tkwiących w kolejce czas, który zapewne wystarczyłby im na wyjście na górę. 
Ale - kto co lubi.



I to koniec wspomnień na dziś - wszem i wobec, zawsze polecam góry jesienią :) Najpiękniejszą porą roku :)




















Kočka
07.11.2010 :: 19:16 | Link | Komentuj (1)
Znów oddycham katowickim powietrzem. 
Wcale mi nie jest żal. Po następujących trzech dniach znowu czeka mnie zielonooka nagroda :)


Tymczasem, na dzisiaj mój Fido, którego niestety nie było mi dane w ten weekend zobaczyć i toteż nie miał okazji mnie oślinić :)




























I dla odmiany, kaniowski Dżudek :











Na schledanou :)

















Ta piekielna niedziela!
14.11.2010 :: 18:51 | Link | Komentuj (0)
Niemoc. Uczucie dziwności. Dzień, w którym zasypiam w tramwaju i przypadkowo nadeptuję ciężkim buciorem jakąś panią ( ubieram glany, żeby mocniej trzymać się podłoża ). O czym to świadczy? Że dziś kolejna piekielna niedziela!


Ta w sumie zaczęła się dość miło. Późno, ale w miarę przytomnie. Nie zmienia to faktu, że nadal była dziwna. Roztopiłam kawałek patelni. Nie potrafię wyjaśnić tego zjawiska, ale olej zrobił się... brązowy! I śmierdzący. Takie rzeczy tylko w niedzielę.

Jest godzina 18.43. Dopadł mnie już egzystencjalny bezsens i myśli o tygodniu nie do przebrnięcia. Bite 4 dni! W ramach poprawy humoru biorę się z stertę zdjęć i kontynuuję moją misję 'układania i wywoływania'. Jutro odbieram kolejną porcję. Tym razem szaleję - jest ich nie 8, lecz 17. Kupka zdjęć rośnie, a ja popadam w uzależnienie - to wyjaśnia właśnie ilość zdjęć, które wywołuję za jednym razem. Zastanawiam się jedynie, kiedy ludzie z saturna zaczną wywracać oczami na mój widok i pytać - dlaczego akurat 8?!


Zdjęcie na dzisiaj nie jest ambitne - powszechnie mówi się bowiem, że w niedziele się nie pracuje. Toteż, koszutkowskie gołębie, które również wyznają tą zasadę.






Poza tym, nawał sprzętu narciarskiego i akcesorii wywołują u mnie wypieki. Wypatrzyłam nawet znowu czapkę z czerwonymi rogami, którą muszę mieć przez rozpoczęciem sezonu! Muuuszę!!!111oneoneone



Miłego poniedziałku więc :)



















Wschód...
15.11.2010 :: 21:09 | Link | Komentuj (1)

Wspomnienia. Akcja 'wywoływanie zdjęć' odkrywa przede mną coraz to głębiej zakopane zdjęcia. Tym razem jesienne Bieszczady, sprzed dwóch lat.































Kolejny, zwyczajny dzień. Chodzę z głową w chmurach. Zdecydowanie warto być w dwóch miejscach jednocześnie.


















Magnificient!
17.11.2010 :: 21:28 | Link | Komentuj (1)








Ludzi uprawiających sport wysokogórski w Andach nazywają andystami, w Alpach - alipinistami, my nazywaliśmy się - taternikami, w Tatrach bowiem stawialiśmy nasze pierwsze kroki w ścianach i graniach skalnych, zdobywaliśmy turnie i szczyty, a przede wszystkim... nabawiliśmy się choroby, na którą medycyna nie zna lekarstwa i bynajmniej nie mamy zamiaru się z niej wyleczyć. Choroba owa nazywa się m i ł o ś c i ą  g ó r, jest potężnym magnesem kierującym w stronę gór nasze najwyższe zainteresowania i nasze kroki we wszystkich wolnych chwilach.
W Tatrach odkryliśmy czar przyrody górskiej, poznaliśmy, jaką radość życia daje możność obcowania z majestatem przyrody górskiej, zaznaliśmy smaku walki z tą surową potęgą. Pokonać ścianę skalną, uciekającą stromizną setek metrów aż hen! - wysoko w niebo, przejść niezdobyte dotąd zerwy granitowe, urzekające swym pięknem, a jednocześnie odpychające grozą niedostępności i sączące w serce człowieka, maleńkiego robaczka u ich stóp, uczucie strachu, zwyciężyć trudności i zwyciężyć właśnie ten strach, stanąć potem na szczycie nietkniętym dotąd ludzką stopą - to są sprawy i uczucia trudne do wytłumaczenia. Trzeba samemu spróbować, trzeba połknąć bakcyla gór.

Wiktor Ostrowski, ,,Wyżej niż kondory''.


















Viel Gluck
19.11.2010 :: 20:40 | Link | Komentuj (2)

Mój przekawowany umysł woła o pomoc. Powoli odzyskuję jasność umysłu, dlatego postanowiłam pochwalić się swoim awansem.

Mianowicie : awansowałam na wprawdzie diabelskiego narciarza!






Epicko. Poproszę o kupę śniegu!
















Noł lajf
28.11.2010 :: 20:57 | Link | Komentuj (3)
Kolejna niedziela. Byłaby całkiem zwyczajna, gdyby nie fakt, że zdążyłam już przeczytać sporą część trzech całkowicie odmiennych pozycji ( dwie z nich łączy czeskie pochodzenie ), oraz poduczyć się nieco języka szwedzkiego. Dobrym znakiem jest fakt, że umiem liczyć do stu ( z drobnym przypomnieniem liczby trzydzieści, która nijak nie potrafi wbić mi się w pamięć ), oraz przerabiam zaimki. Tak, wiele zaimków. Nie jeden. Przykrym faktem jest, że do przerobienia mam kolejny tekst z jakże cennego języka staro-cerkiewno-słowiańskiego i nijak nie potrafię go rozszyfrować. po prostu... fail?

Zaczynam chodzić podirytowana. Nie pomaga mi czytanie o andyjskich huraganach w książce Ostrowskiego. Trzymam na czarną godzinę grudniowy numer npm, bo cholera - ja chcę w góry!
Dawno nie uraczyłam Was żadnymi górskimi zdjęciami. A - warto zauważyć - spadł śnieg. Należy wobec tego niezwłocznie udać się nawet na znany górski szczyt i uwiecznić go, w tej jakże pięknej porze roku. A poza tym, podobno najlepsze dalekie obserwacje obserwowane są właśnie - w grudniu!

Nic moc - tym razem niestety tylko ja i jakiś tam mój zamysł, o ile można go tak nazwać - twórczy.

Nashleda! ;)










Psst! Zbliża się mój wielki dzień ;)






Szablon wykonała Effy, pobrano z szablony.blogowicz.info
Wspierane przez: Blog & dodatki na bloga.
Grafika: sxc.hu